28 sierpnia - niedziela

Rano, wspólnie z Anią wyruszyliśmy pociągiem pospiesznym z Dworca Centralnego do Bielska-Białej. Pociąg jechał dość nierówno to znaczy momentami bardzo szybko a momentami wlókł się niemiłosiernie - zwłaszcza gdy wjechał na Śląsk. Za Piotrkowem Trybunalskim mieliśmy nadprogramowy pokaz... desantu skoczków spadochronowych skaczących z czeskiej maszyny L-410 co było miłym urozmaiceniem nudnej podróży koleją, poza tym Polska z okien pociągu niestety nie wyglądała zbyt ładnie - brudne, szare i zaśmiecone tereny przydworcowe (zwłaszcza w Radomsku) nie napawały optymizmem. Jedyny plus na korzyść pkp'u to... czystsza toaleta w pośpiechu Białystok - Bielsko-Biała niż w IC z Warszawy do Wiednia. Do Bielska-Białej dotarliśmy z kilkuminutowym opóźnieniem ale dzięki wcześniejszemu zaciągnięciu języka u pewnej starszej Góralki udało nam się zoptymalizować czas i trasę sprintu na odcinku dworzec PKP - dworzec PKS i dzięki temu złapaliśmy PKS do Żywca (przy okazji: 3,50zł od osoby plus 1zł za bagaż - na tej samej trasie podmiejski kibel kosztuje 5,70zł i trzeba na niego sporo czekać), a w samym Żywcu, niemożebnie rozkopanym przez remonty i budowy wszelakie (o tym w dalszej części relacji) złapaliśmy bus do Korbielowa i czekaliśmy na niego tylko 15 minut co uważam za sukces bo w niedzielę miasto wyglądało jak wymarłe. Miło było znów zobaczyć stary, dobry Korbielów i przejechać się szosą przez Świnną, Jeleśnię i Krzyżową gdzie ostatnio byłem dokładnie 10 lat temu. Po zainstalowaniu się w pensjonacie "Wierchy" (gorąco polecam - niedrogo a luksusowo, klimat jak trza i świetni gospodarze!!!) i odpoczynku poszliśmy "na miasto" zobaczyć co jest grane i kto zacz - znaleźliśmy się w Zajeździe "U Kuby" (Korbielów-Kamienna przy rozjeździe na granicę i Pilsko) gdzie po pierwsze nie leciało dicho tylko porządny rock a za barem stał metalowiec ze swoją kobitką - sie okazało, że Górale Żywieccy tyż grają metal ;-) Martwiło nas tylko, że pogoda była tego dnia, delikatnie rzecz biorąc taka sobie co nie nastrajało zbyt optymistycznie ale jak się okazało w ciągu najbliższych dni - był to jedyny pochmurny dzień podczas całego naszego pobytu w Beskidzie Żywieckim. Słowem - przywieźliśmy ze sobą dobrą pogodę!

