Klub Podróży JAREMA na Fejsie

Polesie - powitanie lata w Kropiwkach (2013)

Koło Jana, koło Jana - tam dziewczęta się schodziły
Sobie ogień nałożyły - tam ich północ ciemna naszła.

Ognisko Jaremy, pełnia sobótkowej nocy, koło Jana, koło Jana... i najromantyczniejsza noc w roku na Polesiu.
Tak witaliśmy lato!!!

Głos i czucie w rękach już odzyskane. Można sobie trochę powspominać.

No naprawdę bardzo fajnie było na tym Polesiu... ognisko i śpiewy do rana, pełnia pełna, burza przepisowa a jakże - z błyskawicami, piwko lipcowe z Chełma, kompanija zgrana a wesoła... i co tam, że 'wrjednyje kamariki son nasz scjeriegut'. A wszystko zaczęło się już w piątek.

'Z gitarą i piórem, czerwcowym wieczorem, jedziemy znowu razem do Włodawy. Stary bieszczadnik Majster Bieda, wciąż wierny górom, jak zwykle jest z nami'

Weekend sobótkowy, najkrótsza noc w roku, prasłowiańskie ognie, bałtowskie ligo... w tych okolicznościach przyrody wyjazd z Warszawy na wschód, to nie lada sztuka. Ale przez Zielonkę, Ossów i Zabraniec jakoś się to udało. Potem już śmigiem do Siedlec i dalej przez Łuków do Radzynia Podlaskiego. A dlaczego właśnie tam? Radzyński, rokokowy pałac Potockich po prostu trzeba zobaczyć. Jak zdradziła nam przygodnie napotkana radzynianka, to w jego murach Staszic z Potockim pisali naszą pierwszą Konstytucję. A tych radzyńskich historii jest wszak znacznie więcej. Po drodze jeszcze tylko Parczew, w którym namierzyliśmy tę zazdrośnie przez miejscowych ukrywaną pizzerię, i w którym w końcu dopadła nas burzowa nawałnica z piorunami, i można jechać dalej.

'I mówisz - wszystko się uda, o to nie ma żadnej obawy, przecież jedziemy dziś, na dwa dni do Włodawy'

Kropiwki powitały nas deszczem i ciemnościami - pioruny wywaliły tą ważniejszą fazę. Ale gospodarz jednak się uchował, choć wyglądał na poważnie zaniepokojonego brakiem spodziewanych gości. A tu noc ciemna naszła...

'Będzie chmurna, niespokojna noc, gdy przez okno na poddasze, wejdzie blady nie z tej ziemi gość i porządnie cie nastraszy...'

Gospodarz - a jakże z Włodawy - okazał się specem od Jaremy i naszej, niekrótkiej już historii (ach te internety i fejsbuki), ale też żarliwym propagatorem segregacji śmieci, odpadów i produktów wtórnych. Nie było wyjścia, jak tylko wzmóc naszą postawę proekologiczną. Ciemno było, deszcz dalej lał, a tu powoli zjeżdżać zaczęli pozostali uczestnicy. Aż w końcu wrócił prąd i nic już nie stało na przeszkodzie nocnym śpiewankom - no może poza tym gryzącym dziadostwem. Trzeba było się skutecznie zaimpregnować lipcowym z Chełma i zaintonować... 'Łam dara dej, daga digu daj, sksypku ino piknie graj!' Świt podpowiedział nam, że dzisiaj też jest dzień... i to jaki!

'I mówisz - wszystko będzie dobrze, opowiemy im nasze sprawy, przecież po to jedziemy na dwa dni do Włodawy'

Słoneczny i upalny tym razem - to na pewno. W końcu pierwszy tegorocznego lata. No i wszyscy się gdzieś tam porozjeżdżali, udowadniając, że na całym Łęczyńsko-Włodawskim Pojezierzu nie było miejsca, gdzie nie dotarłby ktoś z Jaremy. A może nie? Wszystkie kładki i ścieżki przyrodnicze, trasy rowerowe, kąpieliska błotne, parki linowe, drewniane cerkiewki (zwłaszcza ta urokliwa Hola), skanseny, poleskie karczmy (polecamy tą w Kołaczach, z jej różanieckimi bombami i babą ziemniaczaną), myśliwskie pałace (kto był u Zamoyskich w Adampolu?) i małe, kresowe miasteczka nad Bugiem. Tak, w końcu przecież się udało...

'Lecz mówisz - znów musi się udać, choć tyle podróży za nami, przecież jedziemy dziś na dwa dni do Włodawy'

Pod wieczór do Kropiwek dojechali z domów ostatni już ogniskowicze, a Andrzej Złotarączka naprawił rozkraczony, szynkowy samochód. Można było rozpalać to, po co tu przyjeżdżaliśmy i zaintonować podróżnicze, romantyczne ballady...
'Пеплом несмелым подёрнулись угли костра...
Милая моя, солнышко лесное, Где, в каких краях, bстретишься со мною?'

Ech ta poezja, co ona robi z człowieka... Tak się siedzi sobie, wlepia ślepia w ten ogień, kija w ręku trzyma i pali coś nad żarem. I jak tu wyrobić bez Mamrota z Wilkowyj? A był - wprawdzie nie na wilkowyjskiej ławeczce, ale powędrował w koło jako fajka pokoju. Któż to wtedy wspólnie nie zaśpiewał tych rzewnych nut...
'Z zasmarkanym nosem, z sercem ciężkim jak siekiera - gdzie się wybierasz?', 'Zabrała mi serce, zostawiła mi gitarę' Albo. 'Jestem, jestem motylem, kolorowym pyłem, spójrz do góry, tam gdzie frunę, może ciszą cię przytulę.'
A pełnia była w pełni.

