Klub Podróży JAREMA na Fejsie

Bieszczady w majowym deszczu (2008)

Bieszczady, majówka... to oznacza, że obchodzimy kolejną rocznicę powstania Jaremy!!!

To właśnie na majówkę w Góry Świętokrzyskie wyruszyliśmy po raz pierwszy jako Klub. To wtedy na Św. Krzyżu napotkaliśmy ducha Jaremy, błąkającego się po zamglonym lesie i w mrocznych zakamarkach świętokrzyskiego klasztoru. To tam utkwił w nas ten duch, co pewnie siedzi w co po niektórych do dzisiaj.

To już 19 wspólnych lat z Jaremą!

Fakt, ze z roku na rok jest nas więcej świadczy o tym, że jeszcze nam się chce i że przekazujemy naszym dzieciom to, co dla nas ważne - miłość do gór. I oby tak zostało!

Iza i Radek

++++

A Bieszczady? Czarno-białe, lekko przesuszone fotografie z domowej ciemni udowadniają, że góry się nie zmieniają. Połoniny, Rawki, Tarnica, Jasło, Okrąglik, Chryszczata, Rabe, Łopiennik, Smerek... 1985, 1986, 1987...

Za to my się zmieniamy, stale nas przybywa, nowe zdjęcia nabierają barw i dodatkowych kolorów :) Pojawia się tak zwana infrastruktura. Kiedyś namiotowe bazy i kilka drewnianych schronisk-chat, stelaże na wierzchu lub gruchy na plecach, w środku puszki z fasolką po bretońsku. Teraz kwatery, hotele, karczmy, oberże, parkingi, bilety do parku, samochody, weekendowe towarzystwo...

Za to znikła słowacka granica - czas już na ukraińską.

To dobrze, że ciągle można w Bieszczadach wejść na zagubioną drogę lub błotnistą ścieżkę; dostać słońce, chmury, wiatr, deszcz, śnieg i grad; zjeść pyszną grochówkę z wojskowej kuchni albo świeżo uwędzonego pstrąga; rozpalić ognisko w dolinie, pograć i pośpiewać; odnaleźć schron w Łopience, chałupę w Łupkowie, starą cerkiew w Radoszycach...

W trakcie naszych bieszczadzkich wędrówek, na bazie namiotowej w Łopienkce spotkaliśmy Bogdana Brachę, lidera Orkiestry Św. Mikołaja, prowadzącego bojkowskim szlakiem swoją niedużą, muzyczną grupkę. Jakież było jego zdziwienie, gdy zobaczył ekipę złożoną z kilkunastu dzieciaków (wraz z opiekunami), z entuzjazmem ześlizgujących się w deszczu, po błotnistej ścieżce w krzolach, ze zboczy Łopiennika, ku odnowionej cerkwi w dolinie Łopienki. Cóż mądrego mogliśmy odpowiedzieć na jego pytanie: Skąd wzięliście tyle dzieciaków? - Z Jaremy, haj!!! ;)

Pio

++++

Zupełnie nie rozumiem, co mają oznaczać maile mówiące o deszczu w Bieszczadach. Ja nie zauważyłam nic takiego - to fakt, czasem wilgotność powietrza nieco wzrastała, ale żeby od razu deszcz?

Pierwszego dnia naszym celem była cerkiew w Łopience. Cerkiew jest pięknie odbudowana, czynna (w niedzielę i święta o 15.00 odprawiane są msze).

Dzień drugi (2 maja) ruszyliśmy samochodami do Sanoka. Tam pogoda była już piękna. Wieczorem, przy pięknie rozgwieżdżonym niebie rozpaliliśmy ognisko i długo w noc śpiewaliśmy.

Dzień czwarty to pora powrotu do domu. Pałac w Łańcucie, zwiedzany w pięknym słońcu wyglądał przepięknie.

Dopiero popołudniowa burza zmusiła nas do schronienia się w pizzerii.

