Klub Podróży JAREMA na Fejsie

Bułgaria (2004)

24 lipca - 7 sierpnia 2004
Ania Smentek, Ela Karpińska, Magda Jackowska

Przeczytaj również:
Tydzień w Bułgarii - Ela Karpińska - 21-27 czerwca 2004

Góry - Stara Planina - przecinające prawie na pół powierzchnię Bułgarii, dzieląc ją na część północna i południową. Stykają sie tu dwa fronty atmosferyczne dlatego pogoda często płata figle. Jak twierdzi kierownik schroniska na hyża Tyża niejaki Angel, -przez 300 dni w roku panuje tu mgła, pozostałe 65 - leje deszcz. Takich tez uroków zaznała nasza ekipa. Błądziłyśmy więc w przepastnych mgłach, walcząc z przeciwnościami natury i... niedoskonałościami przegotowania tras (gra w ciucibabkę z oznaczeniami szlaków turystycznych). Zdobyłyśmy Triglav (drugi co do wielkości szczyt Starej Planiny), zapoznając się z opustoszałymi , straszącymi budynkami - pozostałościami po Układzie Warszawskim. Od czasu do czasu mgły uchylały jednak rąbka tajemnicy i wtedy ukazywały nam się wspaniałe, bezkresne góry, chyba najbardziej przypominające w nizszych częściach nasze Bieszczady, a w wyższych - rumuńskie Fagarasze. Atutem godnym podkreślenia jest dbałość tubylców o wymęczonych, zmokłych (!) turystów. Wszędzie witają Cię ciepłą herbata i rakiją. UWAGA: po rakiji nie ma kaca. A ponieważ byłyśmy pierwszymi Polkami , które gościły w schronisku Uzana - urzadzono na naszą czejść wieczór gitarowy i imprezę taneczną. W innym bezpiecznym schronieniu - siedzibie ministerstwa spraw wewnętrznych - nauczyłyśmy się tańczyć choro-ludowy taniec Bułgarii- oczywiście najprostszy krok podstawowy. Czas jednak było ruszyć w doliny... ach... i poznać 2 cześć - urok zagubionych w czasie i przestrzeni miasteczek oraz część 3 - morze. Ale o tym w następnym odcinku.

Urok małych miasteczek
Bułgaria to kraj wielu zabytków. Jest ich mnóstwo - z czasów trackich, rzymskich, bizantyjskich, tureckich (akurat nie w tej części kraju). Najwięcej pamiątek pozostało z czasów odrodzenia bułgarskiego (przełom XVIII/XIX wieku i wiek XIX). Wtedy to budowano dużo, usiłując naprędce nadrobić 500 lat panowania tureckiego - okresu, w którym życie kulturalne ograniczało się do nielicznych klasztorów. Osobiście jestem zauroczona stylem odrodzenia bułgarskiego - domy białe lub pomalowane na intensywne kolory, z wysuniętym nad ulicę piętrem, romantyczne kamienne mostki, wąskie brukowane uliczki, małe kramiki, czerwone wypłowiałe dachy, albo kamienna dachówka. Miasteczka te to żywe skanseny, gdzie ludzie żyją w drewnianych domach z kominkiem, z werandą otoczoną pnącymi się winogronami, gdzie unosi się zapach kwiatów. Ulice są małe, kręte, wyłożone kocimi łbami, a za miejscowe MPO robi konik z osiołkiem. Niektóre z nich są pełne turystów tj. Kropiwsztica czy Triawna, niektóre mniej zapełnione, żyjące swoim życiem jak Żyrawna. Wszystkie pozostawiają ślad w pamięci, jak miejsca oglądane na fotografiach w sepii. Wszystko to fantastycznie współgra z przyrodą.
Zupełnie inny koloryt Bułgarii stanowią pomniki - to byłby doskonały temat na osobny reportaż. XIX-wieczni bohaterowie królują na cokołach z marsowymi obliczami i postawą wieszcza. Dość częste są pomniki sportowców, rzemieślników, większość tchnie duchem socrealizmu. Bułgarzy bardzo szanują Rosjan, pamiętają ich poświęcenie w walce o wyzwolenie Bułgarii spod panowania tureckiego. Na dowód wdzięczności postawili im kilkadziesiąt (a może kilkaset?) pomników. Jakoś mniej pamiętają im rok 1944...
Bułgarzy powoli odnawiają te swoje perełki. Zostało im jeszcze sporo do zrobienia... Muszą też nauczyć się eksponować to, co ciekawe. Ich muzea często są kiepsko zorganizowane, a opisy przeważnie wyłącznie po bułgarsku. Mocno zdeterminowany turysta z Polski może pokusi się jeszcze i spróbuje coś przeczytać, ale inni? Jest to o tyle zniechęcające, że turysta zagraniczny zapłacił za bilet znacznie więcej niż Bułgar. Zdarzają się wyjątki, w niektórych miejscach postarano się o opisy w jednym z zachodnioeuropejskich języków (najczęściej w angielskim), ale jakość tłumaczenia pozostawia wiele do życzenia. Czasem zadziwia, ze ktoś wykuł w kamieniu długi opis najeżony błędami ortograficznymi...
Nie należy się za bardzo przywiązywać do godzin otwarcia muzeów. Można mieć pewność, że zamknięte będą o godzinie wskazanej w informacji na drzwiach, ale nie ma pewności, czy w ciągu dnia będą otwarte. Dość chętnie pobierane są opłaty przy wejściu do cerkwi, nawet jeśli trwa w niej akurat remont i nie da się nic obejrzeć. Ale jeśli przypadkiem traficie do jakiejś zapomnianej świątyni, nie wahajcie się wejść. Można trafić na przepiękne ikony, rzeźbione ikonostasy i takie zadziwiające przedmioty jak piec typu "koza", kanapa, czajnik... sacrum dość swobodnie miesza się tu z profanum....

Jedzenie

Niezbyt wysublimowane i może dlatego tak bardzo nam smakowało. Wszędzie dostaniecie różne sałatki:

  1. szopską - pomidor, ogórek, cebula, słodka papryka, słony ser biały (syrenie), olej, ocet winny, ciemne oliwki i pietruszka do ozdoby;
  2. owczarską - pomidor, ogórek, cebula, słodka papryka, jajko ugotowane na twardo, słony ser biały (syrenie), olej, ocet winny, ciemne oliwki i pietruszka do ozdoby;
  3. sielską - pomidor, ogórek, cebula, słodka papryka, jajko ugotowane na twardo, szynka, słony ser biały (syrenie), olej, ocet winny, ciemne oliwki i pietruszka do ozdoby;
  4. kaczańską - pomidor, ogórek, cebula, słodka papryka, jajko ugotowane na twardo, (chyba szynka), słony żółty ser (kaszkawał), sos jogurtowy, ciemne oliwki i pietruszka do ozdoby.

