Cześć!
Długi weekend spędziliśmy z Michałem Półrolą w Bieszczadach.
Wyjechaliśmy w sobotę o 7 rano. Po drodze doszliśmy do wniosku, żeby nie jechać w rejon połonin, gdzie będzie dużo ludzi, ale zwiedzić mniej znaną, północno-wschodnią część Bieszczadów. Po niecałych 7 godzinach dojechaliśmy przez Radom, Rzeszów i Sanok do Soliny. Po drodze nie było większych przeszkód, jeśli nie liczyć robót drogowych w miejscowości Lutcza, gdzie staliśmy w korku.

W Solinie szybko znaleźliśmy pokój z widokiem na zaporę i wybraliśmy się ją obejrzeć. Po obu stronach budowli ustawiły się uliczki sklepików z pamiątkami i jedzeniem, a wszędzie było dużo weekendowych turystów. Widok z zapory był jak zwykle piękny - na dalekim szczycie Smereka i połoninach leżały płaty śniegu, a lasy, w których nie rozwinęły się liście, były jeszcze czerwonobrązowe. Z zapory chcieliśmy pójść ścieżką spacerową do Polańczyka. Ścieżki takie wytyczono prawie w każdej miejscowości w Bieszczadach, ale nie zawsze nadają się do spaceru. Niektóre prowadzą po błocie lub kamieniach, czasem przez potoki, a znaki są raczej dowolne - kolorowy kwadracik zastępuje maźnięcie farbą. Ścieżka, którą poszliśmy, okazała się mylna i stroma, udaliśmy się więc na wzgórza, z których rozciąga się piękny widok na sąsiednie jezioro Myczkowskie.

Następnego dnia przeszliśmy przez rezerwat przyrody (las bukowy) nad tym jeziorem, po czym w bród :-) przez potok do doliny, w której była wieś Bereźnica Niżna. Nie zostało po niej prawie nic, ale znaleźliśmy dawny cmentarz, na którym było kilka starych nagrobków i nowa kapliczka. Stamtąd znów w bród :-) przez potok poszliśmy zielonym szlakiem do Myczkowa, gdzie obok siebie stoi cerkiew i kościół z początków XX wieku (teraz są to dwa kościoły). Z Myczkowa udaliśmy się przez pola i lasy, spotykając po drodze dwie sarny, do Polańczyka. To miejscowość bardziej ruchliwa niż Solina, a jej centrum, na cyplu wychodzącym w jezioro, to typowe uzdrowisko. Do Soliny chcieliśmy pojechać autobusem, ale pojazd PKS Rzeszów odjechał na naszych oczach 4 minuty przed czasem! Poszliśmy więc łapać busa. Zatrzymał się dość szybko, ale nie był to zwykły bus, lecz koncert rockowy na kółkach i to pełen piwa. Dzięki Bogu dojechaliśmy do Soliny, a na odchodnym dostaliśmy po puszce Żubra!

Poniedziałek miał być luźniejszy, więc wybraliśmy się na rejs statkiem po jeziorze. Jednostka okazała się dość mała, gdy więc wypełniła ją wycieczka, chyba ze Śląska, nie było jak się ruszyć. Statek płynął wzdłuż zachodniego brzegu, skąd było pięknie widać Polańczyk, po czym skręcił na wschód, gdzie można było podziwiać urwiste brzegi porośnięte lasem. Po południu pojechaliśmy samochodem przez Ustrzyki Dolne i Lutowiska do Nasicznego, gdzie mieliśmy spotkać znajomych Michała. Po drodze obejrzeliśmy cerkwie w Hoszowie i Smolniku. Ta ostatnia to jedyna cerkiew bojkowska zachowana w Bieszczadach. Było tam dość dużo ludzi, a piękna cerkiew była otwarta.

Wnętrze jest dość skromne, a na cmentarzu ocalało kilka ładnych nagrobków. W Nasicznem znajomych jeszcze nie było, więc poszliśmy na zbocze, z którego był piękny widok na Połoninę Caryńską. Gdy zabraliśmy znajomych Michała, pojechaliśmy z powrotem, oglądając ładną cerkiew we wsi Żłobek i drugą w Stefkowej. Po przyjeździe do Soliny poszliśmy na piwo. Większość lokali była już zamknięta. Trafiliśmy do baru "Zielone Wzgórze", gdzie na świeżym powietrzu trwała zwariowana wczasowa impreza z muzyką z lat 70. Siedzieliśmy sobie, patrząc na towarzystwo szalejące na parkiecie. To był niezapomniany wieczór!

Wczoraj ruszyliśmy w drogę powrotną. Zatrzymaliśmy się w Sanoku, gdzie zwiedziliśmy skansen. To rozległy zadrzewiony teren w dolinie Sanu, gdzie poustawiano ludowe budynki z różnych regionów południowo-wschodniej Polski, a także stare urządzenia do wydobycia ropy. W wielu budynkach odtworzono stare wnętrza, które czasem wyglądają jak autentyczne. Robi to wielkie wrażenie! Najbardziej podobała mi się cerkiewka z Rosolina i plebania z Ropy. Wyjechaliśmy z Sanoka o 13.30 i mimo upału, bez przeszkód dojechaliśmy z przerwą na obiad do Warszawy. Korek był dopiero w Raszynie, przejechaliśmy więc przez Jaworową na ulicę Puławską. Tam też był korek, ale mniejszy. W Warszawie byliśmy o 20.15. Bardzo dziękuję Michałowi, Agnieszce i Marcinowi!

Piotr Siekaj