Wspomnienia Patrycji Wolskiej z Meksyku

  • Listy Patrycji z Meksyku
  • Do Meksyku wyjechałam 14 września 2003 roku i spędziłam tam w sumie dziesięć miesięcy. Jednakże moja podróż, bardziej duchowa, zaczęła się pięć lat wcześniej. Już na pierwszym roku moich studiów (Instytut Studiów Iberyjskich i Iberoamerykańskich) zakochałam się w Meksyku. Moje "wędrówki", to było po prostu rozczytywanie się w książkach i publikacjach na temat tego kraju, rozmowy z ludźmi, którzy tam byli i poznali jego wady i zalety oraz dosłowne dotykanie palcem mapy Meksyku, która do tej pory wisi w moim pokoju. Jednocześnie w mojej wyobraźni kształtowała się już jakaś wizja celu mojej podróży, która, choć starałam się, żeby była jak najbardziej wolna od stereotypów, musiała wziąć pod uwagę ogólne opinie na temat Meksyku jakie krążą w naszym kraju. A są one różne.

    Meksyk bowiem najczęściej kojarzy nam się z Majami, Acapulco, kaktusami, słońcem Benito Juarezem, Pancho Villą, ostrą kuchnią, tortillą, wesołym szkieletem, fiestą, tequilą, dużą przestępczością, niebezpieczeństwem. Natomiast mieszkaniec tego kraju jest muzykalny, wesoły, sentymentalny, przyjacielski, chamski, porywczy, nosi duży kapelusz, ma śniadą twarz i lubi kobiety. Jednym słowem, Meksyk, to coś egzotycznego, w jaskrawych kolorach, gdzie straszy nabity pistolet, a zarazem, coś lekkiego, ciepłego i wesołego, gdzie nawet święta Zmarłych są pogodne.

    A ja już nie mogłam się doczekać smaku tortilli i dotknięcia tych starych kamieni w Teotihuacán. Moja ciekawość była silniejsza od niepozytywnych uwag i, mimo lęków i przestróg, kierując się hasłem "do odważnych świat należy", wyruszyłam "na drugą stronę kałuży", do Meksyku.

    Moje pierwsze wrażenie, to prawdę mówiąc, przerażenie: "morze" świateł otoczone pagórkami, co stanowiło prawie 25- milionową stolice kraju, ciągnącą się na ponad dwóch tysiącach hektarach. Ale tak naprawdę, to Meksyk przywitał mnie od razu wielka fiestą. W nocy, z 15/16 września, Meksykanie obchodzą wielkie święto narodowe, święto Niepodległości. Wielka zabawa odbyła się na Zócalo, głównym placu miasta. O godz. 23.00 prezydent państwa (tym razem Vicente Fox) uderzył w dzwon i zawołał trzy razy "Viva Mexico!". Ogromny tłum razem z nim wygłaszał hasło, a ja miałam łzy w oczach, bo w końcu wtedy zdałam sobie sprawę, że jestem w tym wymarzonym miejscu i bawię się z razem z Meksykanami. Jeszcze długo po tym dniu samochody jeździły z przyczepioną do antenek małą flagą, a na wystawach cukierni były torty w barwach narodowych. Muszę przyznać, iż Meksykanie bardzo sentymentalnie, a zarazem żarliwie podchodzą do patriotyzmu. Są naprawdę oddani sprawom swojego kraju, a miłość do ojczyzny jest raczej dumą i honorem niż wstydem. Zaobserwowałam to także na głównych placach (również o nazwie zócalo) w różnych miastach, podczas momentu podniesienia flagi: oprócz uroczystego marszu wojska zatrzymywali się przypadkowi przechodnie i, stojąc na baczność z ręką na sercu, słuchali hymnu.