Przebojem na upalne lato jest też tarator - chłodnik, na bazie zsiadłego mleka (ogórki, sałata, orzechy włoskie, koperek, czosnek) - pyszota!
Polecamy też musakę - zapiekankę z ziemniaków i mięsa, zalewanych olejem i jajkami.
Mięsa w postaci kebabcze, kjufte oraz zakręcane wkoło kiełbaski - wszystko grillowane. Tutaj trzeba uważać - zdarzają się smaczne, ale można tez trafić na felerne.
Nie polecamy grillowanego mięsa, które Bułgarzy przyrządzają w specyficzny sposób. Niezależnie ile czasu jest nad ogniem wciąż sprawia wrażenie niedosmażonego, czego nie tolerowały nasze polskie żołądki.
Popularna jest też czorba - gęsta zupa warzywna, najczęściej z dodatkiem mięsa.
Gorąco polecamy kaszkawał jako przegryzkę do alkoholu, zaś dodany do sałatki dodaje jej niepowtarzalnego charakteru.
Popularnym sosem do frytek i mięs jest letunica. Przypomina nieco ketchup, ale jest zdecydowanie lepszy, czuć w nim smak warzyw.
Powszechnie jada się też grillowaną słodką paprykę, która jednak nie podbiła naszych podniebień.
Za to zamiast drożdżówki trzeba choć raz skusić się na banicę - bułkę z ciasta francuskiego mocno nasączonego tłuszczem, przekładanego białym serem, szpinakiem, porami lub dynią.

Z trunków lżejszych bardzo przypadło nam do gustu piwo Szumeńskie i Zagorka. Podobno ceniona jest Kamienica, my ją oceniamy nieco gorzej. Za to Bojarka to kompletny sikacz, ale niektóre niewiasty gustują również i w tej cieczy. Rakiji nie sposób opisać. Wiadomo, że robi się ją z różnych owoców - od winogron, przez morele, po brzoskwinie i śliwki. Nam zasmakowała Pomorijska produkowana z winogron. Ten popularny alkohol wyrabiany jest w każdym domu, wiec idąc z wizytą nie należy przynosić kupnej rakiji, bo gospodarze na pewno się skrzywią, a może nawet poczują się urażeni.

Komunikacja międzyludzka

O ile to możliwe, nie należy używać zachodnioeuropejskich języków. Już lepiej poćwiczyć rosyjski, język ciała, albo mówić po prostu po polsku. Unikajmy jedynie słowa "kurcze" i jemu pochodnych, bo to bułgarskie ciężkie przekleństwo. Starsze pokolenie całkiem sprawnie posługuje się językiem "wyzwolicieli", młodsze - z nielicznymi wyjątkami - jeszcze nie za bardzo radzi sobie z innymi językami. Dość często mają niezłe pojęcie o swojej wiedzy, ale kiedy przychodzi do odpowiedzi na proste pytanie zapada kłopotliwa cisza.....

Transport

Chyba najlepiej korzystać z autobusów. Są schludne, sieć połączeń jest dość dobrze zorganizowana, a ceny podobne jak pociągu. Powszechne są prywatne linie (standard, którego można pozazdrościć) zarówno autobusowe, jak i busowe. Zazwyczaj prywatna inicjatywa urzęduje na publicznych dworcach autobusowych. Ceny są nieco wyższe, ale raczej nie zrujnują Polaka przyzwyczajonego do stawek PKSu. Nie należy się martwić, jeśli wsiadając do pociągu lub autobusu miejskiego nie mamy biletu. W każdym środku komunikacji jest konduktor, który sam się do Was zgłosi z biletem (jak to możliwe, że w Bułgarii jest tak wysokie bezrobocie???).
Pociągi przeżywają kryzys. Nawet na głównych trasach jeżdżą zaledwie po 3-4 dziennie.
Rozkłady jazdy, jeśli nawet są, to raczej nie należy im wierzyć. Najlepiej złapać kogoś z kim umiemy się dogadać i przymusić, żeby zrobił dla nas wywiad w kasie. Jeśli kasjerka powie, że pociąg/autobus będzie o jakiejś godzinie, to na pewno będzie. Przy całym ich luzie, o dziwo, autobusy jeżdżą punktualnie.
A taksówki wszystkie sa żółte. Jeśli chce się z nich korzystać, trzeba przed wejściem ustalić za jaką kwotę jedziemy.

Szlaki

Nie są najlepiej oznaczone, przynajmniej w Starej Planinie. Czasem nawet lepiej, żeby ich nie było, bo wprowadzają w błąd. Miejscami pojawiają się trzy znaczki, potem przez długi czas nie ma niczego. Nazwy gór, przełęczy na trasie nie zgadzają się z tymi zaznaczonymi na mapach. Nie ma co marzyć o oznaczeniu czasu przejścia pomiędzy poszczególnymi punktami. Chaos powiększają dodatkowe szlaki, których nie ma na mapach, a które prawdopodobnie namalowali właściciele domów wczasowych.
Bardzo nam się za to podobało to, że na szlakach, często z dala od jakichkolwiek osiedli są zbudowane czeszmy - ujęcia wody. Odpada szukanie strumieni i mozolne łapanie kropelek do butelki, po prostu odkręcamy kran i mamy pyszną wodę.

Ceny

Właściwie wszystko jest tańsze niż w Polsce, pod warunkiem, że nie dacie się zrobić w konia i że nie zapłacicie haraczu jako zagraniczni turyści.
Noclegi w kwaterach prywatnych kosztują około 5 EUR (przelicznik 1 EUR=1,94 leva, w knajpie może to być nawet 1,54; 1lv=2,3 zł), najdroższy nocleg miałyśmy za 15 lv, najtańszy za 4lv, domki kempingowe za 5lv, jednak większość noclegów kosztuje 10 lv.
Jedzenie też jest tańsze - właściwie przy damskich żołądkach można w 3 osoby zjeść obiadokolację (sałatka, drugie danie, dodatkowe frytki, deser + napoje niealko) za jakieś 50-70 zł.
Zdecydowanie nad morzem ceny są wyższe niż w centrum kraju.
Przejazdy są o jakieś 10-30% tańsze niż w Polsce.
Wejścia do muzeów dla studentów są tanie (1-2 lv), dla "dorosłych" dwa razy droższe, a dla cudzoziemców nawet 6 razy droższe i nie ma znaczenia, ze jesteście z Polski.
W sklepach można kupić wszystko, jedyny kłopot jest z herbatą, której nie mają zwyczaju pić. Zamiast tego proponują różnego rodzaju ziółka.

I

Samolot czarterowany przez firmę ARUR dowiózł nas do Warny, gdzie zostałyśmy porzucone przez opiekunkę polskich wczasowiczów. Dziwnie być jedynym podróżnym na lotnisku... Po próbie umiejętności nie dogadania się z portierem w żadnym cywilizowanym języku, udało nam się jakoś (nawet dość sprawnie) dojechać do dworca autobusowego, gdzie chciałyśmy złapać połączenie do Wielkiego Tyrnowa.

Na dworcu autobusowym w Warnie powitał nas pucybut oraz zmęczony upałem i obojętny na podróżnych beżowy kundel. Dworzec jest miejscem gdzie kilkunastu przewoźników ma swoje punkty sprzedaży biletów. Panie w kantorkach, jeśli nie mają interesujących nas biletów, całkiem chętnie odsyłają do konkurencji.

