Klub Podróży JAREMA na Fejsie

Poleskie Bardzo Wielkie Wiosenne Ognisko Jaremy - 15 lecie Jaremy (2004)

Witajcie,
BWWOJ już za nami. 15 urodziny Jaremy przebiegły pod znakiem śpiewu i zwiedzania malowniczych zakątków Polesia.
Może było trochę zimno
może niektórzy lekko zmokli
może niektórzy przestraszyli się pogody i nie zaszczycili nas swoja obecnością
może zabrakło tortu urodzinowego z odpowiednia liczba świeczek
może trochę trudno było zacząć bo dźwięki zza płotu lekko wyprowadzały z równowagi

Ale się odbyło i wiele się działo
było wiele zabawy i dobrego humoru
wspaniale trio gitarowe - odkrycie muzyczne Jaremy
zamiast świeczek urodzinowych godny urodzinowy prezent dla Jaremy - nowe wspaniale Jaremki
hart ducha nie pozwolił ścieniować i nie odpuściliśmy konkrecji zza płota skazując ją na sromotną klęskę
kolejne zwycięstwo to pusta beczka - 30 litrów doskonalej Perły Chmielowej i to pomimo arktycznych temperatur

Z klubowym pozdrowieniem
ZA JAREMU

Notka statystyczna:
termin 21-22 maja 2004 r.
190 impreza klubowa BWWOJ - 15 lecie Klubu Podróży Jarema
miejsce- Okuninka nad jez. Białym koło Włodawy
uczestnicy 39 dorosłych 15 dzieci - razem 53 osoby

A co robili Radki w redfordzie?

Wyjechaliśmy ok 10:00 trasa przez Mińsk, Stoczek, Łuków, Urszulin do Muzeum PPN a następnie na ścieżkę Spławy. Wspaniała zieleń, śpiew ptaków i rechot żab w promieniach słońca, które zwycięsko przedarło się przez chmury. Dzieci harcowały wesoło. Potem obiad we Włodawie, gdzie spotkaliśmy spora grupę Jaremowiczów i skok do Okuninki. Ośrodek - no cóż styl architektoniczny: "średni gierek" ale wszystko przygotowane zgodnie z zamówieniem, plac zabaw dla dzieci i jezioro. Potem impreza, która dla najwytrwalszych zakończyła się ok 4 nad ranem, gdy na dobre świtało. Temperatura ok. 2 stopni ale jednak powyżej zera.

Rano po śniadanku dzieci opanowały plac zabaw wykorzystując niektórych tatusiów jako napęd do karuzeli - słoneczko przygrzewało i wydawało się że synoptycy powinni pójść do szkoły. Ale potem- już we Wlodawie nadciągnęły chmury z deszczem i wiatrem. Po zwiedzeniu Muzeum udaliśmy się przez Wolę Uhruską do Chełma na spotkanie Ducha Biełucha. Trasa bardzo malownicza szczególnie w części prowadzącej przez Sobiborski Park Krajobrazowy. Cerkiew w Uhrusku oczywiście zamknięta a podobno zabytkowy kościół bez rewelacji.

Starówka Chełmska prezentuje się nadzwyczaj sympatycznie, odnowione kamieniczki deptak studnia miejska. Nad miastem góruje wzgórze, na którym niegdyś znajdował się gród a obecnie - nieco niżej Sanktuarium NMP. Obiad zjedliśmy w restauracji w niezwykłej Gęsia Szyja mieszczącej się w piwnicach kamienicy, z których można przejść do podziemi kredowych ciągnących się pod całym starym miastem. O 16 weszliśmy zwiedzać podziemia kredowe. Oprócz nas była tam ekipa TVP kręcąca materiał do cyklu "Piękniejsza Polska" Spotkaliśmy Białego Misia (tego z herbu miasta) oraz Ducha Biełucha. Dzieci były zachwycone (za dwa tygodnie podobno będzie nas można zobaczyć w TV.)

Z Chełma wyjechaliśmy ok 17:30 - do domu dojechaliśmy po 3 godzinach dość przyjemnej trasy lubelskiej (jeden korek w Garwolinie).

