W trybie awaryjnym wybraliśmy się na nieodlegle, mityczne Ranczo Wilkowyje. Nie, nie - tym razem nie na kanapie przed TV. Szlakiem przez Sulejówek, Halinów, Mińsk Maz. dotarliśmy do Mrozów w poszukiwaniu tamtejszych, legendarnych babeczek. Do tej pory znaliśmy stamtąd tylko jedną - ale za to jaką? - babeczkę EKG, ale trzeba przyznać, że i te pieczone były bardzo smaczne. Tylko ci mrozanie (mrozacy, mrozowie...?) jacyś tacy trochę zazdrośni o te swoje babeczki. Chowają je przed obcymi jak umieją. Ale my i tak je znaleźliśmy. W końcu mamy w Jaremie swojego szpiega.

Pobliski Cegłów to podobno dawna, mariawicka Częstochowa. Faktycznie, trudno rozpoznać w niej XIX-wieczne miasteczko. A dalej to już tylko pola, lasy, łąki i słynna ławeczka pod sklepikiem Więcławskiej w Wilkowyjach. Wioska nazywa się - a jakże - Jeruzal, choć niektórzy myśleli, że dotarliśmy aż do Jeruzalem. A jest tu wszystko - dla ducha (drewniany kościółek, stara szkoła, plebania, malowany Florian Święty) i dla ciała (sklepik z Mamrotem, ławeczka, ośrodek zdrowia dr Wezóła). A, i przede wszystkim jest sympatyczna, sielska i przyjazna atmosfera - pełna symbioza miejscowych i przyjezdnych Ranczersów. A ci (swoją droga to niezłe oszołomy) docierają tu czym się da - samochodami, motocyklami, autokarami, a nawet PKSem. Oczywiście nie mogło obyć się bez wspólnej sesji zdjęciowej na ławeczce z nieodzownym Mamrotem z Wilkowyj w rękach.
To tyle, jeżeli chodzi o domenę Plebana, teraz pora na włości Senatora (dawnej Wójta). Ale to już w nieodległym Latowiczu. A tu sławny Urząd Gminy i nowobogacki dom Wójta/Senatora w Rozstankach, tuż przy samej drodze na Stoczek Łukowski. W pobliskiej wiosce Strachomin ulokowała się wilkowyjska Karczma u Japycza, gromadząca wszystkich okolicznych opojów. Męska część wycieczki wyszła w nadziei zakupienia legendarnych pierogów Solejukowej, ale chyba Wioletka musiała mieć tego dnia wolne, bo było zamknięte. Uciekliśmy więc, żeby nie gadać przypadkiem ze Staśkiem-policjantem.
Powrót przez Wielgolas i malowniczo położoną Siennicę przypomniał nam piękne chwile spędzanych u Stasiów w pobliskiej Radachówce. Na koniec jeszcze dawny, pożydowski Mińsk, ze śladami małomiasteczkowej, drewnianej zabudowy oraz zarośnietym kirkutem.
Do domu wróciliśmy z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku każdego Ranczersa, z Mamrotem z Wilkowyj i babeczkami z Mrozów. Babeczki, jak to babeczki, już skonsumowane, ale Mamrotem możemy się z chętnymi podzielić przy najbliższej okazji ławeczkowo-ogniskowej.
No to na gazie,
Pietrek