Po 3 godzinach podroży w luksusowym autokarze z telewizorem (ambitny amerykański film psychologizujący, idealny na wakacje - z bułgarskim dubbingiem) dotarłyśmy do Wielkiego Tyrnowa. Miasto jest bardzo malowniczo położone w przełomie rzeki Jantry. Tysiące maleńkich domów z czerwonymi dachami zawisło na urwiskach w sennej, południowej atmosferze. Pomiędzy nimi wąskie uliczki, schodki, tunele... Historia Wielkiego Tyrnowa sięga I połowy III tysiąclecia p.n.e. Od X wieku wzgórze Carevec jest już gęsto zaludnione przez Słowian i Protobułgarów, a w XII wieku ma rangę dużego, umocnionego miasta i ważnego ośrodka handlu. W 1185 r. staje się stolicą odrodzonego państwa bułgarskiego. Z tego też okresu pochodzą najciekawsze cerkwie. Rozwój miasta, jak wielu innych miast Bułgarii, został zahamowany przez najazd turecki pod koniec XIV wieku. Od tego czasu do końca XIX wieku (powstanie kwietniowe w 1876 r.) miasto podupada. Dopiero po uzyskaniu niepodległości Wielkie Tyrnowo znów zaczyna kwitnąć. To właśnie tu przyjęta została nowoczesna konstytucja bułgarska, tu wreszcie w 1908 r. zostaje ogłoszona pełna niepodległość Bułgarii. Czy można było nie odwiedzić takiego miejsca?

Zwiedzanie zaczęłyśmy od wzgórza Carevec, na którym zachowały się fragmenty średniowiecznej twierdzy. Na szczycie wzgórza odbudowano cerkiew patriarszą dla uczczenia 1300-lecia istnienia państwa bułgarskiego. W kaplicy znajdują się szokujące abstrakcyjne freski. Chciałyśmy tez zwiedzić średniowieczne cerkwie u podnóża Carevca, jednak wszystkie były zamknięte lub w remoncie (w końcu kto by chciał odwiedzać muzea w środku sezonu wakacyjnego?) Poszukując cerkwi św. Czterdziestu Męczenników natknęłyśmy się na swobodnie leżące, można powiedzieć wietrzące się po czujnym okiem ciecia z gazetą, szkielety ludzkie.... Trochę nas to zdziwiło, ale uznałyśmy, ze najwyraźniej nie przywykłyśmy jeszcze do tutejszych zwyczajów, do bułgarskiego luzu, chaosu i wiecznej prowizorki. Później wyjaśniono nam, że trafiłyśmy na wykopaliska - odkryto szczątki rodzin carskich z XII-XIII wieku, wyniki badań nie zostały jeszcze ogłoszone...

Jeśli w Polsce na każdej wolnej powierzchni spotykamy reklamy i drobne ogłoszenia, w Bułgarii wszędzie spotyka się kartki ze wspomnieniem zmarłego członka rodziny. Na każdym przystanku autobusowym, na każdych drzwiach, niezależne czy dom jest stary czy supernowoczesny, wszędzie spotyka się kartki z informacją, że "już 40 dni, 5 lat i 3 miesiące temu odszedł od nas nasz ukochany dziadek/ojciec/syn... z tej okazji dnia... odbędzie się nabożeństwo za jego duszę". Ogłoszenia takie zawsze są opatrzone zdjęciem (np. młody człowiek na motorze, uśmiechnięta kobieta w średnim wieku), czasem wierszem...

Tego dnia w miejscowej pizzerii odkryłyśmy rarytasy kuchni bułgarskiej - sałatkę karakaczańską i szopską oraz pyszne przypiekane ziemniaki zapiekane z syrenie (słonym białym serem typu feta).

II

W niedzielę rano udałyśmy się na Mszę. W cerkwi niewiele osób, młodych jak na lekarstwo, choć trzeba przyznać, że ci jeśli już są, to starają się być bardziej ortodoksyjni niż starsi (kobiety maja przykryte włosy). Przez całą Msze panował rozgardiasz. Wciąż ktoś przychodził, wychodził, kupował świece, zapal je przed ikonami. Trudno było się zorientować czy Msza już trwa czy dopiero się zacznie.

Kolejnym etapem był Drjanowski Monastyr i jaskinia Bacho Kiro.
Klasztor nie zrobił na nas dużego wrażenia. Jest wprawdzie pięknie położony i dość ładnie odrestaurowany (w środku nadal trwają prace), ale więcej w nim atmosfery kurortu niż prawdziwego ducha klasztornego. Wszędzie mnóstwo turystów (a nie pielgrzymów), straganów z pocztówkami wątpliwej jakości, koronkami, kilimami oraz wszelka możliwą tandetą. W okolicy można też odwiedzić dość ciekawą jaskinię Bacho Kiro (nazwa oczywiście od jednego z bohaterów powstania kwietniowego), w której odnaleziono najstarsze na ziemiach bułgarskich szczątki człowieka neandertalskiego.

Wieczorem dotarłyśmy do Trjawny. Po znalezieniu noclegu (zupełnym fartem trafiłyśmy akurat na właścicielkę biura turystycznego) udałyśmy się na wieczorny rekonesans miasteczka. Pierwsze wrażenie wokół dworca trochę ostudziło nasz zapał, jednak im bliżej centrum tym coraz bardziej wciągała nas atmosfera tego miejsca. Stare centrum miasta jest bardzo zadbane, zostało nawet uznane za rezerwat architektoniczny. Urocze są wąskie uliczki, domy z okresu bułgarskiego odrodzenia narodowego (II połowa XIX wieku), w których drewniane pierwsze piętro wystaje nad ulice. Dachy pokryte nie dachówką, a płaskimi kamieniami. I te romantyczne, sympatyczne restauracyjki, w których można zjeść musakę (zapiekanka z mięsa mielonego i ziemniaków) i naleśniki z owocami i usłyszeć od kelnerki, że była w Polsce i bardzo jej się u nas podobało...

III

W Trjawnie chciałyśmy przede wszystkim zobaczyć muzeum ikon. W XVIII-XIX w. w mieście działała najstarsza bułgarska odrodzeniowa szkoła artystyczna (zwana triawneńską). Budynek jest nieco oddalony od miasta, trzeba się do niego wspiąć przez las. Kiedy już w upale pokona się dystans, można się zachwycić panoramą miasta. Muzeum prezentuje bardzo bogaty i ciekawy zbiór ikon. Większość eksponatów pochodzi z XIX wieku, naprawdę warto je obejrzeć. Mimo pełni sezonu byłyśmy prawie jedynymi turystkami, a opiekun muzeum zdecydowanie powinien przejść kurs marketingu. Nie chciał nam niczego opowiedzieć, za to wręczył nam dość niezdarnie przetłumaczony na polski opis eksponatów i dopiero kiedy postanowiłyśmy kupić kilka pocztówek z ikonami ożywił się nieco i ubił z nami interes... dając nam w cenie pocztówek również książkę o historii Bułgarii.