Podziękowania dla wszystkich uczestników.
Pozdrawiam Radek

Relacja Marcina Kulika

Cześć ! Kończy się weekend, BWWOJ juz za nami. Wbrew (niektórym) pesymistycznym prognozom, weekend okazał się

całkiem znośny pod względem pogody i poza niegroźnym kropieniem w niedzielę po 12 we Włodawie było OK pod tym względem. Mam nadzieję, że nikt nie zniechęcił się do wyjazdu tylko pod wpływem prognoz ;).

Pięcioosobowa ekipa jadąca Skodą Adama Smolarczyka (Ania, Magda, Ela, Adam, i niżej podpisany) opuściła Warszawę w sobotę ok.11. Tak jak zaplanowaliśmy, pojechaliśmy bocznymi i niezbyt ruchliwymi drogami. Może jedzie się trochę wolniej, ale za to spokojniej :). Po zakwaterowaniu w Okunince, przyjechaliśmy do Włodawy z silnym zamiarem zjedzenia obiadu. W "Czarze Polesia" nie chciano nas: pani z obsługi jęknęła na nasz widok i spytała dramatycznie: "Czy Państwo naprawdę chcecie coś zjeśc ?!". Ruszyliśmy zatem dalej i po zasięgnięciu języka w lodziarni, trafiliśmy do restauracji PSS Społem. Tu pani też nie była entuzjastycznie nastawiona do kolejnych klientów, ale postawiliśmy na swoim i zjedliśmy obiad. W tym czasie do knajpy przybili kolejni Jaremowicze, dojeżdżający do Włodawy. Na rynku spotkaliśmy Iwonę i Jurka i po krótkiej naradzie postanowiliśmy połączyć siły w poszukiwaniu wież widokowych w Poleskim Parku Narodowym.Pierwszą, z której można oglądać Bagno Stawy (będące w istocie torfowiskiem), znaleźliśny bez problemów (droga prowadząca do tej wieży istnieje naprawdę, a nie tylko wirtualnie, co zdaje się wynikać z mapy PPN). Druga wieża, mająca znajdowac się przy Bagnie Bubnów, istnieje chyba tylko wirtualnie, gdyż mimo usilnych poszukiwań nie udało się nam (tzn. ekipie jadącej Skodą - Jurki chyba mieli więcej szczęścia) jej odnaleźc. Samo bagno jednak jak najbardziej obejrzelismy, posłuchaliśmy ptaszków, a Ela widziała nawet na podmokłym terenie sarenkę. Trzecią wieżę, zlokalizowaną na Durnym Bagnie, znów znaleźliśmy bez większych problemów. Przed 21 wróciliśmy do Okuninki na BWWOJ.

W tym miejscu nie będę chleba odbierał Wysokiemu Komitetowi Organizacyjnemu,
pozostawiając temu Szacownemu Gremium ewentualne podsumowanie ogniska ;).

