Festiwal rozpoczął się już w darmowym pociągu STOP Autobus szynowy STOP Upał na miejscu ale dajemy radę STOP Pierwsze gra Taruta z Kijowa STOP Kozak folkrock bez rewelacji ale spoko STOP Następnie Todar z Czeremszyną STOP Świetni są STOP Płyta jest STOP Potem Transsylvanians STOP Więcej cigane speed folku ale jest dobrze STOP Kapela ze Wsi Warszawa eksperymentalnie z jazzmanką STOP Potem afterparty z DJem. STOP Także manele STOP Kładziemy się nad ranem STOP Wracamy w sobotę bo czas goni STOP Ulewa i burza pod Frankopolem STOP Udanej zabawy w kolejne dni STOP Wielkie dzięki dla Piegatów za transport STOP

V.Ziutek.

+++

Godzina 14.33. Pod Dworzec Wschodni podjeżdżają raz za razem limuzyny z uczestnikami spotkań folkowych. Miłośnicy folku wypadają także z licznych miejskich ikarusów. Najlepsze wrażenie robią ci, co ciągną za sobą bałałajki i kontrabasy. Wszyscy zmierzają w kierunku peronu 17 gdzie na torze 47 stał pociąg elektryczny z lokomotywą PX-54, a za nim niezliczony ciąg wagonów. Przy wyjściu na peron stał Karol i zapisywał na listę Muzykanta.

Punktualnie o 14:47 wyruszyliśmy w kierunku wschodnim poprzez piękne mazowieckie krajobrazy. W rejonie Olszynki Grochowskiej tłumy mieszkańców Szmulek wiwatowały do przejeżdżającego, rozśpiewanego pociągu. Młodzież rzucała kwiaty pod koła parowozu. Potem pociąg radośnie posuwał się wśród pól pełnych dojrzewającego zboża.

Na przejeździe kolejowym w Mrozach pociąg zatrzymał się, by przepuścić konną jazdę z rycerzami z Galicji powracającymi ze zwycięskiej bitwy pod Grunwaldem, która odbyła się 17 lipca. Odśpiewaliśmy im na powitanie "Hej Sokoły". Dalej już nic nas nie zatrzymywało.

W tej chwili (godz. 17:09) widzę jak przejeżdżamy przez most nad leniwymi wodami toczonymi przez rzekę Bug. Cała Jarema (37 osób) siedzi w trzecim od końca wagonie, a gitarzyści przygrywają. Jarema Junior biega po dachu wagonu bawiąc się w berka.

Z ekscytacją czekamy na dojazd do Czeremchy, gdzie o 18.00 zacznie się koncert Todara z Czeremszyną.

Pozdrawiam,

Jurek

+++

No to się tam działo - nie ma co. Trzeba było to zobaczyć... i usłyszeć.

Trzeba dodać koniecznie, że był w tym pociągu nawet klasyczny, jaremowy pokaz slajdów z podróży do Mongolii - pociągiem rzecz jasna. Pociąg zawiózł zgłodniałych folkowców aż do Kleszczeli, na kartacze u Walentego. A potem do Czeremchy, na wiejskie podwórze przy Gminnym Ośrodku Kultury.

I tu pierwsze zaskoczenie - scena frontem do ulicy i stacji, zupełnie nie tu gdzie zawsze, nie ma dech do tańczenia, wszędzie rośnie trawka, wokół wysokie trybuny z fotelikami - zupełnie jak na jakimś stadionie. No i straszliwy upał - jak nie w Czeremsze, wszak tu zwykle pada.

Z Janim i Paulą rozstawiamy kramik z festiwalowymi gadżetami - koszulkami, torbami, płytami, ulotkami. Odtąd jesteśmy głównym punktem informacyjno-kontaktowym imprezy. Koszulki Z wiejskiego podwórza, Visegrad Wave, płyty festiwalowe, Todara i Czeremszyny schodzą jak świeże bułeczki. Całkiem znikąd pojawia się dawno nie widziany Todar (długie włosy, bejsbolówka, broda, ciemne okulary). Powitania, uściski i wrażenia dopełnia przywieziona przez Dimę aromatyczna, krymska madera.