30.08 - poniedziałek

Od rana Słońce świeciło na pełnych obrotach a jednocześnie nie było specjalnie upalnie toteż postanowiliśmy skorzystać z okazji i zwiedzić tereny przygraniczne od strony słowackiej - toteż po śniadaniu ruszyliśmy czarnym szlakiem w stronę granicy - bardzo zacna sprawa jako, że nie trzeba iść szosą, a polną dróżką wzdłuż niej (i to górką) mijając pojedyncze zabudowania. Na granicy prawie nikogo nie było (generalnie w lecie 2005 wg tego, co mówił nam nasz gospodarz do Korbielowa przyjechało niewielu turystów - co też ma swoje uroki bo po kilku latach w deszczowawym Zakopcu tłumy mi nieco zbrzydły ;-) ) także szybko znaleźliśmy się na szosie prowadzącej do Oravskiej Polhory - około 5 kilometrów do miasteczka. Po drodze minęliśmy też pastwisko z białą krową mającą czarne plamy układające się w blackmetalowy makijaż ;-))) Oravská Polhora okazała się być bardzo rozciągniętą miejscowością (coś jak nasza Zawoja), generalnie klimatyczną (czyli małe domki - od rozpadających się chałup po ładne, nowe i murowane, kilka sklepów dość dobrze zaopatrzonych, ładny mostek, niezłe boisko piłkarskie, trochę odbić w dolinki i tak dalej) w której czas płynie inaczej. Od polskich siedlisk tego typu różniła się jednak tym, że na słupach umieszczone były dość gęsto głośniki typu "szczekaczki" a także przewagą starych ale dobrze zachowanych Šskód (głównie 105-tki i 120-tki) na drodze. Z Oravskiej Polhory ruszyliśmy odbiciem przy Starym Młynie (który obecnie jest nowym i dość dużym tartakiem) polną drogą w stronę Sihelné'ego. I tu ciekawostka - wystarczyło odbić z głównej szosy w bok by zobaczyć nie kiepskie kontrasty - nowy i wciąż rozbudowywany tartak znajdował się na terenie jakiejś starej, niedziałającej już dawno i rozpadającej się fabryki, obok nowych traków walały się resztki starych, samochodów... Minąwszy tartak (a wcześniej Night Disco Club Apollo mieszczący się w czymś na wzór robotniczego baraku) znaleźliśmy się wśród pól, łąk, stogów siana i ładnych widoków na góry (co prawda w jednym z parowów leżał wrak czerwonej Skody ale to detal ;-) ) i nie spiesząc się dotarliśmy do miejscowości Sihelné. Tu już było troszkę inaczej, domy nie stały frontem do drogi ale pod pewnym kątem, poza tym sioło to było wyraźnie mniejsze i cichsze - ale też posiadało ładne boisko i trochę ciekawych, drewnianych chat i tajemniczych drewnianych komórek czy garaży. Dalsza wędrówka zaprowadziła nas w kolejne pola a potem w las i nad strumień aż do pensjonaciku Biela Farma (2 km od granicy z Polską) gdzie zjedliśmy niezły i niedrogi obiad - niskie ceny (w przeliczeniu na zł) to jedna z wielu zalet Słowacji poza tym wiele sklepów czy knajpek w terenach przygranicznych spokojnie przyjmuje złotówki. Posileni minąwszy wysepkę z wbitym palem (aż się prosiło, żeby wyrzeźbić z niego świętowita) dotarliśmy do szosy i do granicy - a czarny szlak w drodze powrotnej i oświetlony wieczornym słońcem okazał się jeszcze ładniejszy niż rano. Później sprawdziliśmy na mapie, że zrobiliśmy pieszo całkiem niezły kawałek i że możemy spokojnie pomyśleć o zaplanowaniu już nieco bardziej górskich wędrówek. A w sklepiku tuż przed granicą kupiliśmy sobie niedrogie i całkiem dobre, słowackie wytrawne wino "Frankovka Modra".

30.08 - wtorek

Tego dnia korzystając z bardzo ładnej pogody postanowiliśmy przymierzyć się do zdobycia Pilska. Z Korbielowa ruszyliśmy żółtym szlakiem - od razu konkretnie stromo pod górę i przez las. Jakiś czas później dotarliśmy do połączenia ze szlakiem czarnym i za chwilę (relatywną rzecz jasna) znaleźliśmy się na pięknej polanie z dwoma chatami pasterskimi. Po krótkim postoju ruszyliśmy dalej pod górę i w pewnym momencie okolica została zdominowana przez srebrne buki. Jeszcze dalej znów pojawiły się prześwity i polanki aż dotarliśmy do wydzielonego wysokim, druciastym płotem terenu lasu z absolutnym zakazem wstępu - szlak biegł tuż przy płocie, który w pewnym momencie się kończył i trasa wyszła na rzęsiście oświetloną polanę na której jedną z ciekawostek było wyraźnie zaznaczone źródło Buczynki - rzeczki zasilającej swoimi wodami Koszarawę, Sołę i wreszcie Wisłę. Tutaj też teren na pewnym kawałku był nieco podmokły... Dalej w kierunku Pilska las stał się bardziej pogański - liczne drzewa powalone wiatrem, omszałe grupy kamieni, słońce dające wszelakie poświaty przez liczne świerki - i taką też drogą dotarliśmy aż do Hali Miziowej. Tam po krótkim posiłku zapadła decyzja wspięcia się jak najszybciej na Pilsko czarnym szlakiem (pionowo do góry ;-) ) a powrót żółtym przez rezerwat i kosodrzewinę. Był to dobry krok - wejście, mimo, że męczące okazało się nie aż tak trudne (mimo stada much krążących nad nielicznymi wspinającymi się) a powrót przez kosówkę i pamiętający Starych Bogów rezerwat był znacznie łatwiejszy "w dół" niż do pięcia się pod górę. Na samym szczycie Pilska powiał wiatr i upierdliwe owady dały na jakiś czas spokój - a zawitał dla odmiany chrząszcz z rodziny kuzkowatych. Niedługo potem powróciliśmy na Halę Miziową rzeczonym żółtym szlakiem a potem do Korbielowa - zielonym, raczej spacerowym, wśród skrzypów, drzew (wśród gałęzi bukowych harcowała gryząc orzeszki bukowe czarna wiewiórka występująca na tych terenach), potem łąk a na samym końcu wzdłuż wyciągu. W miasteczku przywitało nas beczenie owiec ;-)