W niedzielne przepołudnie ruszyliśmy znów do Włodawy, tym razem nie na jedzenie, ale na zwiedzanie. Obejrzeliśmy muzeum w synagodze (w niedziele wstęp wolny od 10 do 14), byliśmy tez w cerkwi (niestety zamknętej) i kościele katolickim. Włodawa to małe przygraniczne miasteczko, na wskroś prowincjonalne, ale mające swój klimat :). Jeśli ktoś będzie w okolicy, warto tam zajrzeć. W niedzielę miejscowośc zdecydowanie opanowali Jaremowicze, gdyż można było ich spotkać około południa na każdym kroku :). Z Włodawy pojechaliśmy do stacji kolejowej Sobibór. Zwiedziliśmy tamże muzeum poświęcone istniejącemu podczas II wojny światowej obozowi zagłady Żydów (muzeum jest czynne codziennie od 1 maja do 14 października od godz. 9 do 14) oraz pomnik-kopiec. Potem poszliśmy na wycieczkę przez lasy Sobiborskiego Parku Krajobrazowego do wieży widokowej na Jeziorem Wspólnym (rezerwat Żółwie Błota). Dzięki przygodnie poznanemu życzliwemu rowerzyście, udało się nam dotrzeć do tej wieży bez problemu, mimo niejasnego oznakowania na mapie (od Sobiboru idzie się zielonym i czarnym szlakiem, które rozgałęziają się po ponad 2 km; od rozwidlenia należy jeszcze ok. 100 m pójść za szlakiem zielonym i następnie dopiero odbić w prawo w nieoznakowaną ścieżkę do wieży). Wracając, spotkaliśmy ekipę Zbyszka, także zmierzającą ku wieży. Potem nadszedł już czas na powrót do Warszawy. Pojechaliśmy przez Kodeń, zwiedzając tam bazylikę z najbliższą okolicą (m.in. z Drogą Krzyżową z lat 60). Niestety, miejscowośc ta stanowi niemal pustynię gastronomiczną. W podziemiach klasztoru znajduje się kawiarnia, oferująca także dania gorące, ale w skromnym wyborze (pierogi, pizza, zurek) i zamykana dośc wcześnie (o 18). Jeszcze gorsze wrażenie robi znajdujący się obok bazyliki zajazd - proponuje on w naczyniach jednorazowych odgrzewane w mikrofalówce mrożone potrawy. Zjeść przyzwoicie można dopiero za Terespolem przy szosie warszawskiej w którymś z licznych zajazdów czy barów przydrożnych. W ten sposób skonsumowaliśmy spóźniony obiad i ruszyliśmy bezpośrednio do Warszawy. Już dość szybko, mimo stosunkowo dużego ruchu, dotarliśmy na 22 do stolicy.

Tak oto minął mile spędzony weekend, dający okazję poznać nieznane mi dotychczas okolice wschodniej Polski.

pozdrawiam i dziękuję wszystkim,
Marcin

Relacja Sylwii Kulczyk

Dziękujemy wszystkim, a zwłaszcza Komitetowi Organizacyjnemu i niezmordowanym gitarzystom za wspaniałe ognisko!

W sobotę wyjechaliśmy z Warszawy dopiero około południa. Już na wiadukcie na Płowieckiej skończyło nam się paliwo - na szczęście tuż obok stacji benzynowej. Tajemnicą pozostaje, w jaki sposób do 45 l baku zdołaliśmy wlać 63 l i jeszcze zostało miejsce...

Pierwszy przystanek zrobiliśmy w Radzyniu Podlaskim, gdzie obejrzeliśmy wielki Pałac Potockich. Podobaly nam się tez elementy dawnego, małego miasteczka - dworzec PKS w chylących się ku ziemi jatkach i rozpadajacy sie, ale wciąż robiący wrażenie drewniany dom ze szczególnie misternymi dekoracjami. Ponieważ wszystkie knajpy były pozamykane, przenieśliśmy się do Parczewa, gdzie obiad nie był co prawda rewelacyjny i trawał niemożebnie długo, ale był. Na koniec dnia zrobiliśmy wielki skok na południe, aby przy drodze do Chełma obejrzeć stołp w Stołpiu. Ponoć najstarsza kamienna budowla po prawej stronie Wisły (X w.) okazała się wieżą stojącą tuż obok szosy. Wg mnie w żaden sposób nie dawało się wyczuć, że jest aż taka stara. Przed 20 dotarliśmy do Okuninki.

W niedzielę rano, po wspaniałej zabawie na karuzeli (dziękujemy kręcącym) pojechaliśmy za świałą radą Justyny na ścieżkę "Perehod". Pięciokilometrowy spacer wokół zdziczałych stawów bardzo nam się podobał. bo po drodze wędrowało się przez różne rodzaje lasów (a akurat kwitną różne ciekawe kwatki wiosenne), żaby w stawach zdzierały sobie gardła, a nad głowami latały nam przeróżne ptaki. Żałuję, że nie mieliśmy dyktafonu. Sama ścieżka, moim skromnym zdaniem, mogłaby lepiej wykorzystywać potencjał terenu przez który biegnie, bo dostarcza tylko informacji o ptakach, a w terenie dzieje się o wiele więcej. Po skromnym pikniku na łące ruszyliśmy w drogę powrotną, po drodze zerkając na wiatrak i uroczą niebieską cerkiewkę w pobliskiej Holi. Już z okien samochodu jadącego do Warszawy naszą uwagę przyciagnęły rozległe stawy w dolinie Tyśmienicy (b. ładne widoki) oraz klasycystyczny kościół i urocza małomiasteczkowa zabudowa Kocka. Zdążyliśmy na dobranockę.
Było super.
Kulczyki