    Podobny stosunek mają do religii. Meksyk jest w ponad 90% krajem katolickim, ale jest to wiara bardziej "maryjna" niż "bogobojna". Ich patronka to Matka Boska z Guadalupe, Maryja o śniadej twarzy, która przemówiła do Juana Diego w języku náhuatl. Praktycznie wszędzie ma swój kącik: w restauracji, w hotelach, w ciemnym zaułku małej uliczki, w warsztacie samochodowym, w wytwórni tequili, na pewnej skale nad morzem w Acapulco, w środkach komunikacji miejskiej, w taksówce, w skałach przy drogach w całym kraju i w każdym domu prywatnym. Grudzień to jej miesiąc, a szczególnie dzień numer dwanaście. Wtedy to masa pielgrzymów zmierza do stolicy, do Sanktuarium Guadalupe. A są to mieszkańcy miast, Indianie z różnych rodzin, całe rodziny, zrzeszenia taksówkarzy, ślusarzy lub fotografów. Mijają starą Bazylikę, figurę papieża Jana Pawła II, kierują się do nowej Bazyliki z cudownym wizerunkiem Dziewicy z Guadalupe i usadawiają się przed świątynią. Więc ogromny Plac Ameryk, który jest przed nową Bazyliką, jest pełen namiotów i ludzi, którzy śpią, rozmawiają, tańczą, grają i gotują. Na drogach całej Republiki można spotkać (dosłownie co chwilę) pielgrzymki: wolno jadąca furgonetka, ozdobiona kwiatami i kolorowymi lampkami, z małym ołtarzykiem Matki Boskiej z Guadalupe (często w barwach narodowych), a przed nim biegnąca osoba, trzymająca pochodnię ze świętym ogniem, zapalonym w głównej Bazylice. święty ogień zostanie przekazany do ich parafii, by Matka Boska z Guadalupe czuwała nad mieszkańcami okolicy również i w tym roku.

    Jeśli chodzi o pierwsze wrażenia co do Meksyku, to nasuwa mi się na myśl słowo "sztuka". Otaczała mnie z każdej strony. Począwszy od mieszkania mojej koleżanki malarki, które tonęło w obrazach i należało chodzić bardzo ostrożnie, ponieważ świeże prace się suszyły. Arcydziełem są targowiska z żywnością: kolorowe, pełne owoców i warzyw, których większości nie znam, ale dzięki miłej obsłudze sprzedawców moje pojęcie w tej dziedzinie bardzo się wzbogaciło. Na ulicy natomiast znajdziemy coś dla ucha: wszędzie słychać muzykę (przeważnie meksykańską). Policjanci kierują ruchem i mają obok siebie głośniki, które głośno brzęczą. Wreszcie, sztuka sama w sobie, to poruszanie się po tym ogromnym mieście. Wszędzie tłumy ludzi (choć muszę przyznać że Meksykanie są grzeczniejsi od Polaków), samochody jeżdżą jak chcą bez używania kierunkowskazów, no czasem sygnalizują ręcznie gdzie chcą skręcić.

    Stoiska z rękodziełami ludowymi samo w sobie stanowiło muzeum, chociażby biżuteria: misterna, z pięknymi kamieniami, których tu bez liku, aż oko cieszy. Jeśli chodzi o mistrzowskie rzeźby z kamienia to miałam przyjemność trafić do warsztatu- sklepu, gdzie obrabia się obsydian, święty kamień Azteków (wyrabiano z niego m.in. noże sakralne). Miejsce to mieści się w Teotihuacán, a niedaleko widać góry, w których wydobywa się ten cenny kruszec, zresztą jedyne w kraju, gdzie jest on dostępny. Na miejscu artyści tworzą figurki nawiązujące do historii i mitologii Meksyku, a one aż lśnią w słońcu, ponieważ inkrustowane są ametystem, srebrem, okiem tygrysa, malachitem, turkusem, onyksem, czy jadeitem. Pracownia ta ma również specjalne pozwolenie Muzeum Antropologicznego na wyrabianie kopii muzealnych. To bajeczne miejsce nazywa się El Mundo de Obsidiana (świat z obsydianu).

    Meksyk jest krajem, który posiada liczne złoża kamieni szlachetnych. Takim bogactwem naturalnym jest również srebro, a centrum jego wydobycia w czasach kolonialnych znajdowało się m.in. w miastach Guanajuato oraz Taxco. W tej chwili to ostatnie oferuje najpiękniejsze wyroby ze srebra, natomiast Guanajuato przyciąga swoją niezwykła architekturą oraz rzeźbą terenu: uliczki tej miejscowości stanowiły kiedyś dawne korytarze kopalń. Ja jednak miałam przyjemność poznać bliżej Taxco, położone w górach miasteczko, znajdujące się na Liście światowego Dziedzictwa UNESCO. Urzekły mnie białe, kolonialne budynki (prawie jedne na drugich, jak na miejscowość wysoko w górach przystało, 1400m.n.p.m.), gdzie nawet stacje benzynowe mają podobny styl. Dosłownie co krok zaprasza nas sklep z biżuterią, bądź przedmiotami użytku codziennego ze srebra. Niektóre z nich prezentują rzeźby, które wygrały międzynarodowe konkursy. Cudeńka! Niemniej jednak, cały czas towarzyszył mi duch epoki kolonialnej. Widoczny był w przepięknym kościele Santa Prisca y San Sebastián z lat 1752- 1758, na zócalo, między starymi, wąskimi uliczkami wśród białych domków, w hotelach, które kiedyś były mieszkaniami dawnych zarządców kopalń oraz w nocy, gdy co parę chwil słychać było w całym mieście syreny, które obwieszczały zmianę szychty, co znaczyło, że tu nadal wydobywa się srebro.