31.08 - środa

Tego dnia postanowiliśmy na spokojnie zwiedzić Żywiec i zrobić sobie dzień luzu. Po złapaniu busa do Żywca jakieś 45 minut później wysiadaliśmy tamże w prawie w samym centrum. Żywiec tętnił hałasem robót drogowych - rozkopany jest do imentu a to z powodu dotacji które otrzymał - praca wre tak przy odnawianiu zamku jak i przy odnawianiu ulic. Wystarczyło jednak zagłębić się najpierw w siedzibę Towarzystwa Miłośników Ziemi Żywieckiej, gdzie udało nam się nabyć niedrogie a konkretne przewodniki turystyczne, a potem w chłodne mury żywieckiego zamku. Tu były akurat czynne dwie wystawy czasowe - historia browarnictwa i narzędzia tortur - wybraliśmy tę pierwszą czyli historię piwa Żywiec w pigułce od początków aż po czasy najnowsze. Od wystawy etykietek po wystrój karczmy i współczesną technologię - tylko trzy sale ale za to bardzo zacne. Potem zwiedziliśmy żywieckie muzeum regionalne, gdzie zgromadzone są m.in. instrumenty ludowe, wszelakie etnograficzne ciekawostki (w tym herbarze cechowe) a także takie klymaciki jak 17-wieczny... kibelek i 19-wieczne (i wcześniejsze) rzeźby ludowe. Te ostatnie siłą rzeczy o tematyce 100% sakralnej. W niższej sali była współczesna rzeźba ludowa. Później zagłębiliśmy się w Park Miejski - na pozór zwykły, niewiele większy od stołecznego Parku Krasińskich ale gdy się dokładniej zaczęło zwiedzać okazało się, że jest w nim wiele ciekawostek niespotykanych w innych parkach. Były to m.in. Domek Chiński (obecnie kawiarenka) a także wiele nietypowych gatunków drzew - sosna himalajska ale także kilka mało znanych odmian dębów, w tym dąb błotny, dąb topolowy odmiana stożkowa (!!!) i dąb bezszypułkowy. Pod tym ostatnim znaleźliśmy kiełkujący żołądź, który zabraliśmy ze sobą i który udało się dowieźć potem do Warszawy - mam nadzieję, że będzie ładnie wzrastał w doniczce i że za czas jakiś da się go posadzić na mazowieckiej ziemi... Później poszliśmy w mieszkalną część Żywca - przyznać muszę, że stadion TS Koszarawa jak na IV ligę jest naprawdę zacny. Niezłe też było zderzenie sztuki ludowej miejskiej i wiejskiej przy cepelii - w środku świątki, na zewnątrz niezłe graffiti - w tym ustylizowany "Szał" Podkowińskiego.

