Cześć,

Jak już zapewne doniosły Wam różne, szybkie jaskółki, w weekend 13-14.07.2002 silna pod wezwaniem ekipa Jaremy pojechała pozwiedzać ciekawe a nieznane nam wcześniej miejsca na Wybrzeżu Gdańskim oraz zakosztować odrobiny kąpieli jodowych na naszych pięknych, pustych, nadbałtyckich plażach.

Wyjazd zorganizowała nam Ania P, przebywająca nad morzem już od kilku dni, na zasłużonym "wypoczynku" z dziećmi. Naszą bazą i miejscem wypadowym dla wycieczek po wybrzeżu była nieduża wioska letniskowa Ostrowo, położona pomiędzy Karwią i Jastrzębią Górą, w pewnym oddaleniu od morza, na niewielkich, pierwszych od brzegu morskiego, wzniesieniach morenowych, wśród rozległych łąk i malowniczych, sosnowych lasków. Będąca tam wcześniej, 5 osobowa ekipa Jaremowiczów (Ania P. Ola P, Michaś P., Ania B. i Tata P.), zorganizowała wszystkie niezbędne sprawy noclegowo-aprowizacyjne i od piątkowego wieczora, niecierpliwe oczekiwała reszty ekipy.

A reszta, w składzie; Iwonka i Jurek M. Marcin K. Piotrek P.) wyruszyła z Warszawy w piątek pod wieczór, sławetnym i zasłużonym dla dobrego imienia Jaremy, "Poldolotem", w kierunku najdalej na północ wysuniętego skrawka polskiej ziemi. Okropny ruch na trasie do Gdańska, a także "pobudzająco-nakręcająca" muzyka "ogniskowa", płynąca z poldkowego "odtwarzacza-wciągacza", spowodowały, że droga na północny-zachód, ku zachodzącemu słońcu, wprawiała pasażerów i kierowcę Jurka w stan permanentnego podekscytowania, a niekiedy wręcz agresji !!! (ach te biedne audiki i merce brane przez poldka na wirażach ;))) Było, nie było - po zaliczeniu kilkudziesięciu tirów; rozbabranego wiaduktu w Mławie; wymarłego, nocnego Gdańska; obwodnicy Trójmiasta; śpiącego Władysławowa; impezującej Jastrzębiej; już ok. 1.30 w nocy, dojechaliśmy do kwatery w uśpionym i cichym Ostrowie. Właśnie tam czekała na nas reszta ekipy (ci co nie spali, oczywiście), umilając sobie czas oczekiwania zimnym piwkiem. Na rozkręcanie imprezki o 2 w nocy, po emocjach drogi - nie mieliśmy już zwyczajnie siły.

Za to sobota, już od rana zapowiadała dużą ilość atrakcji oraz mocnych wrażeń z odwiedzanych miejsc. Pogoda była idealna na wycieczkę. Słoneczko, ciepło, ale nie upalnie, wiaterek ...  W dwa samochody ("poldolot" i "tatawagen") wyruszyliśmy całą ekipą (w sumie 9 osób) w kierunku zachodnim, jako cel wycieczki obierając sobie tajemniczą latarnię morską Stilo. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o kilka zabytków i atrakcji Wybrzeża Gdańskiego. W Żarnowcu zwiedziliśmy monumentalny, neogotycki kościół, z zespołem budynków klasztornych i oryginalnymi krużgankami wokół klasztornego ogródka. Wokół świątyni, ciekawy kaszubski cmentarzyk, z nagrobkami samych Kaszubów (tylko takie nazwiska).

Następnie, zrobiliśmy objazd wokół Jeziora Żarnowieckiego, podziwiając krajobrazy tego największego na wybrzeżu polodowcowego jeziora rynnowego oraz wznoszących się po obu stronach, zalesionych wzgórz morenowych. Właśnie na jedno z takich wzgórz, postanowiliśmy się wspiąć, ażeby z góry popodziwiać panoramę. Była to Góra Zamkowa - porośnięta pięknym, bukowo-jodłowym lasem, ze śladami pradawnego grodziska na szczycie, widokową polanką na jezioro oraz ... masą mrówek na podejściu. Wszyscy byli dzielni - zwalczyli wszędobylskie mrówki; pokonali stromiznę podejścia oraz urwistość zejścia, ciesząc się ze znalezienia kawałka Bieszczadów na wybrzeżu. Było pusto, cicho, dziko (całkiem zarośnięta ścieżka, krzale) - zupełnie jak w prawdziwych górach.