Relacja Jurka Maronowskiego

Aby uniknąć nieciekawego opisu chronologicznego, zamieszczam relację w punktach.

1) POGODA
Deszcz padał tylko tam, gdzie nas akurat nie było. Było zimno, to najzimniejsze ognisko od czasu pamiętnego ogniska zimowego w lutym w Gugnach.

2) Najciekawszym odwiedzonym miejscem była pozostałość linii kolejowej Chełm-Brześć. Dotarliśmy samochodem do opuszczonej stacyjki Włodawa, tu dzisiaj już nie ma ruchu pasażerskiego, ale stacja wygląda jakby czas się zatrzymał. Można zajrzeć przez okno do dawnej poczekalni, gdzie wciąż wiszą mapy kolejowe i rozkłady jazdy. Stacja powoli zarasta trawą, krzaczkami i kwiatkami. Od stacji można wędrować w kierunku białoruskiej granicy. Są tu nasypy dla dwóch torów, dziś na jednym jest wyboista dróżka, na drugim zarastające i rdzewiejące tory. W końcu tory znikają i dochodzi się do miejsca, gdzie jest nasada przedwojennego, zniszczonego mostu kolejowego. U stóp płynie Bug, za rzeką białoruski słupek graniczny. Na środku rzeki widać wysepkę dawnego przęsła, dziś zarośniętą przez bujną roślinność i dorodne drzewa. Wokoło bezludzie, mokradła, kumkają żaby, śpiewają ptaki i przelatują gęsi.

3) Bardzo podobały nam się wieże widokowe w Sobiborskim Parku Krajobrazowym i Parku Poleskim. Najlepsze były:
a) na Bagnie Bubnów od północy
b) z widokiem na bagno z wełniankami w sercu parku Poleskiego
c) z rozległym krajobrazem największego jeziora parku Sobiborskiego.

4) Podobał nam się ostatni akcent niedzieli. Zmrok z unoszącymi się mgłami przy skansenie i cerkwi w Holi, oraz śpiewy idących spać ptaków i żab na stawach i bagnach Sosnowickich. Obserwowaliśmy ten spektakl z samochodu, stojąc na bagiennej grobli, z szeroko otwartymi szybami, gdyż wyjście z samochodu powodowało zrywanie się do lotu schowanych w szuwarach czapli, gęsi i mniejszych ptaszków.

5) Ciekawy jest charakter kresowy Włodawy z zabytkowymi, sypiącymi się domami, muzeum w synagodze i widokami przez Bug na białoruską stronę. Do tego w zaułkach co chwilę spotykało się znajomych.

6) Pozostał mi opis wydarzenia najważniejszego, czyli Wielkiego Ogniska. W relacjach innych też nie widzę wzmianki. Sam pozostawiam to sobie na późniejszy mail.

Dziękuję wszystkim, za bardzo miły i twórczo spędzony weekend. Zwiedziliśmy tereny niedalekie, bardzo ciekawe a zupełnie nieznane i zapomniane. Było SUPER!

