To było bardzo kameralne ognisko. Było tylko 20 dorosłych i 6 dzieci. Cały ten tłum, który jeszcze 2 dni wcześniej był na liście uczestników okazał się wielkim straszakiem dla niezdecydowanych, meteopatów i wątłych zdrowiem, tak że mieliśmy luzy, krótkie kolejki do toalety i generalnie luksus pod dębami.

Dęby dopiero co wypuściły jasnozielone listki. Pogoda w sobotę była doskonała, chmurki baranki na niebie, słoneczko, 19 stopni i bezwietrznie. Wspaniała przejrzystość powietrza i zapach wiosny w najlepszym wydaniu. Nieliczne komary nie przeszkadzały w kontemplowaniu natury.

O 19.00 większość ekipy bawiła na koncercie w Budach i dopiero potem zjechała rozbawiona i roztańczona do Teremisek.

Ognisko zapłonęło o 20.53 a płomień był bardzo wysoki. Potem za sprawą Igora zjechało kilka osób - ekologów amerykańskich i muzyków białoruskich, którzy piekli kiełbaski, grali na bębnach i dowiedzieli się co to Jarema. Jednak to co wstrząsnęło ogniskiem to przyjazd Todara. Piegat zaczął grać i śpiewać, a towarzyszył mu Todar i dodatkowo Tomek na gitarze. Wkrótce Todar się rozruszał i przejął na pewien czas prym w prowadzeniu ogniska. Usłyszeliśmy sporo kawałków - przebojów, jak choćby kultowy "Ja naradziłsa tut". Gdy Todar odpoczywał, do akcji wracał Piegat ze znanymi przebojami ogniskowymi. 

O 2.00 w nocy tę sielankę - koncert w ciepłą, bezwietrzną, ubarwioną śpiewem ptaków majową noc postanowił rozgonić deszcz. Wiedziałem, że tak będzie, gdyż nasz zaklinacz deszczu, Adam, wymiękł z wyjazdu w piątkowy wieczór.

Lecz deszczowi nie tak łatwo poszło. Wszyscy przenieśli się pod wiatę i koncert trwał dalej. W końcu ekolodzy, muzycy i Todar odjechali, a została silna Jaremowska brać, by odśpiewać najbardziej kultowe kawałki. Ognisko trwało, jak podają najwytrwalsi, do 4.00 rano.

Niedzielny ranek przywitał nas silnym wiatrem i zamiennie słońcem przeplatanym z chmurkami które przynosiły przelotny deszcz. Puszcza szumiała w wietrze, więc było tajemniczo i groźnie. Było chłodno, więc śniadanko odbyło się w pomieszczeniach, tylko najwytrwalsi jedli na świeżym powietrzu.

Niedzielę poświęciliśmy na wędrówki po wiekowych rezerwatach i wielki żal było wyjeżdżać przed wieczorem.

Dla nas to był pierwszy dalszy wyjazd z 3,5 miesięczną Zosią. Wnioski mam takie:

1) Wielka puszcza robi wielkie wrażenie na Zosi. Niosąc Zosię w chuście po rezerwatach mogłem obserwować, jak w skupieniu przypatruje się wszystkiemu i wsłuchuje w wiatr groźnie poruszający konarami kilkusetletnich drzew.
2) Zosia lubi jeździć daleko samochodem.
3) Zosia lubi spać w agroturystyce.
4) W chuście Zosię można będzie zabrać także na górskie szlaki.

Pozdrawiam,
Jurek

 

 

No to sie działo! :0

Tańce, śpiewy, przytupywania... niosły się po puszczy w szamańsko-plemiennym rytmie. Obok niewielkiego skanseniku w Siole Budy, na deskach pod wielką płachtą wystąpił NAGUAL, czyli czworo nieźle odjechanych muzyków z białoruskiego Mińska. Grając na różnych, ciekawych (cymbały, kalimba, bębny, klarnet) a czasem i dziwnych (gliniany dzban, szmański kostur ze struną, wiadro ;)) instrumentach, wyśpiewują i wykrzykują dziwne szamańskie dźwięki i kamłania, wprowadzając tym transową, etniczną atmosferę.

No po prostu nie dało się usiedzeć. Szamańskie tańce zapanowały na deskach, w czym prym wiedli również Jaremowicze. Charakterystyczne granatowe koszulki z żółtym napisem przeważały na parkiecie ;) Przekrój wieku tańczących to około 40 lat :) Ewidentny talent i predyspozycje wykazywała najmłodsza tancerka Agusia!

W końcu w tany z bębnem ruszył sam lider i wokalista zespołu Lonik i zapanowało ogólne, wspólne plemienne szaleństwo - okrzyki, podskoki, obroty, rytmiczne postukiwania...
To była dopiero super rozgrzewka przed ogniskiem!!!

Wszystkiemu z boku przyglądał się z lekkim uśmiechem na twarzy pomysłodawca i organizator całego zamieszania Igor ;) Jak to możliwe, że tylko on jeden nie lubi folku ;)))

Gdy zapadł zmrok, a wszyscy stracili już dech w piersiach (muzycy od grania i śpiewania, tancerze od zabawy, dzieciaki od biegania za piłką ;), udaliśmy się do Uroczyska Dąbrowa, gdzie zapłonęło właśnie jaremowe Ognisko. No tak, ale to już zupełnie inna historia.

Piotrek