Na scenie na zachętę przygrywają młodzi Ukraińcy z Kijowa (TaRuta), ale i tak wszyscy czekają na to, co będzie dalej. A dalej Todar z Czeremszyną w zwieńczeniu projektu "Dla puszczy i ludzi". Pierwszy raz usłyszeliśmy te pieśni w 2004, a teraz właśnie wydali z nimi płytę. I to jaką? Wiecie sami: Kuralies; A ty myła; Jurja, Woły; Wiarhinieczka... i inne rzewne motywy z ognisk Jaremy. A na okładce fragment przekroju białowieskiego konara, połączony z grafiką w kształcie białoruskiego serca.

No dobrze - pośpiewaliśmy sobie, pokiwaliśmy się z Janką, Maćkiem (będą zdjęcia) i innymi, aż doczekaliśmy się węgiersko-niemieckiej ekipy z Berlina, czyli The Transsylvanians. I tu nie było już wybacz - pył i kurz poszedł z trawnika, i tyle go było. Andras szalał ze skrzypkami, aż rzucił się centralnie w publikę (a potem na glebę), Isabel wywijała nad głową wielkim kontrabasem, a węgierskie czardasze i cygańskie tańce okrasili rockowym dynamitem i energią. Prawdziwa klasa - a nocny upał niemiłosierny.

A komu mało było jeszcze, to po północy zawitały Wsioki z Warszawy, tym razem w składzie z jazzową wokalistką. Powitali się - a jakże: Jak się macie Czeremszyna!!! Hmmm, no ale w końcu oni tu dopiero pierwszy raz - nie to co Jarema (mnie wychodzi, że już ósmy). Suma summarum zagrali ciekawie, transowo i nawet na głosy Mateusa zaśpiewali - nie tak wprawdzie, jak u nas w Grabowcu przy ognisku się śpiewa, no ale zawsze.

Środek nocy się zrobił, a na festiwalowym podwórku nikt nie zamierzał iść spać. Rozkręciły się dzikie tańce napędzane etno-rytmami przez DJa ze Składu Butelek. Skakały i rozśpiewane czeremszynianki, i przykurzeni warszawiacy z Muranowa, i Węgrzy, Niemcy i Ukraińcy (najwięcej to Oleksa z naszej Pragi).

Aż w końcu trzeba było iść gdzieś pospać. A gdzie? Oczywiście na zaprzyjaźnione wiejskie podwórze - tym razem u Romana w Czeremsze. Rano upał jak diabli, więc znowu zero spania. No chyba, że na ławeczce w cieniu, na podwórku pod lasem. I tylko Roman nie mógł się nadziwić, czemu nie chcemy jego Dębowego. Tak głęboko się zadziwił, że w końcu zadziwiony zasnął. A my co? Do sklepiku po pieczywko i kefirek, i spóźnione śniadanko.

Potem kolejne rozkładanie kramiku i wiecie co... po południu zaczęło normalnie lać. I lało tak już do samej nocy - dopiero na Czeremszynie przestało. Podobno do tego czasu największym wzięciem cieszyły się parasole z żubrem w piwnych ogródkach.

No i jeszcze ten pociąg zrobił taki numer, że odjechał do Warszawy, nie czekając na ostatnie, niedzielne bisy Dikandy. Zdrada jakaś, czy co? Ale co tam. Tak jakoś mi się zdaje, że za rok znowu pojedziemy na wiejskie podwórze do Czeremchy. No bo do Grabowca przecież, to pewnie jeszcze w tym roku, po wakacjach. W końcu nie było nocnego ogniska. Trzeba to jakoś nadrobić.

Piotrek