Od dzieci trzeba czasem nieco odpocząć. Tak, żeby trochę mieć świętego spokoju, trochę zatęsknić i nie stetryczeć do reszty. Na nasz wyjazd bez dzieci czekaliśmy ponad 10 lat. Najpierw, w lutym "urwaliśmy się" na weekend w Góry Świętokrzyskie, a teraz starszaki wyprawiliśmy na kolonie, Alicję zostawiliśmy u babci, a sami udaliśmy się na romantyczną wyrypę w góry. Nasze dzielne autko zostawiliśmy na ulicy pod dworcami kolejowym i autobusowym w Żywcu, a sami pociągiem udaliśmy się do Zwardonia, skąd udaliśmy się na wędrówkę szlakami Beskidu Żywieckiego.
Pierwszy dzień nastrajał optymistycznie. Słońce delikatnie przebijało się przez chmury, dzięki czemu plecaki nie przybijały do ziemi. Szlak biegł łagodnymi wzgórzami, przeważnie zalesionymi. Niestety, liczne poręby sprawiały, że znaki szlaków były dość rzadkie, zwłaszcza w "strategicznych" miejscach. Raz udało nam się nawet zgubić szlak, którego później szukaliśmy przez las, a następnie młodnik. Ponieważ w nocy padało, wtedy po raz pierwszy w czasie tego wyjazdu zapoznaliśmy nasze ubrania z wodą. Liczne przystanki, odpoczynki, a także poszukiwania szlaku sprawiły, że nasza wędrówka na Wielką Raczę przeciągnęła się z 5 do 7 godzin. Po drodze spotkaliśmy tylko dwóch turystów oraz słowacką rodzinę bobrowników (2 dorosłych plus dziecko), którzy jakimś sposobem wjechali dżipem na grzbiet(!) i zbierali jagody za pomocą ręcznych zbieraczek (w Polsce karalne). Ostatnie podejście pokonywaliśmy w iście sprinterskim tempie. W sąsiedniej dolinie rozszalała się burza, pioruny waliły dość blisko, ale my - choć byliśmy na grzbiecie – suchą stopą dotarliśmy do schroniska na Wielkiej Raczy. Tam przenocowaliśmy (ciepła woda po 19) ze zdziwieniem stwierdzając, że z pobliskiej Rycerki przyszła 6-osobowa grupa młodzieży.
Następnego dnia wiedzieliśmy już od rana, że wędrówka może nie odbywać się w idealnych warunkach. Wkrótce po wyjściu założyliśmy nieprzemakalne spodnie, kurtki przeciwdeszczowe, a na to wszystko jeszcze ceratowe pelerynki z Wietnamu, dzięki którym przynajmniej część rzeczy w plecakach pozostała sucha. Deszcz padał długo i skutecznie. Pomimo naszego odzienia byliśmy caluteńcy mokrzy - jak nie od deszczu, to od potu. Szlak momentami przypominał bardziej górski potok niż ścieżkę, a my sprawnie szliśmy w kierunku schroniska na Przegibku. Tuż przy nim spotkaliśmy jedynego turystę, którego tego dnia spotkaliśmy na szlaku. Poza tym było ok. 10 jagodziarzy - tym razem Polaków, także zmotoryzowanych. Po obiadku w Przegibku i wysuszeniu butów specjalnie w tym celu zakupioną dzień przed wyjazdem suszarką, wyruszyliśmy na dalszą część wędrówki. Tego dnia planowaliśmy bowiem dotrzeć do schroniska na Rycerzowej, przy której powitało nas stado owiec. Tu rozwiesiliśmy wszystkie zamoczone w plecakach rzeczy, a Malwinka przy pomocy suszarki warczącej pomimo 12V zasilania dokonywała cudów z butami i moim śpiworem.