Po spożyciu arbuza (wreszcie spełniło się nasze marzenie) udałyśmy się kręta drogą przez Gabrowo do skansenu w Etarze. Zgromadzono w nim domy z różnych części kraju, znów w stylu odrodzenia bułgarskiego (w czasach tureckiego panowania rozsypały się zabytki z okresu I i II państwa bułgarskiego, sami Turcy niewiele budowali, a to co zbudowali, zostało zniszczone pod koniec XIX wieku, przynajmniej w tej części kraju). Na niewielkim terenie powstało cale miasteczko z ulicą rzemieślników. Można tam podpatrzeć pracę zografa (malarza ikon), złotnika, szewca, cukiernika. Prawdziwy raj dla dużych i małych. Można też nabyć pamiątki (niezbyt tanie) - ikony, biżuterie, kilimy itp.

Po przetestowaniu kolejnej knajpy (szanując zakaz na drzwiach nie wnosiłyśmy broni palnej) i nieco innego zestawu sałatek (różnią się jednym, góra dwoma składnikami) i piwa (Szumeńskie - to nam smakowało) udałyśmy się, wreszcie jak prawdziwi turyści, piechotą do Sokolskiego Monastyru oddalonego o jakieś 5 km.

Po wizycie w zachwalanym przez wszystkie przewodniki klasztorze Drjanowskim nie spodziewałyśmy się niczego szczególnego. I tu zostałyśmy pozytywnie zaskoczone. XIX wieczna cerkiew Zaśnięcia Bogurodzicy położona jest na wzgórzu, na występie skalnym u stop pionowej skały. Widoki jakie się stamtąd rozpościerają ukoją znużonego wędrowca. W klasztorze można przenocować i tak też zrobiłyśmy. Schludny pokoik, drewniane drzwi jak do celi mnicha, cisza i spokój, widoki z wewnętrznej galeryjki na ogród tonący w różach... i rakija wprowadziły nas w refleksyjny nastrój... Kontemplowałyśmy mgły w dolinach, zachód słońca, a potem rozgwieżdżone niebo, cykanie świerszczy, wszędobylskie świetliki....

IV

Niektórzy ambitni reporterzy zerwali się z łóżka, żeby zrobić kilka zdjęć w promieniach wschodzącego słońca. Trud jednak poszedł na marne, ponieważ światło nie nadawało się do zdjęć. Ale i tak widok zaspanej jeszcze maleńkiej cerkwi pokrytej z zewnątrz freskami i obrośniętej bluszczem jest wart takiego poświęcenia. I tutaj trwa remont, większość fresków wewnątrz kościoła wciąż jeszcze pokrywa gruba warstwa sadzy ze świec. Wokół cerkwi można się zagubić w licznych małych jaskinkach.

Tego dnia po śniadaniu w przepięknej scenerii postanowiłyśmy wyruszyć na ścieżki Starej Płaniny. Dość dobrze oznaczonym szlakiem (na mapie była zaznaczona jedyne droga, szlaku miało tam nie być) przez las bukowy dotarłyśmy do szosy, która wspina się serpentyną na przełęcz Sipka (1326 m n.p.m ). Jeszcze jakieś 3 km przed przełęcza zaległyśmy w barze, w którym - w towarzystwie ogromnego plastikowego dinozaura - posiliłyśmy się zdradzieckimi "kebabcze" i oczywiście szopską sałatką. Z knajpki rozciągał się piękny widok na przełęcz Sipka, na której zbudowano ogromny pomnik upamiętniający zaciekłe walki, jakie toczyły się tu w 1877 roku między Turkami i Rosjanami. Cała okolica usiana jest pamiątkami tamtych wydarzeń - działami, okopami, grobami żołnierzy. Do samego pomnika wchodzi się po 1509 schodach. Zrezygnowałyśmy z tej niewątpliwej atrakcji i jeszcze przed przełęczą skręciłyśmy na zachód na czerwony szlak E8, który biegnie wzdłuż głównego grzbietu Bałkanu. Nadzieje na to, ze europejski szlak będzie dobrze oznaczony okazały sie nader złudne. Owszem, co jakiś czas pojawia się tabliczka, ze to właśnie ten szlak, gorzej ze znaczkami na drzewach czy kamieniach. Nie ma co marzyć o tym, żeby podano jakiekolwiek czasy przejścia. No i lepiej nie liczyć na to, że góry, przełęcze lub inne znaczące obiekty geograficzne na mapie będą miały takie same nazwy jak w terenie...

W tej części Stara Płanina bardzo przypomina nasze Bieszczady. W niższych partiach lesista, wyżej połoninna, tyle że wszystko jest tu jakby bujniejsze. Trawy sa dwa razy wyższe, kwiaty bardziej kolorowe, a zwykłe żuki gnojaki jakby lepiej odżywione... Na grzbietach panuje cisza i unosi sie upajająca woń ziół. Podobno z zestawu takich ziół powstaje aromatyczna mieszanka zastępująca Bułgarom... Viagrę.

Rozkoszując się górską atmosferą po kilku godzinach dotarłyśmy do pierwszego schroniska UZANA. Budynek przypominający niektóre z naszych schronisk - zbudowany w 1937 r. i prezentujący ówczesny standard. Łazienka w piwnicy, kibelek w stylu tureckim (bez muszli), prysznic wprost na podłogę, i oczywiście do bólu otrzeźwiająca zimna woda. Za to są inne atrakcje. Czy w Polsce witano was kiedyś w schronisku z otwartymi rękami? W Bułgarii to się naprawdę zdarza. Gospodarz wyszedł nam na spotkanie, zarzucił nas ulotkami na temat schroniska i okolic, kazał nam dać coś do jedzenia i zaczął przekonywać, że nie ma sensu, żebyśmy szły dalej. W tym miejscu znajduje się bowiem wiele miejsc godnych odwiedzenia: geograficzny środek Bułgarii, knajpa, w której kelnerem jest syn gospodarza. Obiecał, że następnego dnia zawiezie nas samochodem do kolejnej bazy, bo trasa między tymi domami nie jest zbyt ciekawa i nie warto taki kawał dźwigać plecaka. I dałyśmy się skusić...

Kirył zawiózł nas do knajpy, gdzie obsługiwane przez jego młodszego syna w towarzystwie starszego, poznawałyśmy smak lokalnej rakiji i romantyczną historię życia naszego gospodarza. W strugach deszczu odwiedziłyśmy geograficzne centrum Bułgarii, a na koniec zostałyśmy zaproszone na zorganizowaną naprędce imprezkę z okazji naszego przyjścia... No to zaczynają się tarapaty...