    Atmosfera tajemniczości i niezwykłości towarzyszy nam jednak nie tylko w Taxco. Już w Teotihuacán (godzina drogi od miasta Meksyk), a szczególnie na czubku Piramidy Słońca (ponad 65 m. wysokości) można spotkać osoby, które medytują lub się modlą. Podobno w tym miejscu jest jakaś silna i pozytywna energia, którą warto odczuć i czerpać. Dlatego też nie rzadko spacerują tutaj ludzie z wahadełkami i badają różne siły.

    W Monte Albán, niedaleko miasta Oaxaca, przy oglądaniu płaskorzeźb, przedstawiających różne postacie, tzw. "tancerzy", dowiedziałam się, że niektórzy z nich przypominają wyglądem dawnych Asyryjczyków oraz Egipcjan. Można przypuszczać, że już wiele lat przed Kolumbem, Ameryka miała kontakty ze Starym Kontynentem. Niestety, mieszkańców starych miast prekolumbijskich już nie spotkamy i wiele zapytań pozostanie bez odpowiedzi. Teraz nadszedł czas na odrywanie i badanie tych zabytków, na turystykę oraz... małpy, prawdziwych mieszkańców tych miejsc. A chodzi tu o wyjce, które dają o sobie znać w formie groźnego odgłosu. W Yaxchilán to właśnie je słychać najbardziej, co również stwarza osobliwa atmosferę: stare ruiny miasta Majów, w większości zatopione w selwie, zacienione miejsce, z powodu bliskości gęstego lasu, bardzo mało turystów oraz częste i donośne porykiwania małp.

    Epoka świetności prekolumbijskich cywilizacji, czasy Zapoteków, Tolteków, Majów i Azteków minęły pięć wieków temu. Są już historią, ale z drugiej strony są obok nas. Z przeszłością Meksyku spotykamy się nie tylko w Muzeum Antropologicznym, czy n.p.: w Uxmal. Ona jest na każdym kroku, żyje, oddycha i przenika nowoczesnego ducha tego ogromnego kraju. Odwołania do historii prekolumbijskiej są bardzo częste: murale Diego Rivery w Pałacu Gubernatora na Zócalo w stolicy, malowidła ścienne w niejednej stacji metra, tańczący Indianie przed Muzeum Antropologicznym, ruiny Piramidy Quetzalcóatla na Placu Trzech Kultur, pomniki Cuahtemoca czy Cuitlahuaca na ulicy Paseo de la Reforma, świadomość, że pod głównym placem stolicy są resztki świątyń i pałaców dawnych Azteków, a kobiety nadal używają rebozo i przygotowywują tortille z fasolą. Nierzadko spotyka się imiona indiańskie (kiedyś pewien chłopak przedstawił mi się jako Tonatiuh, czyli "Bóg Słońca"...), święto Zmarłych ma silne tradycje właśnie prekolumbijskie (dominuje kolor żółty, przyszykowane jedzenie w ofierze dla zmarłego), jeszcze żywe języki indiańskie, odziani w białe tuniki Lakandonowie, których można spotkać w Palenque jak sprzedają strzały do polowania, silny synkretyzm religijny, który można po części zaobserwować m.in. w wiosce San Juan Chamula. Ale na pewno takim prawdziwym świadkiem historii jest drzewo z Tule, najstarsze w całej Ameryce Łacińskiej. Ma prawie 3 tys. lat, 58 m. w obwodzie i 42 m. wysokości.

