TANZANIA - W afrykańskim tyglu

- Gepard - stłumionym szeptem zaalarmował nas mój towarzysz podróży, Adam, czym wzbudził uznanie Eduarda, naszego przewodnika i kierowcy, który tym razem, mimo wprawnych oczu, zwierzęcia nie zauważył.

Zobaczyliśmy najszybszego ssaka na świecie - leżał w wysokiej trawie Serengeti - niemal niewidoczny. Ponad falujące trawy wystawała tylko jego głowa z nosem, który chciwie łowił zapachy, także nasz. Gepard usiadł na tylnych łapach i wreszcie podniósł się energicznie. Jego smukła sylwetka była doskonała - nie było w niej ani nadmiaru, ani braków.

- Jest głodny - zauważył Eduard. Rzeczywiście - brzuch wielkiego kota była zapadnięty. Widocznie bezskutecznie polował przez ostatnie dni. Antylop i gazel we wrześniu jest w Serengeti mniej i są bardziej czujne. Mimo niewyobrażalnej szybkości drapieżnika, każde cztery z pięciu prób polowań, kończą się dla niego porażką.

Kot wyraźnie poirytowany naszą obecnością (choć wyłączyliśmy silnik w naszym Land Roverze i staraliśmy się być najciszej jak tylko się da) wybiegł ze swojego legowiska na gruntową drogę, prowadzącą przez dziką równinę do odległego, położonego nad Jeziorem Wiktorii miasta Musoma. I nagle zastygł - jakieś dwieście metrów stąd, na poboczu, pasł się samiec gazeli Granta. Przypomnieliśmy sobie, że wcześniej, jadąc od drugiej strony, podziwialiśmy jego długie, skręcone rogi i niczym niezmącony spokój. Samotna gazela, i tym razem nieświadoma niczego, wybierała na poboczu co bardziej smakowite kąski - wiatr wiał od niej w naszą stronę. Gepard zaczął truchtem biec ku niej nie spuszczając jej z oka ani na moment. Kiedy dzieliło go od niej niecałe pięćdziesiąt metrów, wystrzelił do przodu jak z procy. Tak jakby porwał go nagle jakiś potworny podmuch. Teraz gazela zobaczyła grożące jej śmiertelne niebezpieczeństwo i niemal równie błyskawicznie rzuciła się w otaczające trawy. Zaczęła biec zygzakiem, by zmylić prześladowcę, ale ten wykonał nadnaturalny skok i znalazł się na jej grzbiecie. Zwierzęta zniknęły na moment z pola widzenia, tocząc śmiertelny bój. Za chwilę zobaczyliśmy nogi gazeli wystające ponad trawy, poruszane ostatnimi impulsami tłumionego życia. Po chwili było po wszystkim.

Gdzieś daleko spokojnie szło stado słoni. Jeszcze dalej antylopy w wielkiej gromadzie. Tak jakby przed chwilą zupełnie nic się nie stało. A my dłuższy czas staliśmy jak wryci sparaliżowani tym spektaklem - okrutnym, ale też i odwiecznym, nieuniknionym.

* * * *

Kobiety były wysokie i według wszelkich standardów masajskiej urody, ze starannie ogolonymi głowami. W ich twarzach było coś szlachetnego, jakby były odwiecznymi paniami tych okolic, chociaż Masajowie przybyli do podnóży Mount Meru dopiero jakieś 200 lat temu (co w bezkresie historii Afryki wydaje się ledwie mrugnięciem). Ich szyje zdobiły wielkie kręgi misternie wykonane z koralików. U niektórych rozciągnięte ciężką biżuterią dolne płatki uszu niemal dotykały ramion. Skóra nie była czarna, ale popielata, ponieważ wszystko pokrywał wszechobecny wulkaniczny pył. W porze suchej pochodzenie nazwy wioski Ilkur'rot, czyli "kurz" stawało się jasne. Kurz był wszędzie, a najmniejszy krok wzbijał z ziemi prawdziwe obłoki. Ich mężowie byli daleko, ponieważ, gdy długo nie pada deszcz, muszą zapuszczać się coraz dalej w głąb sawanny w poszukiwaniu jako takich pastwisk dla bydła stanowiącego podstawę egzystencji i błogosławieństwo Masajów - dar boga Lengai. Gdyby tylko dowiedzieli się, że pod ich nieobecność jesteśmy w wiosce… Z ich kobietami. Na szczęście był z nami pochodzący z Ilkur'rot przewodnik i tłumacz.

Dzieci, ciekawe obcych, dotykały naszych białych dłoni pytając, czy nie jesteśmy zjawami. Jedna z kobiet spytała nas przez naszego tłumacza, jak wyglądają kobiety w kraju, z którego pochodzimy. Przypomniałem sobie, że w plecaku noszę nieprzeczytaną "Politykę" kupioną jeszcze na Okęciu. Wyrwałem z niej kilka zdjęć i podałem im. Za chwilę o te kilka stron rozgorzała w wiosce prawdziwa bitwa...

* * * *

Przechadzka po uliczkach Kamiennego Miasta na Zanzibarze, to nieustająca gimnastyka zmysłu wzroku i powonienia. Nos atakują zapachy ryb i wodorostów dochodzące z portu, smażonych ośmiornic i kałamarnic z ogrodów Forodhani, zmieszana z morską bryzą woń przeróżnych przypraw. Widzimy mężczyznę parzącego wprost na ulicy w dużych czajnikach imbirową herbatę osłodzoną niebotyczną ilością cukru (50 szyllingów, czyli jakieś 11 groszy za filiżankę). Wokół na barazach, kamiennych ławeczkach, w tradycyjnych nakryciach głowy, kofiach, siedzą Zanzibarczycy i leniwie rozmawiając ze sobą, sączą powoli szczypiący w język napój.

Sebastian Urlik