Piękna, słoneczna pogoda; złocisto-czerwona, wielobarwna feeria kolorów liści na jesiennych drzewach; jesienne prace na polach; rozgwieżdżone niebo nad nocnym ogniskiem na wiejskim podwórzu; ciche dźwięki gitary i strofy poezji... to wszystko zdarzyło się nam w ostatni weekend października na białowieskim Podlasiu.

W sobotę czekała na nas ciepła, rozgrzana chałupa, przygotowane na kiełbaskę patyki, gałęzie do rozpałki ogniska i babciny tradycyjny rozgrzewacz. Wieczorne ognisko było więc dla nas naturalnym zwieńczeniem poetycko-jesiennej atmosfery, którą lekko nasiąknęliśmy na występie białoruskiego barda Lavona Wolskiego. To był tylko jeden z kilku atrakcji Bardouskiej Vosieni, corocznie organizowanej w Bielsku Podlaskim. To już kolejny rok zaglądamy na tą imprezę. W zeszłym roku gwiazdą był Todar, zaś w tym równie charyzmatyczny Lavon. Gitara, harmonijka, długie blond włosy i ballady z takimi hitami jak Prostyje słovy, czy Tri czerapachy. Wyszło coś jak białoruski Cobain unplugged. Białoruskie ballady i podlaskie nastroje natchnęły nas na długie, wieczorne rozmowy o... poezji.

Niedziela zasnuła nas typowo jesienną, deszczową aurą. Było ciepło, ale komu by się chciało moknąć. Całą ekipą udaliśmy się więc w gościnę do Czeremchy. Wokoło jesienny las, ogień w kominku, pyszne dania z grzybów z okolicznych lasów, a gościnni Basia z Mirkiem podsuwali coraz to nowe tematy, żeby nas w tej głuszy zatrzymać na noc. Ale co tam - nie daliśmy się.

Z jesiennymi trofeami owoców, przebijając się przez pierwszy atak zimy, przed północą byliśmy w domu.

A teraz, no cóż - nastawiamy na zimę podlaskie nalewki.
I oby do wiosny.
Piotrek