Po Górze Zamkowej przejechaliśmy przez teren dawnej elektrowni jądrowej "Żarnowiec", a właściwe tego, co po niej pozostało. Podobno jest to jakaś specjalna strefa ekonomiczna, gdzie firmy miały zbudować swoje siedziby, magazyny, zakłady. W rzeczywistości zaś, jest to bardzo zaniedbany, postindustrialny, zrujnowany teren, rozgrzebany i zawalony betonowymi konstrukcjami pod bloki planowanej, a nigdy nie zrealizowanej elektrowni atomowej. Żelbetonowe konstrukcje-straszaki, blaszane magazyny, szerokie drogi, tory kolejowe i estakady, jakieś ruiny, niedokończone bloki, biurowce, silosy - totalny bajzel. Momentami scence fiction prosto z Lema. No, ale niektórym się podobało.

Tuż obok pozostałości elektrowni jądrowej, znajduje się nieduża, szczytowo-pompowa elektrownia wodna. I znowu industrialna konstrukcja, usytuowana nad brzegiem jeziora oraz na zboczu okolicznych wzniesień, na szczycie których usypano zabetonowany i wyasfaltowany wielki zbiornik wodny (właściwie takie niewielkie jezioro). Woda z tak usytuowanego zbiornika (wcale go z dołu nie widać, że jest tam, na tej górze), poprzez olbrzymie rury, biegnące po zboczu, tłoczona i spuszczana jest do jeziora Żarnowieckiego, produkując po drodze kupę... prądu. Po wjechaniu na koronę zbiornika na szczycie góry, stwierdziliśmy, że jednak industrializm to nie jest to, co Jarema lubi najbardziej i ... pojechaliśmy (znowu nad brzeg J. Żarnowieckiego) do skansenu (a właściwie gburskiej zagrody skansenowskiej) w Nadolu. Zagroda mała, ale za to w pełni dostępna (można dotykać i używać eksponatów - Michaś np. jeździł na drewnianym koniku na biegunach, zapewne z XIX w; każdy coś tam macał, próbował i podziwiał). Pełne wyposażenie gospodarstwa rolnego Gburów - murowanej, wiejskiej chaty, zabudowań gospodarczych; malowane ule w stodole, miód rzepakowy (podobno niezastąpiony na serce), malwy w ogródku - sielsko.

Po zwiedzeniu okolic Żarnowca, dojechaliśmy "kaszubskimi tunelami",  poprzez malutkie poniemieckie wsie i miasteczka do Stilo, miejsca w pobliżu którego, znajduje się cel naszej trasy - latarnia morska Stilo. Sama miejscowość, to w zasadzie trzy murowane budynki z pruskiego muru (w tym jakaś stanica harcerzy), pole namiotowe, bary, smażalnie i duży parking. Wokoło sosnowy las na piaszczystych wydmach.  Smażona rybka, piwko, kiszone ogórki - to największe przysmaki tej okolicy. Wzmocnieni tymi smakołykami, udaliśmy się na zalesione wydmy w kierunku latarni. Latarnia morska Stilo, usytuowana na najwyższej okolicznej wydmie, udostępniona jest dla zwiedzających. Wokół nie ma żadnych zabudowań, ani osiedli, tylko wydmy, las i morze .... Po wąskich schodkach wchodzi się do lampy, wokół której znajduje się taras widokowy. Widok - obłędny; zasięg - pewnie w promieniu  jakiś 30 km; jedną połowę widnokręgu zajmuje morze, drugą połowę ląd - a na nim przybrzeżne jeziora i wzgórza wydm Parku Słowińskiego, wystające wzniesienia morenowe na południu; szeroki na 2-3 kilometry pas wydm - zalesiony, gdzieniegdzie z wystającymi piaskowymi, bielutkimi barchanami. Urwistogłowy wiatr na szczycie latarni - ale przeżycie wyjątkowe. Każdy, kto zawita, przypadkiem nawet w te okolice, powinien wejść na latarnię Stilo (bilet grupowy, tylko 2 PLN/os.). Spod latarni poszliśmy jakieś 1,5 km lasem przez piaski na plażę. Po drodze - ruiny murowanej wieży widokowej na wydmie nad samą plażą, obecnie służące chyba skałkołazom do treningu. A na plaży - pucha. Wieczorna bryza morska ochładza rozpalone głowy, rozgrzane słońcem i piachem ciała. Urocza okolica.