    Trzy wielkie epoki historyczne Meksyku, okres prekolumbijski, kolonialny oraz czasy współczesne, współistnieją, nakładając się nawzajem. Obrazuje to w szczególności zabudowa miast: obok nowych wieżowców stoją autentyczne budynki kolonialne, każde miasteczko ma swoje zócalo, które nadal pełni rolę centrum, przy którym są restauracje, sklepy i główny kościół, na dawnych piramidach wzniesione zostały świątynie chrześcijańskie, co można zobaczyć na Zócalo w Meksyku, Choluli czy Izamal. Sztuka barokowa w Meksyku charakteryzuje się stylem churriguerresco, który zawierał motywy indiańskie w zdobieniach i przedstawieniach figur świętych. Przepiękny kościółek indiański można podziwiać w Tonantzintla, gdzie aniołowie mają twarze Indian, i wszędzie lśnią wyrzeźbione owoce i kwiaty. Do tej pory Indianie mają swoja sztukę sakralną, która ma swoje silne korzenie właśnie w tradycji prekolumbijskiej. Tak więc i w świecie artystycznym żyją zgodnie wszystkie epoki.

    Meksyk ma również do zaoferowania wiele atrakcji przyrodniczych. Zaczyna się już od cudownych krajobrazów. Ja zapamiętałam najbardziej wielkie, zielone góry w stanie Nayarit, przepiękne trasy całej Republiki, laguny w stanie Campeche, mieniący się z daleka ośnieżony szczyt Pico de Orizaba (najwyższy w kraju, wys. 5747 m.n.p.m.), no i przede wszystkim budzące grozę drogi- serpentyny w rejonie San Cristobal de las Casas, czy z miasta Oaxaca do Tehuantepec. A najpiękniejsze niebo nocne jest w Acapulco: wyraźne gwiazdy oraz "uśmiechnięty" księżyc (w Meksyku księżyc "rośnie" z dołu do góry, nie tak jak w Polsce, z boku).

    Mówi się, że stan Chiapas jest najbogatszy w walory naturalne. Można podziwiać np. Kanion Sumidero, którego ściany dochodzą do 500 m. wysokości, a najwyższa ma 1000 m. Podczas godzinnej jazdy motorówką mijamy plażę, na której przebywają sępy, małpy- pająki, kryjące się w koronach drzew, ciekawe formy skalne, małe kaskady, zachwycamy się genialną grą światła promieni słonecznych i cieni, które rzucają wysokie ściany kanionu, wjeżdżamy w grotę Matki Boskiej z Guadalupe. Jest to naturalnie wyrzeźbiona jaskinia przy brzegu z różowymi odcieniami na ścianach (rezultat filtracji wody i minerałów). W grocie tej odprawiane są również msze. Ja miałam okazję uczestniczyć w takiej "wodnej" mszy, gdzie wszyscy kołysali się w motorówkach. Ale za to, atmosfera była niepowtarzalna. Przy odrobinie szczęścia robimy zdjęcie iguanom oraz krokodylom odpoczywającym przy brzegu. Z krokodylami jednak spotkamy się również na rzece Usumacinta, gdy udajemy się do Yaxchilán. Zależy gdzie są, czy na brzegu Gwatemali, czy Meksyku, więc nasza motorówka płynie dość krętą drogą.

    W stanie Chiapas znajduje się także Puszcza Lakandońska, największy Park Narodowy Meksyku (ponad 5 tys. km.?). Zwykli turyści mają z nią bezpośredni kontakt gdy udają się do ruin miast Majów, Yaxchilán oraz Bonampak, drogą, która przecina fragment lasu oraz w samych strefach archeologicznych. Ci, którzy chcą zagłębić się w selwę, muszą otrzymać specjalne pozwolenia władz, gdyż jest to również ścisły rezerwat, w którym mieszkają Lakandonowie. Mówi się o nich, że są bezpośrednimi potomkami dawnych Majów oraz spadkobiercami ich kultury, tradycji i obyczajów. Żyją w swoich wioskach, mają swoją starszyznę, szamanów oraz własne wierzenia, które nie mają nic wspólnego z chrześcijaństwem. Polują, łowią ryby, mieszkają daleko od dzisiejszej cywilizacji. Tylko nieliczni występują w programach telewizyjnych i witają turystów przy zabytkach miasta Bonampak. Sprzedają tam m.in. swoje wyroby artystyczne. Są to przeważnie proste figurki jaguara z drewna, łyżki, miseczki oraz naszyjniki z kolorowych ziaren z puszczy. Są małomówni, maja gęste czarne włosy i zazwyczaj noszą białe szaty.