Po dłuższych kombinacjach, załatwianiu wielu niecierpiących zwłoki spraw (możecie sobie wyobrazić, że jest ich multum w środku gór, gdzie nawet nie sięga zasięg Ery) ostatecznie uznałyśmy, że jednak wypada się pojawić choć na chwilę. Udało nam się ominąć tańce (była tam tylko jedna pani i kilku robotników budujących dom w sąsiedztwie) i trafić na cześć refleksyjno-artystyczną, kiedy to panowie lekko już podpici - acz nadal bardzo kulturalni - oddali się "ogniskowym" śpiewom. My też musiałyśmy zaprezentować polską piosenkę. Z braku lepszego pomysłu odśpiewałyśmy trójgłosem "Sokoły", bełkocząc lekko w miejscu, gdzie pojawia się "Ukraina".... Wieczór upłynął w atmosferze przyjaźni polsko-bułgarskiej.

V

Mocno zdeterminowane, nie zrażone silną burza, która w nocy przetoczyła się nad Hala Uzana, postanowiłyśmy wyruszyć dość wcześnie na szlak. Natychmiast znalazł się turysta, który chciał nam towarzyszyć. Udało nam się od niego uwolnić. Odwiezione przez Kiryła do schroniska "Partyzanckiej Pieśni" postanowiłyśmy nieopatrznie wstąpić na poranną kawę. I to był błąd. Natychmiast znalazł się młody Bułgar - drwal, który koniecznie chciał nam towarzyszyć w drodze na Mazałat. Nie udało nam się od niego uwolnić, więc przez 2 godziny musiałyśmy znosić monolog po bułgarsku, którego to wciąż jeszcze nie opanowałyśmy w stopniu umożliwiającym udział w konwersacji. Marzyłyśmy o chwili spokoju na łonie przyrody. Tymczasem weszłyśmy do parku narodowego, a pogoda zaczęła się pogarszać. Najpierw pojawiły się mgły, potem przelotny deszcz, wreszcie chmury - tak, że nie było szansy na widoki. Po przegryzce na Mazałacie (zmęczone gościnnością Bułgarów nie odważyłyśmy się wejść do środka zadowalając się towarzystwem temperamentnych kotów) ruszyłyśmy w bardziej skalistą część Starej Planiny. Trasa przypominała nieco szlaki Małej Fatry, jednak nie mamy 100% pewności, ponieważ góry przesłoniła mgła tak kompletnie, że widać było jedynie najbliższą skałkę. Niestety przy kolejnym skrzyżowaniu dróg znów rozpoczęłyśmy (z góry przegraną) grę w ciuciubabkę ze szlakiem i zaczęłyśmy mozolną wędrówkę pod górę. Dość szybko zorientowałyśmy się, że coś jest nie tak. Ostateczne potwierdzenie znalazłyśmy na szczycie góry (Triglaw 2273 m n.p.m., zaledwie o 100 m niższy od najwyższego szczytu Bałkanu - Botevu) w postaci mrocznych pozostałości budynków wojskowych, pamiątki po Układzie Warszawskim. Nie pozostało nic innego, jak zejść do miejsca, gdzie ostatnio widziałyśmy szlak i tam rozbić namiot, przed czym buntowały się nasze z lekka zziębnięte kości. W drodze rozpadało się na dobre, więc podjęłyśmy męską decyzję, że idziemy do schroniska Tyża, choćbyśmy miały paść po drodze. Do chyży Tyża planowałyśmy pierwotnie dojść tego dnia, jednak przez nasze błądzenie nie było szans dotrzeć tam przed nocą. Szczęśliwie można było wybrać trasę po drodze/szosie, a nie po szlaku i taką opcję przyjęłyśmy jako jedyną słuszną w naszych okolicznościach. Szłyśmy chyba wieki... deszcz przemoczył nam już wszystko, jak fatamorgana przez ścianę wody co jakiś czas prześwitywały słupki ze szlakiem, albo... swobodnie pasące się na drodze konie. Kiedy przestało padać u celu naszej wędrówki zobaczyłyśmy majaczące światła. Postanowiłyśmy zatrzymać się w pierwszym domu, który napotkamy, po 12 godzinach marszu warunki nie grały roli. Szczęśliwie pierwszy napotkany dom okazał się bardzo sympatyczny i gościnny, coś jakby pensjonat. W drzwiach przywitał nas miły człowiek w panterce, zaprosił do środka, gdzie można było się ogrzać przy kominku i zaserwował wewnętrzne grzanie w postaci herbaty z wkładką alko. Widząc takie przywitanie, zdecydowałyśmy się nie błądzić już dalej i pozostać w tym oto gościnnych schronieniu. Zwłaszcza, że jak sam powiedział warunki u niego lepsze i taniej. Ania kontrolnie zapytała co właściwie mieści się w tym budynku i uzyskała odpowiedz...."policja". Czy można było trafić w bezpieczniejsze miejsce?

VI

Rano niestety pogoda nie zachęcała do wyjścia. Po krótkich konsultacjach z gospodarzem udałyśmy się z nim jeepem na wywiad do schroniska. Tam opiekun chyży Tyża (Angel) zdradził nam tajemnicę Bałkanu: "Botev (najwyższy szczyt Bałkanu nazwany tak oczywiście od nazwiska rewolucjonisty i poety) przez 300 dni w roku jest we mgle, a przez 65 w deszczu....". Nie zamierzałyśmy dać za wygraną, choć dość szybko stało się dla nas jasne, że na Botev tego dnia już nie wyruszymy. Nasz gospodarz miał wiele do pogadania z Angelem, a i nam języki się rozwiązały. Postanowiłyśmy więc połazić po okolicy (upoic się nowymi obliczami mgły) , wybadać szlaki, obejrzeć okoliczne skałki i wodospad. Wieczorem do naszego domu przyjechała ekipa lekarzy, żeby przeszkolić naszego "hazjaja" w zakresie pierwszej pomocy. Zapowiadał się ciekawy wieczór... Kurs pierwszej pomocy trwał może 40 minut, za to przyjechało aż 8 osób, żeby przeszkolić jedną (edukacja wymaga poświęceń). Stoły zastawiono jak na przyjęcie generała (pewnie dlatego, że nasz gospodarz nie mógł przeboleć, że jemy takie paskudztwo jak kuskus, sugerował nawet, że pies się nie obrazi, jeśli mu to oddamy), była szopska sałatka, kaszkawał (słony żółty ser), najróżniejsze grillowane kiełbasy i inne mięsiwa oraz ryby, no i oczywiście niezliczone odmiany rakiji, którą koniecznie należy zapijać wodą (my także przeszłyśmy szkolenie - z glukozą alkohol łatwiej przenika do... robaka). Wszystko w sympatycznej atmosferze i przy dźwiękach bułgarskiego folku. Nie obyło się bez tańców. Ku naszej radości gospodarze podjęli się nauczenia nas podstawowego kroku "choro" - tańca korowodowego, który zna każdy Bułgar niezależnie od wieku. Bułgarzy taniec mają we krwi i nie potrzebują szczególnych okazji, żeby urządzić imprezę. Sympatyczne rozmowy, toasty i tańce trwały już dość długo, a na zegarze była wciąż północ - to zapobiegliwi gospodarze zatrzymali zegar, wiedząc, że chcemy się wcześniej wyrwać, bo planujemy następnego dnia ruszyć w drogę....