Fajnie byłoby posiedzieć sobie w Stilo i popatrzeć na zachód słońca, ale w planach Jaremy, była tego dnia jeszcze jedna atrakcja - ognisko. Szybko więc wróciliśmy (pieszkom przez wydmy i dalej samochodami) do naszej bazy w Ostrowie, po drodze jeszcze oglądając odrestaurowane pałace, dawne siedziby pruskich książąt w Sasinie (czadowo położony pałac na odludziu, pośród łąk i lasów) i Krokowej (elegancja, przepych - hotel). Grupa "poldka" pojechała na plażę w Ostrowie, podziwiać malowniczy, zwieńczający widoki całego dnia zachód słońca, reszta zaś poszła przygotowywać jaremowską watrę. Miejsce na ognisko wybraliśmy na łąkach za wsią, w pobliżu lasu, z którego ściągnęliśmy góry drzewa i chrustu. Łąka usytuowana jest wprawdzie niedaleko zabudowań Ostrowa, ale za to na wzniesieniu, z piękną, rozległą panoramą na okoliczne, zalesione wydmy i morze. Pływające po morzu nocne statki, samotnymi światełkami mrugały w naszym kierunku, na północnym widnokręgu, przez cało noc jasno błyszczała chmura, rozświetlona światłem słońca z przeciwnej półkuli (no prawie, że zorza polarna), rześki wiaterek zawiewał od morza, a my do późnych godzin siedzieliśmy przy ogniu z sosnowych gałęzi, piekliśmy kiełbaski, piliśmy piwo i .... śpiewaliśmy, śpiewaliśmy, śpiewaliśmy .... (najlepiej wszystkim poszły "Baśka" (ta co miała fajny ... gust) i "Źrebak" - iiiijjjjaaaaa .... (chodzi oczywiście o odgłos wydawany przez to piękne zwierzę paszczą - co nie dziewczyny?  :)))

I tak, z pieśnią na ustach, zapuchniętymi z niewyspania oczami, przywitaliśmy kolejny dzień wyjazdu. Kolejny dzień, a więc i kolejne plany, pomysły, atrakcje ... i na końcu powrót do domu. Na niedzielę zaplanowaliśmy pieszą wycieczkę brzegiem morza z Białogóry do Lubiatowa. Zanim jednak do Białogóry dojechaliśmy, zatrzymaliśmy się w Wierzchucinie, na dawnym, częściowo odrestaurowanym cmentarzu poprzednich mieszkańców tych ziem - Niemców. Stare, przedwojenne nagrobki oraz monumentalny pomnik żołnierzy niemieckich poległych w I wojnie światowej, wzbudziły w nas nostalgiczne uczucie zadumy nad losem ludzi i historią miejsc. W zadumie wspomogły niektórych pyszne, przycmentarne malinki. W niedalekim Starbieninie odwiedziliśmy Kaszubski Uniwersytet Ludowy, z Ekologiczną Stacją Badawczą, usytuowany w dawnych zabudowaniach pałacowych. Niedaleko stoi ogromny, stalowy wiatrak - nowoczesna elektrownia wiatrowa, postawiona na najwyższym okolicznym wzniesieniu. Olbrzymie śmigło o średnicy 30 m napędza dynamo, produkując prąd dla całego ośrodka naukowego i uczelni. Cudo techniki prosto z Danii.

Dojechaliśmy do Białogóry. Kiedyś (jeszcze jakieś 10 lat temu), spokojna wioska letniskowa, z kilkunastoma domami i polem namiotowym (odbywały się tam spontaniczne koncerty rockowe), obecnie to okropny, przeładowany kurorcik, z tłumem wczasowiczów, samochodów, campingów... Tam zostawiliśmy poldka i prawie w komplecie udaliśmy się najpierw na plaże, a potem wzdłuż morskiego brzegu na zachód, do Lubiatowa. Do Lubiatowa udał się też, tylko że drogami jezdnymi, "tatawagen". Tam oczekiwał na całą grupę, żeby przewieźć załogę poldka z powrotem do Białogóry. Spacer wzdłuż morskich fal, piaszczystych wydm, urwistych brzegów, czasami zupełnie wyludnionych plaż, zabrał nam całe popołudnie (w sumie jakieś 10 km marszu). Fale obmywały stopy, szorstki piasek szlifował bose podeszwy, wiaterek smagał czupryny, a słoneczko paliło niemiłosiernie wszystko co nieosłonione i nieposmarowane filtrem. Spacerek miły i sprzyjający
refleksjom ("... morza szum ..."). Nawet Ola i Michaś dali radę to przejść, chociaż ten mniejszy, głównie na plecach własnego taty (ale on przynajmniej się wyspał). Na plaży w Lubiatowie, zmęczeni, ale zadowoleni rozłączyliśmy się już ostatecznie. Ania z dziećmi została  na plaży (bidulki, tak same... :-), reszta zaś udała się tatawagenem do Białogóry. W Białogórze ekipa poldolota (tym razem: Jurki, Ania B. Marcin i Piotrek) kolejny raz zjadła smażoną rybkę z piwem, naleśniki i gofry (w pobliskim towarzystwie Darka Dziekanowskiego z żoną i córcią :)) i ruszyła w drogę powrotną do Warszawy.