    W Meksyku jest również wiele jaskiń (w tym i podwodne). Największa jaskinia w kraju, o wdzięcznej nazwie Cacahuamilpa, znajduje się w stanie Guerrero. Ciągnie się na ponad 2 km., a ściany mają ponad 20 m. wysokości (najwyższa grota ma ponad 90 m wys.). W ciemnościach widnieją podświetlone stalaktyty, stalagmity oraz ciekawe pofałdowania ścian. Można więc podziwiać "chińską wieżę", "garbusa" oraz "żłóbek". Wewnątrz jaskini znajduje się tzw. Audytorium, gdzie co roku w drugiej połowie maja, odbywają się darmowe koncerty muzyki klasycznej. Przyjeżdża wtedy Orkiestra Symfoniczna z Acapulco. Cacahuamilpa ma ponad 80 milionów lat, a same formy skalne powstały ponad 5 mln. lat temu. Podczas zwiedzania nie da się więc nie myśleć o upływie czasu, tym bardziej, że to wszystko nadal jest w procesie kształtowania.

    Meksyk, to kraj, gdzie zawsze panuje lato, a może nawet i wiosna. Rok dzieli się na dwie pory: sucha (listopad- kwiecień) i deszczowa (maj- październik, deszcze padają po południu). Poza tym, pogoda jest zawsze słoneczna, wszędzie kwitną drzewa, kwiaty o dziwnych nazwach, nawet kaktusy nie wydają się takie ostre i niedostępne. A owoce są w sprzedaży cały rok, np. już od kwietnia jest sezon na truskawki, a pomarańcze czy banany (w trzech rodzajach) można zawsze dostać. Jednym słowem, dookoła jest zielono, kolorowo, pachnąco i przyjemnie ciepło. Nawet miejscowość Cuernavaca (1,5h od stolicy) ma przydomek "miasto wiecznej wiosny". Klimat tam jest łagodniejszy, a rozmaite kwiaty są nieodłącznym elementem krajobrazu. Sam Hernán Cortés, zdobywca Imperium Azteków, tak sobie upodobał Cuernavaca, że wybudował tam swój pałac. Chciał bowiem przenieść stolicę Meksyku do Cuernavaca, ale tradycja i historia były tak silne, że nie udało się to.

    Słońce potrafi grzać niemiłosiernie, toteż Meksykanie, przyzwyczajeni do ciepła, zakładają czapki i rękawiczki, gdy temperatura spada do 9 stopni... Domy nie mają centralnego ogrzewania, bo nie ma takiej potrzeby. Jak jest chłodniej, to okrywają się w domach kocami. śniegu tak naprawdę nie znają. Widzą go tylko z daleka, jak świeci się na wulkanach. Toteż zalicza się go tutaj do egzotyki. Nie wiedzą jaki jest w dotyku. święta Bożego Narodzenia nie są zimne i nikt nie czeka na śnieg. W Polsce temperatury dochodzą do -25 stopni, co jest dla Meksykanów praktycznie niewyobrażalne.

    Ta ciągłość jednej w sumie pory roku sprawia, że odczuwa się pewna monotonię. Krajobrazy, choć wspaniałe, wyglądają zawsze tak samo (chyba, że weźmiemy pod uwagę niepowtarzalne zachody słońca). Zaczęłam jeszcze bardziej doceniać pory roku. To samo miejsce zmienia się w cudowny sposób, jest takie same, ale inne. Lasy też różnią się od naszych: podłoże jest bardziej wilgotne, nie ma mchu, nie pachną miodem i żywicą, i wiele gatunków drzew ma odmianę meksykańską. Nikt nie zbiera wiec grzybów ani jagód.

    Jednak pomimo pewnej monotonii w postaci brak pór roku, Meksyk zadziwia swoją różnorodnością, kontrastami, które dotyczą społeczeństwa, historii i zabytków. Na tej samej ulicy znajduje się bogata willa oraz skromny, surowy domek. A w mieście Meksyk, obok ruiny piramidy, są budynki z epoki kolonialnej oraz nowoczesne wieżowce. W stanie Chiapas chłopi uprawiają kukurydzę na trudnych, górzystych terenach, a na Płw. Jukatan są rozległe, zielone równiny i sady owocowe z bananowcami, mango, papają i pomarańczami. Podobnie jest więc jak z walorami naturalnymi: każdy znajdzie tu coś dla siebie.