VII

Obudziłyśmy się bez kaca za to z mocnym postanowieniem zdobycia Botevu niezależnie od pogody. Dość wcześnie ruszyłyśmy na szlak, ale niestety niełatwo było go znaleźć. W poszukiwaniu znaczkow wylazłyśmy na przełęcz, z której przez chwilę widać było fantastyczną panoramę gór. Niestety tylko przez moment. Mgła gęstniała, zaczynało znów padać, a szlak zgubił się po raz kolejny. Ostatecznie ze smutkiem zdecydowałyśmy zrezygnować ze zdobywania szczytu i zejść w doliny w nadziei na lepszą pogodę. Góry nas nie chciały... Po trzech godzinach marszu w deszczu i błocie pojawił się wielce obiecujący skrawek błękitnego nieba i pierwsze zabudowania wioski Aprilci. Dość szybko podjechał autobus, który podwiózł nas do Orieszaka skąd było już tylko 3 km do Trojanskiego Monastyru. Tam miałyśmy nadzieję na nocleg. Hotel przyklasztorny jest, znów śpimy w magicznym miejscu z widokiem na góry i malowaną cerkiewkę...

VIII

Monastyr Trojanski jest trzecim pod względem wielkości i znaczenia klasztorem w Bułgarii. Powstał jeszcze w XV wieku, jednak obecna cerkiew i zabudowania klasztorne pochodzą z pierwszej połowy XIX wieku. Zdobiony jest przepięknymi freskami autorstwa Zacharego Zografa, zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz. Monastyr słynie z cudownej ikony św. Bogurodzicy o trzech dłoniach, którą odwiedzają liczni pielgrzymi. Warto tu zajrzeć choćby na chwilę i nie zrazić się tłumami pielgrzymów. Miejsce jest naprawdę urzekające.

Tego dnia zaplanowałyśmy zwiedzić również Trojan. Niestety wszystkie muzea były akurat zamknięte, a samo miasto tchnie duchem socrealu. Jedynie mała cerkiew pw. św. Paraskewy powyżej rynku jest warta obejrzenia, choć po Monastyrze Trojanskim nie robi już tak wielkiego wrażenia.

Nasz ambitny plan na ten dzień zakładał przedostanie się do Kopriwszticy. Trzeba było przeciąć cały łańcuch Bałkanu z północy na południe. Autobus z Trojanu wspina się serpentynami na przełęcz Trojańską drogą, która była używana jeszcze za czasów rzymskich. Jest to podobno jedna z najbardziej malowniczych tras w tych górach. Rzeczywiście, ci, którzy nie mieli choroby lokomocyjnej, podróż spędzili z nosami przyklejonymi do szyby, obserwując cudowne widoki, które ukazywały się za każdym zakrętem. Łagodne wzgórza porośnięte żółtymi trawami, gdzieniegdzie lasy, czasem skaliste urwiska... Na samej przełęczy stoi ogromny pomnik w kształcie łuku triumfalnego upamiętniający zaciekłe walki jakie toczyły się tu między ustępującą armią turecka i oddziałami rosyjskimi w 1878 roku.

Autobus dowiózł nas do niewielkiej miejscowości Kyrnare, w której zamierzałyśmy złapać pociąg w kierunku Kopriwszticy. Niestety pociągi zatrzymują się tu 4 razy dziennie, więc czekałyśmy tam kilka godzin. Mimo, że w miasteczku nie ma nic do zwiedzania (cerkiew była oczywiście zamknięta) z przyjemnością oddałyśmy się słodkiemu nieróbstwu i suszeniu wściekle jeszcze mokrych butów oraz kontemplacji odsłaniających się co jakiś czas szczytów Srednej Gory i Starej Płaniny skąpanych w promieniach zachodzącego słońca.

W pociągu złapał nas przemiły konduktor, który na każdej stacji - zaraz po sprawdzeniu biletów - wracał do nas na pogawędki. Stacja Kopriwsztica położona jest wśród lasów o kilkaset metrów wyżej niż Kyrnare (pociąg robił po drodze dwie pętle w tunelach). Od razu odczułyśmy spadek temperatury. Stacja jest oddalona od miasteczka o jakieś 10 km. Wprawdzie zorganizowano połączenia autobusowe między dworcem a centrum miasta, ale busy nie zawsze są zgrane z pociągiem. Przyszło nam czekać do 22 zanim pojawił się bus. W miasteczku nietrudno o nocleg. Zaraz znalazła się życzliwa osoba, która zaprowadziła nas do małego rodzinnego hoteliku. Warunki bardzo przyzwoite, a cena bardzo przystępna. Znów nam się udało.

IX

Kopriwsztica to miejsce szczególne. Właściwie po raz pierwszy spotkałyśmy się z taką liczbą turystów. Miasteczko jest opisywane jako perełka architektury odrodzeniowej i rzeczywiście zasługuje na to miano. Położone bardzo malowniczo w maleńkiej kotlince, otoczone zalesionymi stokami, rozwijało się bardzo dobrze dzięki handlowi i rzemiosłu. Stąd wywodziło się wielu znanych działaczy ruchu odrodzeniowego, tu również rozpoczęło się słynne powstanie kwietniowe w 1876 roku. Wielokrotnie niszczone przez Turków, ostatecznie jednak - w odróżnieniu od wielu innych miasteczek - przetrwało, zachowując swój niepowtarzalny XIX-wieczny urok. Bogaci mieszkańcy Kopriwszticy wykupili miasto składając dowódcom tureckim sowite dary.

Całe miasto jest przepiękne. Domy odremontowano i pomalowano na żywe kolory. Każde gospodarstwo to jakby osobna twierdza, otoczona kamiennym murem, oddzielona od sąsiedniej wąską brukowaną kocimi łbami uliczką. Wiele domów zamieniono na muzea prezentujące historię powstania antytureckiego. Można tam też obejrzeć mnóstwo przedmiotów XIX-wiecznego życia codziennego. O bogactwie miasta świadczą też dwie jego cerkwie. Choć jeszcze czekają na renowację, już widać, że były zdobione złotem, marmurami. W tej chwili artysta - hobbysta (jego żona studiowała w Krakowie!) zbiera fundusze na remont cerkwi św. Mikołaja. Cerkiew Zaśnięcia Bogurodzicy jest już z zewnątrz odnowiona, pomalowano ją na wściekle niebieski kolor. Obok znajduje się cmentarz, na którym pochowani są powstańcy 1876 roku. Znaleźć tam można również tajemnicze groby z czerwoną pięcioramienna gwiazdą....

Miejscowi już przyzwyczaili się do obecności turystów, wiedzą też jak na nich zarobić. Właściwie po raz pierwszy w restauracji próbowano nas naciągnąć, stosując bandycki przelicznik Euro do Leva.