1.09 - czwartek

To też miał być luźniejszy dzień... Wyruszyliśmy, nie spiesząc się z Korbielowa czarnym szlakiem w kierunku miejscowości Krzyżówki - po drodze obfitość jeżyn dosłownie nas zaszokowała z czego skwapliwie skorzystaliśmy. Rosło też trochę goryczek, piękne muchomory i jeszcze piękniejsze dziewięćsiły, a i trochę jaszczurek się pokazało tu i ówdzie. Poza tym szlak wiódł przez pola pełne snopów siana. Pierwszą żywą duszę spotkaliśmy dopiero w południe i to już troszkę za Krzyżówkami - był to miejscowy kosiarz mówiący tutejszą gwarą. Tam szlak zmienił się powoli w leśny ale jeszcze wciąż było dużo polanek. I tu mieliśmy pierwszy problem z oznakowaniem szlaku - docelowo mieliśmy iść do prywatnego schroniska "Victoria K" zwanego też "Bacówką" a potem przebić się nie oznakowaną drogą do Jaworzyny i tam iść wzdłuż granicy czerwonym szlakiem (albo niebieskim słowackim - ta sama droga) a tymczasem z rozpędu dotarliśmy aż pod Jaworzynę właśnie gdzie miejscowi grzybiarze skierowali nas na właściwe drogi. Niedługo potem ostro schodząc w dół przez przepiękną buczynę wylądowaliśmy w schronisku gdzie sympatyczny staruszek - właściciel uraczył nas fasolką po bretońsku i kawką. Po krótkim popasie znów znaleźliśmy się pod Jaworzyną i ruszyliśmy szlakiem w kierunku na przejście graniczne Glinne. Szlak był piękny i klasyczny "góra-dół, góra-dół", obfitujący w robiące wrażenie wiatrołomy oraz ruiny szałasów pasterskich. Poza tym koniki polne grały bez przerwy. A propos tychże - zauważyliśmy, że rano i wczesnym popołudniem grają inną nutę (dźwięk ciągły grany pauzami lub po prostu długi dźwięk ciągły) niż stricte wieczorem - modulowane, długie riffy. Te ostatnie były często znakiem, że warto spojrzeć na zegarek ;-) Po drodze doszedł szlak żółty odbijający bezpośrednio na Korbielów a który zaczynał się w bardzo ciekawym... tunelu wyciętym wśród młodych świerków, było też bardziej podmokle niż dotychczas. Niedługo potem dotarliśmy do jednego z korbielowskich przysiółków gdzie spotkaliśmy dziadka taternika (rezydenta) z którym przedyskutowaliśmy możliwość zrobienia jednodniowej wycieczki na Babią Górę bez nocowania po drodze - wyszło na to, że się da (o tym później). Dalej żółty szlak wyprowadził nas łąkami na Korbielów Górny i gdzieś zniknął w zaroślach a my uliczką doszliśmy aż do naszych "Wierchów".

2.09 - piątek

Cel jaki obraliśmy tego to Babia Góra. Rano ruszyliśmy do granicy busem, a tam okazało się, że dane od dziadka-taternika są nieco nieaktualne, że owszem, autobus 7:30 jest, ale tylko w soboty i niedziele. Niezrażeni tym faktem ruszyliśmy z przysłowiowego "buta" do Oravskiej Polhory gdzie złapaliśmy SAD'a (słowacki PKS) do rozkrzyżówki na Slaną Vodę. Tam szosą dotarliśmy do schroniska o tej samej nazwie (50 metrów bliżej leżał w krzakach wrak czerwonej Skody ;-))) ) na szybką kawkę i dalej żółtym szlakiem do Hviezdoslavskiej Hajowni - gajówki imć Hviezdoslava będącego obecnie mini-muzeum gdzie zebrano pamiątki i rękopisy tego słowackiego wieszcza. Tam też znajduje się mała scena plenerowa i raz w miesiącu mają miejsce folklorystyczne koncerty. Później słynna Hviezdoslavska Aleja okazała się prowadzić przez sam środek zrywki drewna przez co była niemożebnie rozryta i błotnista a taki stan szlaku trwał aż do leżących tuż pod rezerwatem babiogórskim wiatrołomów. Potem krajobraz zmienił się diametralnie i stał bardzo piękny - od granicy rezerwatu wzwyż było już cudownie - sporo skał, bujna roślinność przechodząca z leśnej w wysokogórską a pod samą babią górą zanikły kosówki i były tylko trawy - tamże też do zdjęć pozował mały, biegający ptaszek ;-) Na Babiej Górze turystów kręciło się dość sporo, także Słowaków - i było widać oprócz Zawoi także dalekie Tatry. My po krótkim postoju ruszyliśmy piękną trasą (słowacki niebieski szlak praktycznie pokrywający się z polskim zielonym) na Małą Babią Górę a potem czerwonym szlakiem (też słowackim) na Borsučie - najpierw przez relaksowe polanki a potem ostro w dół przez dziki i nieujarzmiony las. Później skończył się rezerwat i zaczął normalny las a z ciekawostek najpierw w wodzie zebranej w śladach po traktorze lub ciężarówce uwijało się sporo kijanek. Potem wyszliśmy na asfaltowaną dróżkę (ale wciąż przez las) mijając różne budki, komórki ziemne i tak dalej - w ten sposób doszliśmy aż do krzyżówki ze szlakiem niebieskim. Wieczór był już bliski więc zamiast wracać do Slanej Vody postanowiliśmy wrócić do Oravskiej Polhory tymże niebieskim - szło się po prostu szosą a to przez las a to przez zrywki drewna i tak po około 45 minutach wylądowaliśmy przy sporym tartaku gdzie miał odbić żółty szlak na przysiółek Oravská Polhora Pila skąd już drogę znaliśmy doskonale. Wcześniej jednak zza desek wyszedł przesympatyczny Słowak i zapytał, czy może nam w czymś pomóc. Od słowa do słowa okazało się, że nie musimy iść szlakiem żółtym tylko skrócić sobie drogę najpierw najspokojniej przez tartak a potem przez pola. Tak też uczyniliśmy co dało nam około pół godziny (jak nie więcej) oszczędności czasu i dzięki którym już po polskiej stronie złapaliśmy ostatni PKS do Korbielowa - i całe szczęście, bo ciemno już było i uniknęliśmy powrotu pieszo szosą.