    Dzięki warunkom klimatycznym jakie panują w tym kraju, czyli prawie zawsze jest ciepło i słonecznie, a wokoło praktycznie wszystko jest zielone, bądź kwitnie, odczuwa się pewną wewnętrzną radość, optymizm i pogodę ducha. Takie samopoczucie potęguje jeszcze fakt organizowania różnych zabaw i fiest praktycznie przez okrągły rok. Na ulicy często spotyka się bezinteresowny uśmiech i grzeczne słowa, np.: przy wysiadaniu z tzw. pesero , kierowca żegna się, mówiąc: "Życzę Pani miłego dnia", "Wszystkiego dobrego" albo "Nie ma za co" (słysząc podziękowanie za otwarcie drzwi we wskazanym przez nas miejscu). Na targu sprzedawcy zwracają się do nas: "Co Pani sobie życzy?", i dodają "moja królowo", "piękna", czy "panienko" (bez względu na wiek kupującej). I oczywiście dadzą nam jedną brzoskwinię ekstra, poczęstują kanapką, albo najpierw dadzą wszystkiego spróbować. Czasem nawet ktoś się zatrzyma samochodem i zakrzyczy: "A skąd ten anioł spadł?", "Jaka jesteś piękna, panienko", bądź coś w tym stylu.

    Grzeczność, z jaką często spotykałam się ze strony Meksykanów, bywała czasami "kłopotliwa". Problem pojawiał się, gdy pytałam o drogę. Nigdy nikt nie odmówił mi pomocy, ale za to, z sympatyczna miną, zwykle kierował mnie w zupełnie inna stronę. Dopiero po zapytaniu paru osób, udawałam się we właściwym kierunku.

    Oczywiście nie chciałabym, aby to wszystko zabrzmiało zbyt idealnie, i że w tym kraju mieszkają sami dobrzy i grzeczni ludzie. Każde państwo ma swoje wady i zalety, Meksyk też ma swoje kłopoty. Ja natomiast chciałam bardziej skupić się na tej lepszej stronie i zaznaczyć te elementy, z którymi nie spotykam się w Polsce.

    Na przykład Coyoacán jest dla mnie także miejscem magicznym. Tak nazywa się południowa dzielnica miasta Meksyk, słynąca m.in. z Muzeum Fridy Kahlo, które zresztą jest dawnym mieszkaniem Fridy i Diego. Stary tramwaj z lat 20- stych zabierze nas na wycieczkę po okolicy i zobaczymy stare jednorodzinne domy zamożnych rodzin, kolorowy targ z ludowymi cudeńkami i haftowanymi koszulami z prawdziwej bawełny, miniemy halę targową i zócalo, na którym zawsze jest gwarno i sympatycznie. Warto wybrać się w to miejsce w niedzielę. Wtedy na placu grają folklorystyczne kapele z różnych części Ameryki Południowej, Indianki sprzedają przed kościołem ręcznie robione laleczki, a niedaleko jest stoisko z plakatami i publikacjami na temat ruchu Zapatystów w stanie Chiapas. Ogromne targowisko oferuje nam natomiast nie tylko szeroki wybór ubrań, jak np.: szerokie spodnie z ludowym haftem, poncza, wielkie sombrera, chustki, bluzki ze zdjęciem Emilano Zapaty , torby skórzane, lub z materiału, z motywami roślinnymi. Dla przyjemności można kupić srebrne kolczyki z piórami papugi, ręcznie zszywane i ozdabiane zeszyty, świeczki o przeróżnych zapachach, ceramikę. Na miejscu można zrobić sobie tatuaż, bądź pofarbować włosy. Dla tych, którzy potrzebują rad na temat zdrowia, czekają stoiska z ziołami, oczyszczaniem świecą, odpowiednimi kryształami i książkami. Obok, malarze wystawiają swoje prace, więc plac w połowie wygląda jak galeria. Nawet jest przy kościele restauracja Grifaldo, której właściciel też jest malarzem. Wewnątrz można posilić się pysznym spaghetti podziwiając przy okazji najnowsze prace artysty. Są to przeważnie pejzaże meksykańskie, bądź przedstawienia różnych scen z życia codziennego, oczywiście też z akcentem meksykańskim. Ja po szczegółowym zwiedzeniu placu targowego, udawałam się na przepyszną tanią kawę na rogu i na churros (słodkie, ciepłe "paluszki" z nadzieniem czekoladowym, mlecznym lub karmelowym).

