Witajcie!

Korzystając z kilku wolnych chwil wyskoczyliśmy z kolegą na pogranicze dawnych Prus i Podlasia. Okazją było rozpoczęcie sezonu wąskotorowego w Ełku.

Samochód to dobra rzecz - ciemnozielony, dziesięcioletni Lanos mknął do Rajgrodu przez Wyszków, Ostrów Mazowiecką, Zambrów, Łomżę i Grajewo bez wielkich problemów, a Chors kładący złotawą poświatę na kłębiące się na wieczornym niebie chmury tylko dodawał uroku nocnej jeździe.

Rano przywitał nas zapowiadany przez synoptyków chłodek, co nas nie zraziło - jednakże zabłądziwszy w Ełku, spóźniliśmy się na wąskotorówkę o cały akademicki kwadrans. Nic się jednak nie stało - wróciwszy do samochodu przez nieco traumatyczny, dłuuuuuuugi, podziemny tunel łączący w Ełku stację wąskotorową z normalnotorową (miłośnikom miejskiego survivalu polecam, innym raczej odradzam - trauma murowana, a w przypadku bezpośredniego kontaktu z dresikami - "znikąd pomocy, znikąd ucieczki" ;-) ) zastanawiać zaczęliśmy się co dalej. Sprawa była jasna.

Miła pani w informacji PKS stwierdziła, że jest autobus do Sypitek (cel kolejki oddalony od Ełku o jakieś 15 kilometrów), ale godziny niestety zupełnie nie pokrywały się z naszym pilącym zapotrzebowaniem. Zatem w życie wszedł plan B, czyli gonienie składu samochodowo - pół godzinki później byliśmy w kameralnie malowniczych Sypitkach (coś a la nasza Ruda pod Tarczynem, ino z rzeczką i agroturystyką). Tam dogoniliśmy kolejkę.

Ta była niesamowita - wagony z różnych lat i mikroskopijna spalinóweczka plus tender do wożenia... kajaków (jechała ekipa na spływ). Po serii obowiązkowych fotek pokręciliśmy się wzdłuż torów wśród bagienek i kwitnącej czeremchy. Wiatr wiał solidnie (zgodnie z prognozą pogody), jednak kaptury nie zawiodły. Nie było też sensu wracania kolejką i potem wracania po samochód - przejazd szlakiem EKW mam nadzieję zaliczymy w sierpniu, tymczasem polną drogą przebiliśmy się do Kopijek. Droga była niesamowita - żwir, piach, wyboje i miejscowość Laski Małe. Miejscowość o pełnym przekroju. Co to znaczy?

Tabliczkę na wjeździe ma białą, na wyjeździe zieloną. Po minięciu tej pierwszej zaczynają się w miejsce ubitej ziemi kocie łby a w miarę zbliżania się do "sołtysa" jest na nich coraz więcej asfaltu - sytuacja analogicznie ma się do tej samej odległości od tabliczki zielonej. Potem - znów ubita ziemia... ;-)

W Kopijkach nadal wisi na stacyjce rozkład jazdy z 1994 roku - i nadal robi wrażenie "definitywny koniec torów w szczerym polu". Tu kiedyś szła granica Prusy - Carska Rosja...

Ruszyliśmy dalej i niedługo znaleźliśmy się w Grajewie. Stadion lokalnej Sparty ustępuje wdziękiem jedynie stadionowi ŁKS Łomża a minąwszy go dotarliśmy do pradawnego miejsca kultu, najpierw ani chybi Scytów a potem i Słowian, a także i Prusów zapewne. Miejsce niestety wciąż niszczeje. Młody dąb, który rósł tu jeszcze półtora roku temu padł był. Kamień wciąż leży rozłupany na dwoje... Ech, mówiąc nieładnie, żal dupę ściska.

Wróciliśmy do Rajgrodu. Tu - po staremu, jezioro szumi, na Górze Zamkowej drewniana kaplica nieco zmurszała, kultowa, stara grusza puściła pąki jakby nigdy nic, a w samym miasteczku przybyło piękne gimnazjum. Na jeziorze nieśmiało bielił się przedsezonowy, pierwszy żagielek.

Czas, czas ciągle goni nas... Środa do pracy, piątek - do pracy. Zatem i wracać trza było - zachodzące, czerwieniące się Słońce ustępowało zgodnie z odwiecznym cyklem coraz bardziej pyzatemu Księżycowi, jak zawsze rozczuliła mnie nazwa miejscowości "Kurejwa" (choć jeździłem tą trasą wiele razy ;-) ) i łyknąłem trochę CB'owego folkloru, czyli ostrzeżeń o misiakach z suszarkami ;-)

Pozdrawiam
V.Ziutek