Załoga tatawagena pojechała z Lubiatowa na kwaterę w Ostrowie, kontynuować rozpoczęte w poprzednim tygodniu wczasy. Powrotna droga do Warszawy znad pięknego, polskiego morza, to prawdziwa droga przez mękę - Meksyk po prostu. Trasa wiodła na początku bocznymi drogami; ponownie  wzdłuż Jeziora Żarnowieckiego; przez Wejherowo (pierwszy, jeszcze niewielki korek); Trójmiejski Park Krajobrazowy (malownicze moreny i lasy bukowe); obwodnicą Trójmiasta (roboty, korek) do Pruszcza Gdańskiego. Gdańsk omijaliśmy bocznymi drogami przez Żuławy Wiślane. Teren zaskakująco ciekawy - płaski wprawdzie i bezleśny, ale za to niesamowicie rozległy, pełen łąk, pól, pastwisk i niesamowitych, małych wiosek, zabudowanych starymi, pięknymi niekiedy domami z pruskiego muru lub stylowymi, wielkimi, drewnianymi chałupami. Najciekawsze wydały się nam piękne, stare budynki z pruskiego muru z drewnianymi arkadami podpierającymi oryginalne podcienie (pewnie jakiś stary młyn) w Trutnowach oraz ciekawy kościółek i stare drewniane chałupy we wsi Kiezmark, tuż przy samym wale powodziowym Wisły. Potem zapadł zmrok. Trasa warszawska - wężyk powracających wczasowiczów i niedzielnych kierowców. Co chwila postój, jazda, hamowanie, przyspieszenie, korek, zakręt ... - obłęd. W Pasłęku wymiękliśmy. Jedziemy objazdem bocznymi drogami przez Morąg, Łuktę do Olsztynka. Ale co to był  za objazd. Długi, czarny, kręty, wąski tunel z wielkich drzew, ciasno rosnących przy szosie, oślepiające światła samochodów znienacka pojawiających się zza zakrętu drogi, warmińskie górki i dołki, zapuszczone, biedne wsie i miasteczka. Łatwo nie było - ciemno, pusto, a do domu daleko - parę razy gubiliśmy drogę, ale do Olsztynka w końcu dojechaliśmy. A tu, z powrotem w sznurek samochodów na trasie warszawskiej. I znowu horror - tiry, wyprzedzanie na niezbyt szerokiej szosie na trzeciego, wciskanie się w kolumnę prących do przodu samochodów - walka o życie. A jakieś 6 km przed Mławą - stop, korek do samego remontowanego wiaduktu. Pięknie, nie ma co - północ, a my stoimy w korku pod Mławą. Głucho, ciemno, nie znamy objazdów tego bagna. Próbujemy to tu, to tam, ale nigdzie nie ma przejazdu. W końcu dojeżdżamy do przedmieść Mławy i resztę korka omijamy przez miasto. A na remontowanym  wiadukcie światła i ruch wahadłowy: w jedną stronę 20 samochodów znad morza i jezior, w drugą 0 samochodów (bo i po co w środku nocy jechać na Mazury, czy do Gdańska). Kompletna paranoja, typowo polska tępota, bezmyślność i oportunizm!!! No i weź tu człowieku wyjeżdżaj i podróżuj po kraju. Jakby tego wszystkiego mało było - za Mławą śmiertelny wypadek (pieszy zabity na drodze) - no i co, nie horror?!?! Do śmiechu, to nam już w ogóle nie było - zmęczenie trzydniowymi podróżami, późna pora, środek Polski, a poldkowy odtwarzacz wciągał wszystkie fajne kasety. Potem, to już  nam się nawet gadać nie chciało.

Do Warszawy dojechaliśmy koło 2 w nocy. 7 godzin znad morza - niezły wynik, co? Czasu na sen nie zostało więc tej nocy za wiele, ale co tam. W końcu, czyż Jarema tak często wyjeżdża nad morze?
P.
Ps.Jeżeli dotarliście do tego miejsca, to moje gratulacje :)) Łatwo nie było, co?

A do klubowych annałów:
171. "Jarema nad morzem" - Poldolotem po Wybrzeżu Gdańskim
Ostrowo k.Karwi, Żarnowiec, Nadole, Stilo, Sasino, Krokowa, Wierzchucino,
Starbienino, Białogóra, Lubiatów, Żuławy Wiślane: Trutnowy, Kiezmark
13.07.-14.07.2002, uczest: 9, organizator: Ania Piegat