3.09 - sobota

To miał być relaksowy szlak do nieodległego Przyborowa z ewentualną wizytą w Starej Karczmie w Jeleśni lub krótkim podejściem za Przyborów - dokładna marszruta miała wyniknąć w trakcie wycieczki. Później niż zwykle wyruszyliśmy, nie spiesząc się specjalnie, żółtym szlakiem przez górę w kierunku Przyborowa. Już na pierwszym podejściu przywitały nas krzaczki jeżyn pełne dojrzałych owoców, które aż prosiły, by je zrywać i jeść - co też uczyniliśmy. Dalej wędrując niespecjalnie trudnym szlakiem (pole - las - polana) dotarliśmy do kapliczki przy krzyżówce ze szlakiem czarnym, którym szliśmy parę dni wcześniej do schroniska "Victoria K" - tym razem jednak po kwadransie odbiliśmy żółtym łagodnie poniżej linii domków. Po minięciu tychże (oraz masy mrówek, które najwyraźniej szukały miejsca na nowe mrowisko) szlak nagle skręcił prawie pionowo w dół i stał się dziki jak słowacki czerwony szlak z Babiej Góry - a to za sprawą powywracanych drzew i gęstych zarośli. Przy samym Przyborowie nagle zniknął ale polną drogą (ponownie pełną jeżyn) doszliśmy do celu około 200 metrów od właściwego wylotu szlaku. Miejscowy sklep posiadał bardzo dobrą kiełbasę z czego skwapliwie skorzystaliśmy (podczas konsumpcji minęło nas jadące sznureczkiem wesele) i ruszyliśmy dalej żółtym przez wioskę aż do miejsca, gdzie szlak ponownie odbijał w górę - tym razem skrajem pola, na którym pracowali miejscowi. I tu znów jeżyny dały znać o sobie i ciągnęły się przez las aż do najbliższej polany. Tam też zrobiliśmy mały popas i zdecydowaliśmy, że wchodzimy na szczyt i wracamy. Ten jednak cały czas się oddalał i w rezultacie doszliśmy aż do gospodarstwa (zaznaczonego na mapie jako "Mierniccy") gdzie młody chłopak koszący trawę powiedział nam, że do studenckiego schroniska zostało kilka minut drogi i że można nieoznakowaną drogą przebić się do Pewli Wielkiej przez przysiółek Padułka. Postanowiliśmy zatem wypić kawkę w schronisku i zobaczyć co dalej, jako że wracanie do Przyborowa jakoś nam się nie uśmiechało, głównie z powodu, że nie bardzo lubimy wracać tą samą trasą a z Pewli można spokojnie szosą dojść do Jeleśni. I wszystko byłoby cacy, gdybyśmy to schronisko znaleźli ale niestety nie udało nam się (przypomniałem wtedy sobie, że 10 lat temu, gdy byłem tu z matką, mieliśmy podobny problem). Ruszyliśmy więc na poszukiwanie drogi do Pewli i natknęliśmy się na studenta, który wskazał nam skrót wiodący prosto w dół wzdłuż słupów elektrycznych. Był to na wskroś szczęśliwy traf, jako że popołudnie stawało się coraz późniejsze. W przysiółku obszczekiwał nas wyjątkowo głupi kundel, który szedł za nami i darł japę prawie 500 metrów i wreszcie jak zniknęliśmy za zakrętem dał spokój ;-) a my dotarliśmy do sporej, ubitej drogi którą po pewnym czasie doszliśmy do Pewli. Ta okazała się początkowo cichą i spokojną wioseczką (kręta dróżka, małe domki, starzy ludzie) a im niżej tym zabudowania stawały się nieco nowsze - przy małym sklepie spożywczym "lokalny folklor" jakoś nie odpowiedział na "dzień dobry" (ewenement w tych okolicach, normalnie wszyscy odpowiadają), a my doszliśmy do nieco główniejszej szosy przecinającej się z torami kolejowymi i doszliśmy do Jeleśni od strony przemysłowej by wyjść przy dworcu kolejowym, który wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy. Stąd ruszyliśmy pieszo aż do Starej Karczmy na rynku, ale już nie wchodziliśmy do środka tylko złapaliśmy PKS do Korbielowa. Jak się okazało nazajutrz, minęła nas zabawa z góralską kapelą Gronie ale i tak byliśmy zmęczeni jak po Babiej Górze - słowem ten dzień nie był wcale taki relaksowy jak się na początku zapowiadał.