Trzeciego dnia po raz pierwszy zdecydowaliśmy zejść do "cywilizacji", by dokonać zakupów. Nasza droga przez Krawców Wierch prowadziła przez 2 wsie: Soblówkę i Glinkę. Ale żeby do nich dotrzeć musieliśmy pokonać odcinki, którymi odbywała się zwózka drewna. Koleiny wyżłobione przez traktory, a dodatkowo pogłębione przez deszcze miały niekiedy 2 metry, a próby ich ominięcia groziły zatopieniem się w przypominającej błotną zupę płynnej mazi. Tego dnia na szlaku nie spotkaliśmy nikogo...
Krawców Wierch okazał się bardzo miłym schroniskiem. Samotny opiekun obiektu rozpalił ogień w kominku, przy którym suszyliśmy buty i inne zamoczone rzeczy. Poza nami nocowało dwóch rowerzystów, którzy kolejnego dnia mieli zamiar uniknąć kąpieli błotnych w drodze na Rycerzową i jeszcze dwóch turystów, a ponieważ Malwinka była jedyną kobietą w obiekcie, dane mi było nie czekać w kolejce na prysznic, lecz skorzystać z damskiego.
Po pierwszym dniu wyczerpującej wędrówki kolejne dni były już krótsze i łatwiejsze. Staraliśmy się nie chodzić więcej niż 5-godzinnych szlaków, na które zdarzało nam się jednak przeznaczać nieco więcej czasu. Jak zwykle, nasze bagaże były ciężkie i jak zwykle było w nich mnóstwo rzeczy niepotrzebnych. Ale tak się jakoś złożyło, że nie mogliśmy nie wziąć komputerka, pomimo problemów z zasięgiem - komórek, do tego doszły ładowarki, sprzęt fotograficzny też swoje waży i wymaga zasilania... Te wszystkie cuda przydały się dnia ostatniego. Droga z Krawców Wierchu na Halę Miziową była o tyle przyjemniejsza, że pomiędzy deszczem i mżawką zdarzały się nawet chwile, które nagradzały nasz trud ograniczonym przez chmury widokiem krajobrazu. Ten odcinek był już całkiem ludny. Spotkaliśmy aż 4 turystów (a może 6), a także jednego człowieka, który dwukrotnie nas minął na motorze .
Do hotelu górskiego na Hali Miziowej dotarliśmy jak zwykle przemoczeni. Tym razem nie mogliśmy jednak najpierw zrzucić bagaży, bo musieliśmy się zarejestrować. Ogromna bryła zachowała styl schroniska, ale atmosfera była tak odmienna, że aż spytałem o możliwość płatności kartą. Z drwiącym śmiechem powstrzymałem się od spytania o WiFi, które - jak się okazało - jest oferowane w standardzie! Otrzymaliśmy pokój nr 327 (45 zł/os bez łazienki), zrzuciliśmy plecaki i zjedliśmy średnio smaczny obiad w wielkiej sali przy dźwiękach RMF FM. W konglomeracie nie było suszarni, ani żadnego miejsca poza pokojem, w którym moglibyśmy się wysuszyć. Za to w łazience były papierowe ręczniki i pudełka zapachowe. Ale następnego dnia rano udało nam się znaleźć kącik schroniskowy - niewielkie i zupełnie pozbawione klimatu pomieszczenie, w którym był jednak stół, kilka krzeseł i czajnik elektryczny. Tego dnia udaliśmy się na Pilsko, a dobra pogoda sprawiła, że wreszcie mogliśmy nacieszyć się pełnią piękna beskidzkiego krajobrazu. Szkoda tylko, że musieliśmy już schodzić do Korbielowa. W oddali majaczyła Babia Góra i mieliśmy wielką ochotę kontynuować wędrówkę granicznym grzbietem. Cóż, następnego dnia znów padało, a my musieliśmy wracać. Babia Góra na nas poczeka, a my bardzo chętnie wrócimy w Beskid Żywiecki. Bo pomimo kiepskiej pogody, w ilu polskich górach w wakacje spotkalibyśmy tak niewielu turystów?
Pozdrawiamy,
Malwina i Artur
PS. Miniatury raczej nie będzie, chyba że Pepe będzie bardzo zdesperowany. Ewentualnie możemy puścić kilka fotek jako bonus po którymś pokazie.