ANDY. Que te vaya bien! - dwie samotne rowerowe podróże Piotr Strzeżysz.
Czasem marzenia się spełniają. Coyhaique. Kruczowłosa dziesięcioletnia Mila chyba nie do końca rozumie, co przed chwilą powiedziałem. - To prezent dla ciebie - powtarzam, pokazując palcem na oparty o drzewo niebieski rower marki Oxford. Niewymuszony uśmiech dziecka wystarczył za odpowiedź. Zrozumiała.
Dwa tygodnie wcześniej, tj w lutym 2008 roku rozpocząłem rowerową przejażdżkę po Chile, jadąc z Puerto Montt na południe, pedałując na trochę przymałym, pozbawionym przerzutek rowerze, kupionym za równowartość trzystu złotych. Przejechawszy wyspę Chiloe, wróciłem promem z Quellon na stały ląd, aby kontynuować jazdę trasą zwaną Carretera Austral.
Pokonując kolejne kilometry w upalne, wilgotne popołudnia, pchając rower na stromych podjazdach, żałowałem, że nie zabrałem własnego jednośladu. Oczarowany krajobrazem i gościnnością mieszkańców, postanowiłem wrócić do Ameryki Południowej w wakacje, kiedy na półkuli południowej panuje zima, tym razem jednak już z własnym rowerem.
Pierwsze tygodnie spędziłem w Argentynie, przejechawszy w zimowej scenerii tunel Los Libertadores. Za Uspallata skręciłem na północ wybierając mało uczęszczane drogi, nocując czasami w niewielkich, malowniczych wioskach z domami z cegły adobe, poznając ludzi, a może raczej mijając ich, poprzez przypadkowe spotkania, strzępy rozmów, podpatrzone codzienne czynności, jak choćby pieczenie chleba przez osiemdziesięcioletnią kobietę w przydomowym piecu
- Pojadę do miasta, sprzedam, buty nowe trzeba kupić - mówi - i jeszcze starczy na baterie do radia - dodaje, bo prądu na tym pustkowiu nie ma. Nigdzie nie była, najdalej w Salta, niecałe sto kilometrów stąd, ale nigdzie pojechać dalej by nie chciała.
- Po co - odpowiada, kiedy pytam dlaczego. - Tu mam wszystko. Spokój, rodzinę, dom, zresztą, tengo miedo, boję się. - A do Polski nie chciałaby pani? - Do Polski? A piece do chleba macie? - Nie mamy, odpowiadam. - No to senor widzi, po co ja tam miałabym jechać? Nawet pieców nie macie.
W przygranicznej miejscowości Ollague próbuję wjechać na wulkan Aucanquilcha. Na szczęście przyjechałem tam z zapasami, bo okazało się, że dwa sklepy w miasteczku są zamknięte i szanse na zrobienie zakupów właściwie żadne. W ramach klimatyzacji wchodzę na wulkan Ollague, by następnego dnia zacząć podjazd na Aucanquilcha. Droga, po której dało się jechać, prowadziła do nieczynnej już kopalni, znajdującej się na wysokości 5360 m.n.p.m. Dalszy odcinek prowadzący na szczyt był zbyt zapiaszczony, aby dało się po nim pedałować. Po dwóch próbach i sześciu dniach rezygnuję z wnoszenia roweru na plecach na wierzchołek, osiągnąwszy z jednośladem wysokość 6070 m.n.p.m.
Za Ollague zmieniam kierunek jazdy i pchany przez zachodnie wiatry po boliwijskich wybojach dojeżdżam po trzech dniach do Uyuni. Kilka dni odpoczynku przed czekającymi mnie pustymi, białymi przestrzeniami salarów - słonych jezior, po których zimą można bezpiecznie przejechać, z nieodpartym wrażeniem bycia na lodowej pustyni. Biało dookoła, gdzieś na horyzoncie majaczą zamglone szczyty. Zimno, wiatr, zmęczenie, krótki oddech, wszystko to nieistotne, przestaje być ważne. Odpoczynek w namiocie i ciepłym, puchowym śpiworze. Bezruch, jak co wieczór, kiedy już zajmie swoje miejsce cisza. Pustka wokół, pełnia we mnie. Szczęścia.
Z Boliwii przez przełęcz Tambo Quemado wracam do Chile. Dziewięć tygodni w podróży, prawie cztery tysiące przejechanych kilometrów, setki spotkań, milion wrażeń. `Prawdziwie odkrywcza podróż nie polega na poszukiwaniu nowych pejzaży, lecz na otwieraniu oczu na nowo' pisze M. Proust. Czekam na następną podróż. Mój znajomy powiedział, że podróżowanie to ciężka choroba. Mam nadzieję, że nieuleczalna.
|