Pozdrawiam,
Jurek

Wiersz Ewy Walacik - We Włodawie

Na wzgórzu we Włodawie
Trzy kultury się spotkały
Tu kościół, synagoga i cerkiew
Ręce sobie podały

Synagogi białe ściany
Zdobne bladymi freskami
Okiem chłodnym i surowym
Patrzą ponad głowami

Młodzieńców z jarmułkami
I czarnymi pejsami
Pochylonych nad księgami
Studzą serc nadmierne zapały

A cerkiew wyciąga radośnie
Do nieba pękate banie
I z tynku się otrząsa
Na soczystą, zieloną trawę

Kościół w słońcu się pręży
Dumnie majestatem złoci
Promienny blask się sączy
Przez jasne szkła witraży

A ja patrzę do góry zdziwiona
Bo jaskółka wpadła do środka
Skrzydłami bezradnie trzepocze
Gubi się w blasku od okien

Jaskółka -
żywa obecność Boga
Zamknięta
świątyni murami

Bardzo Wielkie Wiosenne Ognisko Jaremy w Okunince - relacja V. Ziutka

Hej!
Zlot Gwiaździsty do Okuninki rozpocząłem wraz z Jurkiem, Iwoną, Gosią i Maćkiem w sobotę około 10:00 pod "Grubą Kaśką" w Warszawie skąd najpierw ruszyliśmy do sklepu muzycznego na pl. Konstytucji celem zakupienia struny "D" do gitary... Potem był Mińsk Mazowiecki (objazd korka lokalnymi uliczkami - i przy okazji szybki rzut oka na poradziecki pomnik i jednostkę lotniczą), Siedlce (tyż zza okien samochodu - fajna malutka współczesna cerkiewka i jeszcze parę innych ciekawostek architektonicznych)... Potem mały rezerwat ptaków jakoś na "W" - lekko podgazowany jegomość pokazał nam drogę polną, która miała prowadzić do tegoż rezerwatu. Droga okazała się ciężka dla osobowego Seata ale daliśmy radę - mijanka z trzema traktorami upewniła nas, że jedziemy dobrze. Rezerwat okazał się zupełnie nie oznakowany - mocno mały i mocno ubogi - trochę bagienka, trochę traw i trzcin, trochę kępek krzaków i sporo skowronków świergolących raczej nad okolicznymi polami niż nad samym rezerwatem. W tle - jakieś dziwne siatki (do łapania ptaków???) i podejrzana plama krwi... Wracamy na główny szlak. Potem zaliczyliśmy parę wież obserwacyjnych w Poleskim Parku (po międzylądowaniu we Włodawie i obejrzeniu kościoła - cerkiew ku mojej rozpaczy była zamknięta i dało się cuś niecuś zobaczyć jeno z zewnątrz ale dobre i to) - z czego wśród wspaniałych widoków na piękne okolice wspaniały widok okolic Łowiszowa na pole pełne białych wełnianek - skojarzyło mi się z japońskimi kropkami w Zachęcie ;-) Potem jeszcze krótki postój przy sztucznym zbiorniku retencyjnym z bardzo zimną wodą i licznym ptactwem wodnym - piękny zachód słońca!

Włodawa o 16:00 z groszami jest w zasadzie wymarła i wyludniona (wszyscy wyemigrowali do Warszawy za chlebem, czy co???), zaopatrzenie w tzw. tanie wino w miejscowym spożywczym (że był czynny to swoją drogą cud) - większe niż w W-wie ;-))))))))) (ale dobrych win wytrawnych raczej brak lub drogawe) ludzie snujący się po ulicach byli policzalni na palcach obu rąk. Mimo to klymacik posiada (podgazowani osobnicy są wszędzie ;-))) ) a my trafiliśmy do jednej z wykwintnych (w skali włodawskiej) restauracji o nazwie rodem z naklejki na tanim winie "Czar Polesia" na obiad - ale żarełko było jak najbardziej zjadliwe a cenowo - jak u nas w stolycy.

Do Okuninki dotarliśmy kiele 21:00 gdy ognisko zaczynało już powoli płonąć. Po bezstresowym meldunku dołączyliśmy do imprezy przy ognisku - a ta była bardzo przednia! Ciepło ogniska rekompensowało wyjątkowo zimny maj (chociaż oddalenie się od ogniska na dalej niż 5 metrów groziło przemrożeniem ;-) ) i niedługo potem pękła beczka piwka (kulturalnie spożywanego) i w ruch poszły kiełbaski na kijkach oraz gitary. Repertuar - od ogniskowego grania po pieśni łemkowskie (tu wielkie dzięki dla Piegatów za zapodanie tematu łemkowskiego!) które to granie z czasem zagłuszyło dyskotekowe brzmienia nadlatujące z ośrodka obok, gdzie przy innym ognisku trwała potańcówka innej ekipy bawiącej się w Okunince ;-) Najtrwalsi wytrzymali przy ognisku do około bluesowej 4 nad ranem (ja wymiękłem z pół godzinki wcześniej)... A nad ranem zaczął się ptasi koncert w tym sympatyczne kwilenie licznych jaskółek...