4.09 - niedziela

Co się odwlecze to nie uciecze - w niedzielę pksem dotarliśmy do Żywca troszkę przed samym południem i po krótkiej wizycie w kameralnej kawiarence skierowaliśmy się w kierunku dziedzińca zamkowego gdzie od 12:00 rozpoczął się finał III Międzynarodowego Festiwalu Instrumentalistów Ludowych a my zaczęliśmy przegląd od występu dwóch słowackich akordeonistów (prawdopodobnie ojciec i syn) grających na zmianę i razem klimaciki sztajerkowe. Po nich na scenie grali m.in. bardzo dobry młody okarynista (pamiętam go jeszcze z Dni Jeleśni 1995), wiekowa ale dziarska Kapela Byrtków, czeska Kapela Gajdošów z Kopanic - babeczka i dwóch dudziarzy, czterosobowa słowacka grupa ze skrzypcami i dudami, masywny dudziarz słowacki oraz filigranowy wielkopolski a na koniec zdobywca Grand Prix - niesamowity Węgier Isztván Tábács - minimal folk na fujarce. Podczas koncertu dosiadł się do nas miejscowy i nieco tronkowy Góral ale dzięki temu dowiedzieliśmy się masę najnowszych wieści z Żywca. Po przeglądzie ruszyliśmy znaleźć najpierw słynną piernikarnię (nie była specjalnie okazała i niestety zamknięta - wiadomo, niedziela...) a potem szlak odnalazł się w Parku Miejskim skąd przez mostek i obok amfiteatru zaczęliśmy najpierw wspinać się na Mały Grojec - trochę na skróty omijając wielki, metalowy krzyż przez tereny raczej polno-parkowe (jeżyny, jabłka, gruszki ;-) ), a potem na Grojec właściwy, który okazał się bardzo ciekawym miejscem. Są na nim resztki wałów i umocnień, których korzenie sięgają osadnictwa łużyckiego a ostatnie zostały zainstalowane przez Niemców podczas II Wojny światowej. Poza tym Grojec od strony Browaru Żywieckiego jest mocno zalesiony i schodzenia tamtędy wymagało pewnego wysiłku - ostro w dół i między licznymi korzeniami - prosto na browar. Z samej góry były ładne widoki na obie części miasta - mieszkalną i przemysłową oraz na pobliski zalew. Niedługo później złapaliśmy busa do Jeleśni gdzie wreszcie udało nam się zwiedzić zabytkową karczmę (oryginalna z XVIII wieku), cosik zjeść i wrócić na piechotę do Korbielowa - już o zmroku.