Postanowiłyśmy jeszcze tego samego dnia wydostać się z Kopriwszticy. Nie jest to łatwe, ale przy odrobinie szczęścia można się złapać autobus do Pirdopu. Wprawdzie Pirdop znajduje się w kierunku przeciwnym niż zaplanowany przez nas, ale jest węzłem komunikacyjnym, więc była nadzieja na złapanie pociągu do Kazanłyku. Niestety okazało się, że trud poszedł na marne, bo ten sam pociąg zatrzymywał się też w Kopriwszticy. Nic jednak nie dzieje się bez przyczyny. Na stacji poznałyśmy przemiłego dyżurnego ruchu, który chcąc nam pomóc zadzwonił do sąsiedniego miasta, żeby sprawdzić czy przypadkiem wcześniej nie mamy autobusu. Autobusu nie było, za to tuż przy torach znajduje się atrakcja turystyczna w postaci Mamutowców Olbrzymich przywiezionych tu z Ameryki Płn w 1930 roku.

Pociąg niestety nie dojeżdżał do Kazanłyku. Ostatnia stacją było Karłowo (jakieś 55 km na zachód od Kazanłyku). Nie pozostało nam więc nic innego jak przenocować w Karłowie (którego nie zamierzałyśmy zwiedzać) i o świcie ruszyć dalej.

Znalezienie noclegu w Karłowie okazało się trudniejsze niż myślałyśmy. Przewodniki polecały nam kilka miejsc, jednak wskazanych obiektów nie znano w mieście, a jedyny hotel zdecydowanie był powyżej naszych możliwości finansowych. Z pomocą przyszła pracownica nocnego snack-baru, która skierowała nas do hoteliku rodzinnego. Niestety wszystkie pokoje były zajęte. Właścicielka zaproponowała inny, ale cena nas zniechęciła. Zamierzałyśmy już rozbić namiot na najbliższym trawniku kiedy matka właścicielki wzięła nas za rękę i poprowadziła do innego rodzinnego hotelu (wcześniej próbowałyśmy się tam dostać, ale był zamknięty) i tak długo waliła w drzwi, aż właściciel wygrzebał się z łóżka i przyjął nas za rozsądna cenę. Właściciel także znał Polskę, a dokładniej nasze kopalnie. Po raz kolejny miałyśmy szczęście.

X

Błądząc poprzedniego dnia po uliczkach Karłowa stwierdziłyśmy, ze wprawdzie centrum miasta jest nieprzyjemnie nowoczesne i hałaśliwe, jednak są też takie fragmenty, które zdecydowanie warto zobaczyć za dnia. Dlatego zerwałyśmy się świtkiem i pobiegłyśmy obejrzeć uliczki starówki. Karłowo jest rodzinnym miastem czołowego rewolucjonisty bułgarskiego Wasyla Lewskiego. Na cerkwi św. Bogurodzicy namalowano fresk (wątpliwej wartości artystycznej) przedstawiający moment przyjmowania przez Lewskiego święceń kapłańskich. Niedaleko cerkwi św. Mikołaja (pomalowanej na wściekle różowy kolor) znajduje się pomnik Lewskiego i bardzo skromny grób jego matki. W miasteczku jest także stary zrujnowany meczet.

Po porannej kawie wsiadłyśmy do autobusu w kierunku Kazanłyku. Choć przejechałyśmy całą słynna Dolinę Róż nie udało nam się zobaczyć ani jednego krzewu królowej kwiatów. Bułgaria jest jednym z głównych producentów olejku różanego (można go kupić na każdym straganie z pamiątkami), jednak zbiory róży odbywają się w czerwcu, tak więc ta atrakcja nas ominęła.

Kazanłyk jest dużym miastem położonym w samym sercu Doliny Róż. Słynie z wyrobu olejku różanego i z doskonale zachowanego grobowca trackiego z III w p.n.e, który jest unikatowym przykładem malarstwa starożytnego, wpisanym na listę UNESCO. Właśnie ten grobowiec zamierzałyśmy zobaczyć. Muzeum położone jest na wzgórzu. Samego grobowca nie da się obejrzeć, jest zamknięty w klimatyzowanym budynku. Turystom udostępniono wierną kopię. Warto go obejrzeć, choć niektórych może rozczarować jego rozmiar. Poniżej wzgórza znajduje się mini skansen, w którym prezentowane są dwa domy z XVIII/XIX wieku - w stylu wiejskim i miejskim. Domy toną w kwiatach, jest to charakterystyczne dla Bułgarii - kwiaty są wszędzie, nawet na obskurnych osiedlach z wielkiej płyty każde okno obstawione jest niezliczona ilością doniczek, kubełków, pojemników po jogurcie.

Po południu udałyśmy się pociągiem do Slivenu, z którego zamierzałyśmy wyruszyć do rezerwatu Sinite Kamyni (Błękitne Kamienie). Podróż okazała się dłuższa niż myślałyśmy- na każdej stacji pociąg stał co najmniej 10 min. Do Sliwenu dotarłyśmy już pod wieczór i zastanawiałyśmy się co zrobić z noclegiem. Bardzo jednak ciągnęło nas do przyrody, wiec po dłuższych konsultacjach z miejscową ludnością (tym razem rolę tłumacza spełniła bardzo miła nastolatka) odnalazłyśmy przystanek trolejbusu, który miał nas dowieźć do szlaku. I dowiózł, tyle że godzina była już późna, a wyciąg krzesełkowy, na który liczyłyśmy, już nie działał. Kiedy tak niepewnie stałyśmy kombinując co dalej, pojawił się człowiek, który koniecznie chciał nam pomóc z sympatii dla Polaków. Był tak natarczywy, a godzina późna, że ostatecznie zdecydowałyśmy się przystać na jego propozycję. Pobiegł do kolegi, który mieszkał w okolicy i dysponował samochodem i za przystępną kwotę zawiózł nas do schroniska oszczędzając nam tym samym 2-3 godzinnej wspinaczki. Turek (jak się okazało w czasie jazdy) nie zadowolił się dowiezieniem nas do schroniska. Kiedy okazało się, że schronisko jest zamknięte na cztery spusty, natychmiast chciał nas wieźć dalej. Zrezygnowałyśmy z dalszej pomocy, czym niewątpliwie bardzo go uraziłyśmy - nocleg znalazłyśmy w sąsiednim domu wypoczynkowym, na poddaszu w przemiłym pokoiku, w towarzystwie szczurów, które grasowały nad naszymi głowami.