Niedziela. Nie ma co się spieszyć dlatego wyruszyliśmy kiele południa na dalsze zwiedzanie - Cerkiew niestety wciąż była zamknięta... I troszkę sypiąca się co mocno kontrastowało z położonym tuż obok kościołem, równie zabytkowym... Może następnym razem się uda zobaczyć a my tymczasem przenieśliśmy się do synagogi - muzeum. Jak na małe muzeum regionalne jest ono naprawdę bardzo ciekawe i fajnie utrzymane. Na mnie zawsze obiekty czy sakralne czy przemysłowe opuszczone robią pewne smutne wrażenie - dlatego dziwnie czułem się w synagodze, gdzie nie ma już wyznawców, pozostał jeno duch dawnych czasów... Ale warto było zobaczyć na własne historię i folklor Włodawy. Na pewno tu wrócę... http://www.muzeum.wlodawa.metronet.pl

Za Włodawą w miejscowości Orchówek (niektóre mapy podają, że to część Włodawy) nieużywanymi torami - z początku wydawało mi się, że szerokimi - po dedukcji doszliśmy do wniosku, że jednak będzie to przepisowe 1435mm - była to stara trasa kolejowa na Brześć - dzisiaj tory urywają się tuż przed granicą. Dalej tylko resztki mostu i Białoruś. Słupki graniczne po obu stronach miały ten sam numer boczny - 1130. A teren - przepiękny, zarośla jak trza, skarpy, drzewka, pojedyncze budynki, pole. Ciekawe, czy byliśmy na jakimś radarze, zwłaszcza w trakcie intensywnego lornetkowanie strony białoruskiej ? ;-) Trochę miałem pietra zbliżając się do granicy ale jak zobaczyłem dwóch gości z wędkami na rowerach to stwierdziłem, że miejscowi wiedzą lepiej ;-) Tory początkowo wyglądały na czasami używane do momentu gdy wyrosły nagle konkretne brzózki - dokładnie między podkładami...

Po drugiej stronie szosy - nieużywana i "zabita dechami" na kłódkę stacyjka kolejowa z zardzewiałą tabliczką "Włodawa" - ale w stanie do uratowania (w środku trochę kabli, złuszczona farba na ścianach, resztki ławek i... rozkład jazdy oraz wyblakła nalepka reklamująca usługi PKP - Polska Kolej nigdy nie przestanie mnie negatywnie zadziwiać). Tory wyglądały tu na troszkę używane (pewnie towarówki, zwłaszcza, że rampa była tuż obok) a sam peronik - mniejszy niż ten wąskotorowy w Piasecznie. Klimacik świetny, szkoda tylko, że wyglądało to wszystko jak w Prypeci - żywej duszy brak, wszechobecna rdza i tylko hula wiatr wśród rozbitych szyb.