5.09 - poniedziałek

Rano nie było prądu także wypicie orzeźwiającej kawki było niemożliwe - jednak nie zrażeni tym wstaliśmy wcześnie i wymagającą synchronizacji kombinacją bus do Jeleśni, pks do Sopotni Wielkiej dotarliśmy do tejże właśnie i bez zwłoki ruszyliśmy niebieskim szlakiem w kierunku schroniska na Rysiance. Początkowo szlak wiódł po prostu przez wieś i tu okazało się, że panuje swoisty mikroklimat związany z mnogością strumyczków oraz wodospadów na głównym z nich - mimo słońca było chłodno i bardzo przyjemnie a mgła snuła się wśród drzew. Cisza zakłócana była jedynie odgłosami zrywki drewna... Niedługo potem szlak łagodnie odbił w góry i równie łagodnym zygzakiem wiódł po zboczu przecinając raz po raz jakiś cicho szemrzący strumyczek. Później, już pod samym schroniskiem trasa jako żywo przypominała te w Kampinosie z tą różnicą, że było lekko pod górę. W Rysiance o tej porze było niewiele osób, a czas płynął wolno i relaksująco - ruszyliśmy zatem do odległej o niecałe 15 minut Hali Lipowskiej (także ze schroniskiem) gdzie zrobiliśmy mały popasik i wróciliśmy do Rysianki. Słynne pola szczawiowe, którym zachwycałem się w 1995-tym wciąż były na swoim miejscu ;-) Wkrótce ruszyliśmy czerwonym szlakiem do Hali Miziowej, bardzo ładną i nie męczącą trasą - przez rezerwat i z wielkimi połaciami jagód. Na Miziowej a dokładnie na hali pod schroniskiem ostało się jeszcze trochę malin. Po krótkim postoju wyruszyliśmy wciąż czerwonym (i wciąż wzdłuż granicy) szlakiem przez wspaniałe rezerwaty Pilsko i Pięć Kopców. Nie da się ukryć, że Stare Bogi wciąż są obecne w tych lasach i mają one jakąś magiczną moc. Bardzo dobrze się szło a i mocno w dół, które niespodziewanie się zaczęło nie było aż takie męczące. Przy samym przejściu granicznym niebieski, słowacki szlak odbił i zniknął w zaroślach a my, minąwszy punkt graniczny i skonsumowawszy oscypki ruszyliśmy już dobrze nam znanym czarnym szlakiem do Korbielowa.