Jednak Mamrot chyba zadziałał, bo i języki obce - jak to w podróży bywa - nam się porozwiązywały. Na pierwszy ogień poszły Bałkany z ich pięknym, serbsko-chorwackim rymem i dalmatyńską melodią: 'Oj divojko jabuko rumena, pari da te ma naranča rodila...' No i niosło się tak po tych zamglonych, poleskich łąkach: 'Hop cup poškoćiću, drugu curu poljubiću. Poljubiću drugu znaj, baš me briga haj, haj!'
Kto zatęsknił do południowoafrykańskiej egzotyki, rozpoczynał chóralne: 'A saguquga sathi bega, nantsi Pata Pata!'
Starzy bieszczadnicy, majstrowie Biedy i inne łemkofile wyrywali się z radosnym i gromkim: 'Cy Ma... cy Ma... cy Maryna harna, ona bilsza wid kania, ciaższa wid kambajna!'
Jednak bez wyjątku wszystkich porwała Orkiestra pw. Wielkiego Kniazia Jaremy, która uczciła prasłowiańską Kupalnockę, pojedynkiem na głosy damskie, męskie, bębenki i gitary. Aż do jasnego świtu niosło się po całej okolicy: 'Koło Jana, koło Jana, tam dziewczęta się schodziły, sobie ogień nałożyły, tam ich północ ciemna naszła...'
I tylko nasi dzielni namiotowcy coś tam nad ranem pod nosem nucili: 'Nu, ktoże mnie w pałatkie na mordu nastupił?'

Hmmm, wiecie, była też jeszcze potem niedziela. Niby wracać do rzeczywistości trzeba było, ale jakoś tak powoli i tanecznie nam to wychodziło. A wszystko to przez Zosię i Helę - one też chciały mieć swoje pięć minut. Skończyło się na cygańskich śpiewach i tańcach: 'Aj mori sej, mori drago pikonyej, na na naj naj, na, na, naj, na, na, naj...'
Aż z samej Włodawy nadjechali gospodarze i ze zdziwieniem zapytali, czy to aby Oaza jakaś? No bez wątpienia - podróżnicza z pewnością.
Niechybnie jednak należało wracać. Ale nie bylibyśmy z Jaremy, gdybyśmy prostą droga wracali. Jedni pokręcili się jeszcze trochę po Polesiu, inni odkrywali nieznane Podlasie. Bo taki na przykład ufortyfikowany pałac w Czemiernikach, to prawdziwa, nigdy nie zdobyta perła baroku i renesansu w koronie rodu Firlejów.
I pewnie można by tak jeszcze długo - jeździć i oglądać, nie pisać. Ale przecież coś nam z tego sobótkowego weekendu na Polesiu w pamięci pozostanie:

'Wyciągasz wiersz ciepły jeszcze, wczoraj bodajże napisany. I czytasz głośno go w przedziale, w naszej podróży do Włodawy'

Iwonko i Jurku - dziękujemy!!! Nie przestawajcie nas namawiać i wyszukiwać tych uroczych ogniskowisk!
Wszystkim obecnym na wyjeździe wielkie podziękowania za wspólne, trzy piękne dni i magiczne chwile!

Ania i Piotrek

---------------

No cóż , miałem dylemat, bo jak wiadomo 22-go występował Paul. Ale przez polską przekorę nie lubię takiej plakatowej namolności, przecież Saint Paula i Petera jest dopiero za tydzień. To do znajomego Paula wpadnę za tydzień, a w tym tygodniu do Petera. No, nie zawiodłem się. Peter porządny gość, butelkę postawił /jedną :P i skatował nas swoja czarna gitarą. Miło było, księżyc i mgły nad ranem. No, oczywiście Peter przesadza. Peter nie daje śpiewników. No to siedziałem, patrzyłem na mgły i wpadające do ogniska kiełbasy, i myślałem, że jednak sprawiedliwość jest na świecie. No bo jak co niektórzy pokazują slajdy, to ci co patrzą, też nie wiedzą co zobaczą, a ryzyko, przyznać trzeba, jest. No i Peter musi to znosić. No to teraz się odkuwa po serbochorwacku. No i jest po równo. No może nie do końca, bo ja to tylko siadam i patrzę, no czasem siadam i wciskam jakieś klawisze, a taki Peter, Maciek(...) to jednak trochę więcej działają. To trochę jak z moimi dziećmi, one wiedzą, że gdyby nie tata, to zgasłoby światło. Tak się składa, że akurat był dzień taty. I dzieci dały mi lody. No to ten wyjazd, to były takie lody inaczej. Zupełnie dobre lody od wuja Jurka.

A jednak trochę żal, zaśpiewałoby się

Igen, jött egy gyöngyhajú lány,
Álmodtam, vagy igaz talán,
Így lett a föld, az ég
Zöld meg kék, mint rég,
Igen, jött egy gyöngyhajú lány,
Álmodtam, vagy igaz talán...

No, ale Artur nie zabrał gitary, on to tylko się odgraża, a potem są komary...

Hm, kto to podpisze... Sylwia czy Saturator?

sitemap-2sitemap-1sitemap-2sitemap-2sitemap-10sitemap-1sitemap-2sitemap-5sitemap-4sitemap-2sitemap-9sitemap-1sitemap-1sitemap-9homesitemap-2sitemap-3sitemap-6sitemap-6rsssitemap-3sitemap-5homesitemap-6homesitemap-7sitemap-7sitemap-5sitemap-4sitemap-6rsssitemap-1sitemap-10sitemap-6sitemap-7sitemap-10sitemap-2sitemap-8sitemap-7sitemap-5sitemap-9sitemap-6sitemap-7sitemap-3sitemap-6sitemap-8sitemap-5sitemap-1sitemap-9sitemap-6sitemap-6