    W mieście Oaxaca, przy hali targowej, mieści się sklep z czekoladą, Mayordomo. Zanim zakupimy tę lokalną specjalność, dostaniemy na spróbowanie gorącą czekoladę. Poza tym, w samym sklepie (z czym często spotykałam się w kawiarniach) mieli się ziarna kakaowca i miesza się z wanilią, migdałami i cynamonem.

    Mérida, stolica stanu Jukatan, oczarowała mnie swoją architekturą. Zwykłe domy wyglądają jak wille z XIX wieku ( w rzeczywistości powstały w latach 30- stych). W większości z nich znajdują się banki, restauracje, muzea i sklepy. Zabudowania mają pastelowe kolory, co sprawia, że miasto wydaje się być jasne i czyste. Dlatego też, Mérida nazywana jest "białym miastem".

    Izamal, również na Jukatanie, ma z kolei przydomek "żółtego miasta". Budynki w centrum mają kolor żółty, a nad nimi króluje klasztor franciszkański św. Antoniego z Padwy. Jest to rozległy kompleks, który sprawia wrażenie labiryntu. Został ukończony w 1561r. a jego prawdziwą podstawę stanowi dawna piramida Majów poświęcona bogowi Ppap- Hol- Chac. W dzisiejszych czasach wierni adorują tutaj Dziewicę z Izamal, cudowną figurkę Matki Boskiej, wykonaną w Hiszpanii. Miejsce to odwiedził również papież Jan Paweł II w 1996r. i dokonał uroczystej koronacji Dziewicy z Izamal. Z okien kaplicy rozciąga się ciekawy widok na miasteczko, a szczególnie na wystające z zarośli szczyty piramid, jedynych świadków minionej epoki.

    Jednakże najczęściej wracam myślami do małego miasteczka w stanie Chiapas: San Cristobal de las Casas. Tutaj urzędował biskup tego regionu i wielki obrońca Indian z pierwszej połowy XVI w., Bartolomé de las Casas. Tutaj również stacjonowali powstańcy z ruchu Zapatystów w 1994r. Uliczki są wąskie, domki kolorowe i raczej parterowe. Najpiękniej jest oczywiście na zócalo w niedzielne wieczory. Słychać wesoły gwar, czuć ostre górskie i chłodne powietrze, sklepy są otwarte do późna, w katedrze odprawia się ostatnią mszę i słychać śpiewy chóru przy akompaniamencie gitary, przy oświetlonym placu gra orkiestra, bądź cymbaliści, i spacerują mieszkańcy miasta, turyści oraz młode Indianki, które oferują koce i plecione paski na rękę. W tej małej miejscowości, na drugim końcu świata, w rejonie objętym do niedawna walkami partyzantów z Armii Wyzwolenia Narodowego im. Emiliano Zapaty, słysząc nie tylko hiszpański, ale przede wszystkim język tzotzil, czuję się po prostu przyjemnie i bezpiecznie.

    Ponad dziesięć lat temu, w 1992r., świat obchodził 500- lecie "Odkrycia Ameryki". Z tej okazji organizowano przeróżne sympozja, wykłady i fiesty. Opublikowano szereg artykułów oraz książek. Dyskutowano na temat samej nazwy tej wielkiej rocznicy: czy należy ją określić jako Odkrycie Ameryki, czy raczej 500- lecie Spotkania Dwóch światów.

    Faktem jest, iż pierwsze spotkanie między Meksykanami a reprezentantami Starego świata, było po części lekkim nieporozumieniem: Hiszpanie mieli nadzieję ujrzeć bajeczne ziemie opisane przez Marco Polo, a "gospodarze" wierzyli w nadejście swojego boga, Quetzalcoatla. Na pewno do tej pory to wielkie spotkanie trwa, nadal my odkrywamy Amerykę, a ona nas.

    Tak również dzieje się w przypadku Meksyku, który w naszym kraju jest w sumie mało znany, i zbyt daleki, by regularnie docierały do nas wyczerpujące informacje na jego temat. A jest on do nas bardzo przyjaźnie nastawiony i w rzeczywistości dużo mamy z nim wspólnego. Z Meksykiem utrzymujemy stosunki dyplomatyczne już od 1919r. Właśnie do tego kraju wyemigrowało mnóstwo Polaków, zwłaszcza po upadku powstania styczniowego z 1863 r. i podczas pierwszej i drugiej wojny światowej. Coraz więcej turystów wybiera Meksyk jako cel swojej wycieczki. Na naszym rynku dostępnych jest wiele książek, które opisują ten kraj. Powstały różne przesądy o jego mieszkańcach, krążą różne opinie, bardziej i mniej pozytywne, obiektywne, bądź te indywidualne, a społeczeństwo kieruje się raczej poglądami bardziej ogólnymi. Można powiedzieć, że oba kraje już się spotkały, ale czy Polska odkryła Meksyk?