6.09 - wtorek

We wtorek wybraliśmy się ponownie na Słowację - tym razem zwiedzić okolice Námestova i sztuczny zbiornik wodny istniejący tamże od 1953 roku. Rano bez zwłoki ruszyliśmy busem do granicy a potem doskonale już nam znany kawałek po raz kolejny szliśmy szosą do Oravskiej Polhory na piechotkę - szybko, by nie tracić czasu. Na miejscu okazało się, że do autobusu zostało nieco czasu także postanowiliśmy przejść się kawałek po miasteczku w celach ogólnoturystycznych. Nagle ze "szczekaczek" zaczęła płynąć muzyka - i nie było to żadne dicho ino lekki i melodyjny słowacki rock. Niedługo potem dziecięcy głos oznajmił, że to lokalne radio oravskie i że o 11:00 będzie podstawiony beczkowóz tu i tu a taki to a taki sklep sprzedaje warzywa takie i takie po atrakcyjnych cenach. Potem jeszcze kilka razy grała muzyka by po jakiś 30 minutach przestać. Było to coś niesamowitego, już dawno słyszałem, że na Słowacji pozostały jeszcze w wielu miejscach publiczne głośniki, widywałem je kilkukrotnie ale w akcji usłyszałem dopiero tu. Niedługo potem przyjechał prawie pusty SAD (który po drodze napełnił się ludźmi jeszcze przed Rabčą i na miejsce dojechał pełny). Námestovo okazało się małym kurorcikiem z odnowionym ryneczkiem (z ciekawą fontanną), pomnikiem, dworcem autobusowym, przystanią sztucznego jeziora i małą sceną plenerową - a także zgrupowaniem bloków. Po krótkim rekonesansie ruszyliśmy najpierw niebieskim szlakiem w stronę Slanickiej Osady a potem asfaltowaną (i pamiętającą jeszcze czasy CSRS) asfaltową dróżką wśród nieco zaniedbanych zarośli (coś jak niektóre klimaty nad Wisłą od strony praskiej). Po około trzech kwadransach dotarliśmy do malutkiej przystani przeprawy promowej na Slanicky Ostrov który jest jedyną pozostałością po zalanej w 1953 roku Slanicy (coś jak nasz Czorsztyn). Niedługo potem przypłynął mały prom, zebrało się kworum i popłynęliśmy na wyspę - trafiła nam się ekipa niemieckich turystów, którzy do sympatycznej Słowaczki na wyspie zaczęli szprechać i nie bardzo mogli się dogadać. Jak sobie poszli to dopiero my (po wcześniejszym zwiedzeniu murowanego kościoła będącego obecnie muzeum XIX i wcześniejszej sztuki ludowej) pogadaliśmy trochę z nią i uzyskaliśmy kilka ciekawych informacji o miejscu. Poza kościołem na wyspie był też stary cmentarz, trochę zabytkowych kapliczek (w tym jedna pusta), sporo klimatycznych zarośli i niestety stada komarów. Ze względu na nasze zainteresowanie tematem wyspy Słowak, który dowodził promem powiedział nam, że możemy się nie spieszyć i wszystko na spokojnie zobaczyć a wrócić następnym kursem, który potem okazał się kursem ostatnim. Warto było - dzięki temu naprawdę zobaczyliśmy tą małą i tajemniczą wysepkę. Po powrocie do Námestova zostało nam jeszcze troszkę czasu także powłóczyliśmy się po filigranowym centrum. W autobusie powrotnym (ostatni kurs do granicy 17:35) okazało się, że brakuje nam paru koron do biletu do granicy (mimo, że zasoby dewizowe liczyliśmy kilkukrotnie i na pewno się zgadzało) ale spotkana grupa Polaków pożyczyła nam 10 koron na dojazd chociaż do rozjazdu granica/Pila żeby nie drałować od kościoła (co na szczęście obaliło mit, że najgorzej jest spotkać rodaka zagranicą ;-))) ) - a w tym miejscu kierowca okazał się wporządeczku i ostatnie 5 kilometrów podrzucił nas gratis ;-) Potem, już w Warszawie brakujące korony się odnalazły ;-)))

7.09 - środa

Świadomość "dnia wyjazdu" nie uniemożliwiła nam jeszcze jednej krótkiej wycieczki - tym razem mającej na celu załapania się na jeżyny. W tym celu udaliśmy się w stronę Korbielowa Górnego celem znalezienia jakiejś polanki obfitej w krzaki jeżynowe. Gdy przeszliśmy prawie całą wioskę doszliśmy do tej części żółtego szlaku, która nam umknęła gdy schodziliśmy z Jaworzyny. I to był strzał w przysłowiową dziesiątkę - końcówka szlaku prowadziła prosto do jeżynowej polanki.

Potem poszliśmy na mały obiad do klimatycznej karczmy Smrek a na koniec zrobiliśmy małe ognisko z pieczeniem kiełbasek i złożeniem ofiary Bogom na dobrą podróż. Miłe było to, że ostatni pks z Żywca do Korbielowa (22:30) poczekał aż przyjedzie lekko spóźniony kurs do Warszawy (też powinien odjeżdżać 22:30). Nocny powrót PKS-em miał swój urok, ciekawie było zobaczyć Polskę pogrążoną we śnie. Na wysokości Częstochowy trochę zmorzył nas sen a do Warszawy dotarliśmy już za widna.

Podsumowując - warto było wybrać się na te parę dni w okolice Korbielowa. Nie jest za drogo (a warunki mieszkaniowe mieliśmy doskonałe) a szlaki piękne i tłumów brak. Poza tym trafiliśmy na naprawdę niezłą pogodę. Z małych minusów - nienajlepsze połączenia między lokalnymi miejscowościami, nie mając samochodu trzeba dopasowywać się do często efemerycznych rozkładów ale przy odrobinie dobrej woli da radę. Poza tym różnie bywa z miejscowym "folklorem taniowinnym" (a w samym Żywcu czy Jeleśni jest ich sporo) - czasem bywają zaczepni (w sensie "A co pan tam ma?" na widok aparatu cyfrowego) ale są to przypadki bardzo sporadyczne i na szlakach nie spotykane. Na Słowacji - generalnie wporządeczku.

W sieci warto zajrzeć m.in. na:

Darz Bór!
V.Ziutek