Jedziemy dalej - Drewutnia w magnetofonie a my mijamy wodociągi i jakieś nieużywane instalacje przemysłowe w Orchówku i kierujemy się na lasy Sobiborskie a ilości zamieszkałych gniazd bocianich już dawno przestały szokować (to miłe, że tyle zdrowego klekotu można zobaczyć i usłyszeć na Polesiu). Sobibór okazał się być wioską z dobrze zachowaną zabytkową drewnianą zabudową - trza było jeno wjechać boczną polną drogą bardziej w teren. Pasły się też krówki i koń, typowe wiejskie kundelki snuły się niespiesznie po okolicy specjalnie nas nawet nie obszczekując... Po drugiej stronie szosy - zabudowa murowana i dwa niskie bloki w stylu socrealnym... Były obóz znajdował się około 7 kilometrów dalej - bliżej torów kolejowych i ta miejscowość nazywa się obecnie "Stacja Kolejowa Sobibór". Tam właśnie dojechaliśmy (fatalną drogą - przydałaby się jakaś Łada Niva albo UAZ następną razą ;-) ) i pierwsze co zobaczyliśmy to kilka wagonów towarowych wyładowanych drewnem oraz trójkątną wieżę - jedyną pozostałość po obozie (z zardzewiałą tabliczką w języku polskim "Wieża przeciwpożarowa - nieupoważnionym wstęp wzbroniony") a także spotkaliśmy załogę Zbyszka. Malutkie muzeum obok było już zamknięte toteż zwiedziliśmy okoliczne obeliski i obejrzeliśmy w zadumie pomnik i aleję pamięci... Niemcy faktycznie, tak jak stało napisane w przewodniku, wyczyścili teren po obozie i właściwie nic po nim nie zostało poza pamięcią... Potem ruszyliśmy w las.

Wieże obserwacyjne w Sobiborskim PN dały możliwość dokładnego oblornetkowania wspaniałej okolicy - zwłaszcza jedno z jezior utkwiło mi w pamięci - masa ptactwa pływającego, cisza przerywana tylko ptasim krzykiem z szuwarów, skrząca się tafla wody, wewnętrzny prąd wodny wokół jeziora - wspaniałe! W miejscowości Żłobek Mały odkryliśmy polowe lotnisko przeciwpożarowe - mocno zarośnięte i z dziwną budką zamkniętą na kłódkę ale płotek miało świeżutki i gdzieś tam daleko snuł się jakiś facet - strażnik? Niedługo potem nastąpił powrót do Włodawy na obiad - tym razem z powodów technicznych (awaria kuchni w "Czarze Polesia") do knajpy "Venus" - ponoć mniej "bon ton" ale mimo szokującego wyglądu z zewnątrz (socreal) w środku - cieplutko i klimatycznie - i w zasadzie smaczniej niż w "Czarze" - cebulową z ptysiami mieli świetną - szacunek!!!

Po obiedzie z wolna kierowaliśmy się już do Warsiawki (tankując gaz po drodze) ale nie bezpośrednio tylko przez miejscowość Hola (dotarliśmy tu tuż przed zmrokiem - powitał nas mały ale głośny kundelek) gdzie znajduje się świetny, malutki i dobrze utrzymany skansenik - chata, szopa, wiatrak, kapliczka i ule. Obok - odnowiona niebieściutka drewniana cerkiewka z około 1792 roku - bardzo klimatyczna. Następnym razem jak przyjedziemy to ją zobaczymy w środku - tak się dogadaliśmy z panią mającą dostęp do kluczy. Dalej, w Sosnowicy też jest cerkiew ale w dużo, dużo gorszym stanie (tzn. rozpadająca się), tamże - dworek Kościuszki, zdaje się przerobiony na hotel (ciemno już było i ciężko stwierdzić było) a wcześniej - stawy rybne z kapitalnymi widokami (czaple, perkozy, łyski, łabędzie - także w lecących kluczach) - i to całkiem przypadkowo przez nas odkryte (na mapie nijak nie zaznaczone)...

A potem już z okien samochodu - Radzyń Podlaski (pałac) a także Łuków, Garwolin i okolice (troszkę miejscowych podgazowanych dresików na poboczach) Pilawa, Trąbka, Słup, Parysów (nazwy miejscowości), Góraszka (po ciemku nic nie widać) i Warszawa - tuż przed północą byłem w domciu...

Wyjazd uważam za świetny i bardzo, bardzo udany. Nie szkodzi, że było zimno - przecież nie padało i udało się naprawdę wiele zobaczyć i przeżyć. Wielkie dzięki dla klubu Jarema za tę akcję, dzięki wielkie dla Jurka i Iwony za transport !!!