    Myślę, że ci, którzy zwiedzili Meksyk, mają swoje indywidualne zdanie na ten temat, powstałe w wyniku ich własnych przeżyć, wrażeń oraz nastawienia. Wizja jakiegoś kraju kształtowana jest przede wszystkim przez ludzi jakich tam spotykamy podczas naszej wędrówki. P.Coelho napisał w swojej książce pt.: "Pielgrzym" pewne zdanie: "niezwykłe jest napotkać jest na ścieżkach zwykłych ludzi". To oni są nam niezbędni w poznaniu i zrozumieniu ich kultury i sposobu życia, to oni są nam w stanie pomóc i pokazać swój dom, utwierdzić nas w stereotypowym przekonaniu, bądź pokazać coś zupełnie innego, niezgodnego z tradycyjnymi przesądami na ich temat. Dotykamy ich ręką, słowami, wzrokiem, uśmiechem, wyobraźnią, naszą osobą. Czasem spotkamy się z kimś wspaniałym, kto nas zachwyci jakąś rzeczą albo po prostu swoją niesamowitą osobowością, i to sprawia, że nasza podróż w danym kraju staje się właśnie niezwykła. Chyba to jest to rzeczywiste spotkanie, odkrywanie innego kraju.

    Dzięki właśnie takim osobom, mój pobyt w Meksyku był niepowtarzalną, przemiłą przygodą, ważnym rozdziałem w moim życiu, którego nie chciałabym zamknąć. Ja spotkałam się z Meksykiem i odkryłam go w mój indywidualny sposób. Jak teraz wygląda moja wizja krainy Majów i Azteków, ojczyzny kakao? Czym jest ona dla mnie? Jak go zapamiętałam?

    Cóż, są to różne sytuacje, wrażenia, krótkie chwile, emocje, szczegóły, z których składają się wspomnienia. Meksyk to dla mnie, przede wszystkim, moja ukochana dzielnica Tlalpan, na której mieszkałam. Zawsze w niedziele odbywały się na zócalo jakieś występy, a plac zapełniały stragany z różnościami. Dwie ulice dalej znajduje się skromna kafejka, w której piłam najlepsze meksykańskie kawy, czyli te ze stanu Veracruz, Oaxaca i Chiapas. Niedaleko jest sklep spożywczy, w którym oferowano mi m.in. polskie wódki: Żubrówkę oraz Wyborową. Meksyk to również słoneczna pogoda w Acapulco oraz szum fal nocami, gdy cichnie miejski gwar, to cudowne kolory wodospadu Aguas Azules, to uśmiech mojej koleżanki z plemienia Tzotzilów w Zinacantán, jazda w pesero po mieście, tęcza jak jechaliśmy do Uxmal, pozdrawianie znajomego przewodnika w strefie archeologicznej Monte Albán, mój codzienny posiłek, składający się z tortilli, fasoli i czile, zachwycanie się od nowa budowlami w Palenque, picie przepysznej czekolady w mieście Oaxaca, oryginalne rysy twarzy Meksykanów, pozdrawianie do znajomego kierowcy, który nas właśnie mija na autostradzie nad Zatoką Meksykańską, wiedzieć już gdzie sprzedają najlepsze tacos w Palenque i gdzie można dostać pocztówki w Taxco, delektowanie się świeżym sokiem z mango na trasie do miasta Campeche, poranny wiatr w drodze do Yaxchilan, no i ciepło, słońce, to na niebie, i to na ulicy, w oczach obcych osób, w sercach przyjaciół, w uśmiechu pana sprzedawcy gazet i pani, która tłumaczy mi jak mam dojść do ulicy M.A. de Quevedo. To, w końcu, mówienie codziennie rano "buenos días". Na pewno chciałabym to przeżyć jeszcze raz. A może teraz kolej na odkrywanie naszego kraju przez samych Meksykanów?

    Patrycja Wolska