W czwartek wytoczyliśmy się z Warszawy w stronę Gdańska, ale że robiliśmy to niespiesznie, głównym punktem tego dnia był spacer po Toruniu; krzywa wieża, kościół Św. Jakuba, pomnik psa Fafika i takie tam. Toruniowi trzeba będzie dać jeszcze jedną szansę. Potem udało nam się odnaleźć słynną autostradę do Gdańska, z której wszyscy gdańszczanie są dumni, a nasz atlas na tyle stary, że jej nie uwzględnia. Tak więc przez blisko sto kilometrów było komfortowo, chociaż słono. Przed burzą rozbiliśmy namiot na kempingu w Przywidzu, który, chociaż położony naprzeciw hałaśliwego ośrodka, jest zupełnie akceptowalnym miejscem. Następnego ranka zaczęliśmy od parowozowni w Kościerzynie. Chłopakom zagotowały się karty w aparatach. Jeden parowóz przekroili (nie nasze dzieci, tylko organizatorzy muzeum), więc w końcu się dowiedziałam, jak to wszystko działa. W potokach deszczu zdobyliśmy Wieżycę (ile tam orzeszków bukowych na drzewach!) a potem wyrwaliśmy w stronę Gdańska. To znaczy tak nam się wydawało, bo gigantyczny korek pozwolił nam jeszcze poznać dokładniej Kokoszki (o Kokoszkach było chyba w Blaszanym Bębenku, ale od tej pory trochę się tam zmieniło - zamiast ziemniaków na polach rosną bloki). Po wykonaniu programu obowiązkowego, czyli obejrzeniu paru genialnych projektów deweloperskich, w podobnych okolicznościach zlustrowaliśmy od zewnątrz Ergo Arenę, a potem już można było się zrelaksować na Monciaku i na molo. Tam się nic nie zmienia, ale odkryłam jedną rzecz -Krzywy Domek jest z tyłu zupełnie prosty! W Orłowie było znacznie przyjemniej, a pod klifem stadnie fotografowały się młode pary. Pokazaliśmy jeszcze chłopakom Błyskawicę i Dar Pomorza i wraz z zachodem słońca wróciliśmy do naszego namiotu. Byli tak wykończeni,że nawet fajerwerki ich nie ruszyły.
Kolejnego dnia przemieszczaliśmy się w stronę Mazur. Zamek Joannitów w Skarszewach okazał się nieco większą stodołą (jakieś 200 lat temu przebudowano go na magazyn), przed którą gorączkowo rozkładało się wesołe miasteczko. W Pelplinie bazylika wciąga na długo - najfajniejszy jest lew u podstawy ambony. Nie wiedziałam, że lwy miewają trwałą ondulację. W Gniewie zamek opanowali rycerze, ale i turniej, i muzeum wydały się nam mocno jarmarczne. Za to samo miasteczko ma sporo fajnych zakątków, w tym kolejny dziwaczny pomnik - misia Maciusia promującego pokój między człowiekiem a przyrodą. Potem mieliśmy płynąć do Kwidzyna, ale kolejka do promu była dłuższa niż sama Wisła, więc cofnęliśmy się pod Malbork. Dzięki czemu zwiedziliśmy bunkry pod mostem na Berlince (dziki entuzjazm - szczury i dziury to jest to!) oraz wpadliśmy na romantyczny cmentarz Menonitów w Stogach. Z racji kurczącego się dnia rzuciliśmy tylko okiem na Malbork i nie skręciliśmy do Świętego Gaju (to tam, gdzie podobno skończył żywot Św. Wojciech), ale nie mogliśmy sobie odmówić postoju przy pochylni Kanału Elbląskiego. I tu czekała na nas nagroda - zaraz po tym, jak miejscowy pan skończył tłumaczyć przyjezdnym Niemcom, że kanałem prawie nic nie pływa i jakiś ruch będzie może jutro koło trzeciej - koło ruszyło i mogliśmy z detalami obejrzeć przejazd (jak właściwie nazywa się taka operacja?) kilku jachtów.
I to by było na tyle. Strasznie tam jeszcze dużo zostało do oglądania.
Sylwia,Marek,Staś i Wojtek