Pozdrawiam serdecznie
V.Ziutek

Podsumowanie Piotra Kawerskiego

Moi Drodzy,
Trudno tu dokonywać naukowych analiz i sądów, bo te ostatnie są najczęściej subiektywne.Nie dzielmy włosa na czworo. Widać było - są rzeczy o których się nie mówi, a które wrażliwi Ludzie czują - pewne zmieszanie, może dysonans między oczekiwaniami a rzeczywistością (specyfika socjalistycznego ośrodka wczasowego, dyskoteka, zbyt dobrze zorganizowana infrastruktura itp).

Zawsze jest tak, że im bardziej coś planujemy, więcej sobie obiecujemy, wyobrażamy, nastawiamy się na coś specjalnego, wyjątkowego, szczególnego - to tym trudniej zrealizować ten absolutny, nieskończony,wymarzony ideał,osiągnąć ten szczyt marzeń. Tak jest po prostu w życiu chyba ze wszystkim.

Myślę, że miło jest wspominać - bo dla mnie slajdowiska sprzed ponad 10 lat, z obrazem na ścianie, z prostym, starym rzutnikiem, magnetofonem kasetowym na sfatygowanym stoliku dały poczucie magicznej wspólnoty, przyjacielskiej atmosfery, tajemnicy poznania do której się tęskni, która jest dla mnie do dziś punktem odniesienia, gdy myślę o czymś pięknym, inspirującym, rozwijającym, twórczym, wsniosłym, szlachetnym.
Poza tym - moi kochani, 10-15 lat temu cieszyło nas dużo więcej niż teraz, bo mamy już wiecej lat i inną wrażliwość - skomplikowaliśmy się trochę ...

Albert Schweitzer powiedział niegdyś : "Zrośnijcie się tak z Waszymi ideałami, aby życie nie mogło Was ich pozbawić" Uczyńmy to może mottem Klubu!

Nam chyba jednak lepiej wychodzi planowanie, organizowanie marzenia o wyjazdach, wyprawach. To jest spontaniczne, a że życie nauczyło nas być zorganizowanym, co jest wymagane we współczesnym świecie toteż organizujemy, planujemy. Ale, planujemy marzenia, które trudno okiełznać i obsadzić w ramki.
Stąd ten dyskomfort moi drodzy. Wszystko jest normalne i zdrowe!!! Jesteśmy ze sobą po to, że to kochamy, nawet gdy czasem coś nie uda się w 200%, a tylko w 99%. Jesteśmy wszyscy pewnymi indywidualnościami i gdyby tak nie było ten Klub nie byłby Potęgą. Tylko ludzie kontrowersyjni, inni zmieniają świat, zmieniają życie. Negatywną implikacją tego indywidualizmu mogą być różnice zdań czy nawet animozje, ale my przecież lubimy je przezwyciężać.

Podziwiam, szanuję, cenię ponad wszystko tych, których pamiętam jako młodych chłopaków kilkanaście lat temu, gdy byliśmy studentami i ktoś mi powidział, że oni są szefami Klubu. Od tej pory są dla mnie prawdziwymi autorytetami. Moje uznanie jest tym wieksze, że jako wspaniali Rodzice mając dziś tysiące "dorosłych" obowiązków podejmują się organizowania takich imprez i są tak żywotni, mobilni, aktywni, energiczni jakby nadal mieli po 20 lat... Forever young... Jesteście wielcy!

Podpisał "stary prowokator" - ten kto ukochał Jaremę - choć tego na codzień, ostatnio nie okazuje explicite.
piotr

Zdjęcia: Radosław Tabak

 

 

sitemap-8sitemap-6rsssitemap-1rsshomesitemap-9rsshomesitemap-4sitemap-3sitemap-8sitemap-7sitemap-9sitemap-10sitemap-10sitemap-8sitemap-7sitemap-2sitemap-5sitemap-4sitemap-7sitemap-3homersssitemap-10sitemap-7sitemap-5sitemap-4sitemap-10rsssitemap-10sitemap-8sitemap-6sitemap-1rsssitemap-7sitemap-2sitemap-6sitemap-1homesitemap-4sitemap-6sitemap-9sitemap-6sitemap-4sitemap-7sitemap-10sitemap-7sitemap-3sitemap-3