Iza i Radek

++++++

Co do deszczu: my mieliśmy blaszany dach w kwaterze. Dlatego nasze doznania były mocniejsze :)

Do Łopienki podjechaliśmy pokonując bardzo błotnistą drogę w niedzielę o 15.00. Okazało się, że Msza jest tylko w okresie letnim (a 4 maja to jeszcze nie jest okres letni)

2 maja było najpiękniejsze popołudnie i wieczór. Zwiedziliśmy wtedy Medzilaborce, ciekawe cerkwie w Radoszycach, Rzepedzi i Turzańsku, a przede wszystkim powędrowaliśmy do stacyjki kolejowej i bardzo klimatycznej chatki studenckiej w Łupkowie, gdzie czas zatrzymał się 25 lat temu a krajobraz pozostał niezmieniony. Ogniskowanie wieczorem było wspaniałe.

W sobotę 3 maja próbowaliśmy wejść na Otryt.

1) Pan Ciombor zmarł 3 lata temu, ale parking u podnóża Otrytu prowadzi pani Ciomborowa.

2) Błoto było takie, że aby tam wejść z Zosią w nosidełku, to trzeba mieć raki i kijki teleskopowe.

3) Padał deszcz ciągły (zresztą tak samo jak 1,2 i 4 maja)

Punkt 2. spowodował, że po 5 minutach ślizgania się pod parasolką, co podobało się głównie Zosi, zawróciliśmy. Wejść się nie udało.

Podjechaliśmy do Mucznego, gdzie w Wilczej Jamie spotkaliśmy człowieka od Otrytu (chyba Igor Czajka), który potwierdził, że co prawda chata jest odbudowana, ale na dzisiaj nie da się do niej dojść ze względu na błoto.

A nas ta sama burza, co Radeckich w Łańcucie, zaskoczyła w skansenie w Sanoku - siedzieliśmy w chatce kowala, a strugi deszczu zamieniły wszystkie dróżki skansenu w królestwo Joźina z Baźin.

Jeszcze jedno muzyczne spostrzeżenie - w Mucznem w karczmie Wilcza Jama spędziliśmy wspaniały wieczór 3 maja konsumując dziczyznę przy dźwiękach muzyki Czeremszyny i Dikandy. Także w karczmie w skansenie w Sanoku dominowała muzyka Czeremszyny, bardzo pasująca do skansenowej scenerii.

Dziękujemy wszystkim, a przede wszystkim Izie i Radkowi za organizację wspaniałego wyjazdu, oraz Piegatom za opiekę nad Zosią i Iwonką w okresie, gdy Jurek nie mógł :)

Na wyjeździe zawiodła jedynie pogoda - we wszystkie dni ambitny program musiał być albo skrócony, albo zmieniony na mniej ambitny. W nagrodę można było się bardziej wyspać.

Najwspanialszym miejscem, które odwiedziliśmy w ten weekend majowy było schronisko w Łupkowie: http://www.lupkow.pl/ To prawdziwy koniec świata - dolina w atmosferze Beskidu Niskiego, łąki, las, strumyk, błoto, brak dojazdu, brak prądu, brak wody, wspaniałe klimatyczne wnętrze, 5 gitar do dyspozycji. Miejsce zupełnie jak chatka na Otrycie, ale dużo łatwiej tam dojść, gdyż idzie się po płaskim i tylko około kilometra. To idealne miejsce na Jaremowe ognisko - no oprócz faktu, że to ponad 400 km od Warszawy.

Pozdrawiam,

Jurek

sitemap-8sitemap-6rsssitemap-1rsshomesitemap-9rsshomesitemap-4sitemap-3sitemap-8sitemap-7sitemap-9sitemap-10sitemap-10sitemap-8sitemap-7sitemap-2sitemap-5sitemap-4sitemap-7sitemap-3homersssitemap-10sitemap-7sitemap-5sitemap-4sitemap-10rsssitemap-10sitemap-8sitemap-6sitemap-1rsssitemap-7sitemap-2sitemap-6sitemap-1homesitemap-4sitemap-6sitemap-9sitemap-6sitemap-4sitemap-7sitemap-10sitemap-7sitemap-3sitemap-3