XI

Z naszego okna rozpościerał się przefantastyczny widok na Sliven i górujące nad nim skałki.
Z wielką chęcią ruszyłyśmy w trasę licząc na kilka godzin samotnej wędrówki wśród świetlistych buczyn i pachnących łąk. Cóż, kiedy już na wstępie trudno było znaleźć szlak. Kluczył gdzieś między rozrzuconymi tu i tam domami wczasowymi, campingami i stacją wyciągu krzesełkowego. Oznaczenia nijak się miały do tego co było na mapie. Prosta droga zmieniła się w labirynt i dość szybko zorientowałyśmy się, że tego dnia nie dotrzemy tam gdzie planowałyśmy, czyli do Żeravnej. Szczęśliwie nasze manowce były naprawdę cudne, las piękny, stare drzewa przypominały te z Krainy Narnii, co jakiś czas spotykałyśmy niespodzianki w postaci opuszczonego obserwatorium astronomicznego (nie notowanego na mapie), starej czeszmy (ujęcia wody), przepraw przez rzeki... Pod wieczór co jakiś czas odnajdowany szlak zaczął nas prowadzić w wyraźnie innym kierunku niż powinien. Nasze, nieco już odwodnione mózgi uznały, że bezpiecznej będzie iść na przełaj we właściwym kierunku. Więc lazłyśmy pod górę wśród wysuszonych traw podziwiając krajobrazy "Beskidu Niskiego" i rozkoszując się ciszą i sielanką. Wreszcie na horyzoncie ukazały się słupy trakcji elektrycznej (logika podpowiedziała, ze ludzie muszą być gdzieś niedaleko), potem stogi siana, aż wreszcie zobaczyłyśmy człowieka (hura, ocalenie). Do Nejkowa były już dwa kroki, a stamtąd - zaopatrzone w świeżą wodę - złapałyśmy ostatni już tego dnia autobus do Żeravnej (kolejny fart!). Pół godziny później wylądowałyśmy na rynku bardzo zadbanej dużej wioski, zagubionej między łagodnymi wzgórzami... Zanim jeszcze zdołałyśmy zamknąć usta otwarte z wrażenia, złapał nas pan, który natychmiast zaoferował nocleg. Tym razem nawet nie próbowałyśmy podawać niczego w wątpliwość, poszłyśmy w ciemno. Tym razem nocleg w mini skansenie. Jadalnia na tarasie, a pokój pełen pamiątek z poprzedniej epoki.
Wieczorem udałyśmy się do lokalnej knajpki, gdzie zjadłyśmy fantastyczną kolację (tym razem Ela testowała "syrenie po szopsku") i zasnęłyśmy w błogim przeświadczeniu, że szczęście nas nie opuszcza.

XII

Żeravna to spora wieś, która w poprzednich wiekach była dużym ośrodkiem handlu i rzemiosła. Dziś życie toczy się tu powoli, pozostały jednak przepiękne domy otoczone kamiennymi murami i tradycja wyrobu kilimów. Turystów jest tu zdecydowanie mniej niż w Koprivszticy, a wioska niewątpliwie zasługuje na to, żeby ją odwiedzić. Do zwiedzenia jest kilka domów-muzeów. My obejrzałyśmy jedynie dom Jordana Jowkowa, jednego z klasyków literatury bułgarskiej, który tworzył w kilku językach, a jego dzieła były tłumaczone między innymi na polski, o czym świadczy wystawiona w gablotce książka.

Warto też wstąpić do cerkwi św. Mikołaja, ze zdobionym w stylu wiejskim ikonostasem. Można tam także podziwiać kolekcję ikon z XVII-XIX wieków oraz bardzo ciekawe płyty nagrobne.

Kiedy już nasyciłyśmy nasze oczy widokiem czerwonych dachów, malw, bujnych ogrodów i wszechobecnych mirabelek, znalazłyśmy podwózkę do Kotela (centrum wyrobu kilimów, również warte obejrzenia, jednak ma charakter bardziej miejski), z którego miałyśmy nadzieję znaleźć połączenia w kierunku morza. Autobus znalazł się nadspodziewanie szybko, w Omurtagu ledwie zdążyłyśmy uzupełnić zapasy owoców i już jechałyśmy luksusowym autobusem do Warny. Z żalem minęłyśmy Szumen, któremu należałoby poświęcić kolejny dzień i po 3 godzinach jazdy znalazłyśmy się ponownie na dworcu w Warnie, tym razem znacznie bardziej doświadczone i pełne wrażeń. Zanim jeszcze zdążyłyśmy zrobić wywiad na temat autobusów na północ, już podjechał bus, który właśnie udawał się w stronę Kavarny, czyli dokładnie tam gdzie chciałyśmy. Szybko dogadałyśmy się co do ceny (po raz pierwszy jechałyśmy bez biletów) i ruszyłyśmy na spotkanie z dzikim morzem.

Celem tego dnia była mała wioska oddalona od Warny o jakieś 65 km. Udało się minąć kurorty w Złotych Piaskach, Albenie i Bałcziku, gdzie "klimat" odbiegał nieco od naszego wymarzonego i z ulgą dojechałyśmy do Kavarny - ostatniego w miarę dużego miasteczka przed granicą z Rumunią. Tu niestety na chwilę opuściło nas szczęście - ostatni autobus do Kamjan Brjag odjechał już jakiś czas temu. Skuszone propozycją z przewodnika zaczęłyśmy szukać taksówki (ostatecznie to tylko 12 km, więc chyba nas nie zrujnuje?). Wydobywając z odmętów pamięci wszystkie znane nam słówka rosyjskie próbowałyśmy wypytać taksówkarza o cenę, kiedy ten - czystą polszczyzną zapytał "czemu mówicie po rosyjsku skoro jesteście Polkami?" I dogadaliśmy się, że nas zawiezie na kemping po cenie bułgarskiej - z sentymentu dla Polaków. Nasz kierowca był na tyle miły, że wszystko załatwił na miejscu, a potem zapytał nieśmiało, czy może nas odwiedzić następnego dnia... Jeszcze tego wieczoru (po rozlokowaniu się domkach kempingowych, standard "all exclusive") jedząc popularne rybki "safrid" poznałyśmy historię jego miłości do Grażyny, licznych wyjazdów do Polski. Początkowo, przez kilka miesięcy pracował w różnych fabrykach jako inżynier, ostatnio handlował na stadionie X-lecia. Choć Polskę wspomina raczej dobrze, był w nim pewien żal do naszych władz, które nie pozwoliły mu prowadzić legalnej działalności.

XIII

Ten dzień miał być poświęcony leżeniu bykiem i rozkoszowaniu się szumem fal.
Kamjen Brjag to bardzo cicha, "zapadła" wioska, do której przyjeżdżają jedynie studenci, hipisi i wielbiciele wspinaczki po klifach. Skomercjalizowana turystyka nie ma tutaj szansy rozwoju, ponieważ na wybrzeżu nie ma ani grama piasku. Na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów ciągną się bajecznie kolorowe klify, z których tylko w nielicznych miejscach i z narażeniem życia można zejść do wody. Woda ma kolor turkusowy. Ciche zatoczki są rajem dla nurków i rybaków.

Po spacerze zapragnęłyśmy chwili odpoczynku. Udało nam się znaleźć przyjemną półkę nieco bliżej wody. Odważna Ania i Ela dotarły do wody, żeby schłodzić swoje pokiereszowane suchymi trawami kończyny i poobserwować zwierzaki, które wygrzewały się w płytkich zatoczkach. Byłyśmy trochę złe, że na tym bezludnym wybrzeżu co chwila ktoś nam zakłócał spokój. Kiedy po kilku godzinach wylegiwania się wśród aromatycznych traw oblepionych ślimakami, uznałyśmy, że pora ruszyć na kolejny spacer nagle zorientowałyśmy się, że byłyśmy tuż obok rezerwatu Jajłata! i stąd te pielgrzymki.

Jest to wydłużony, nieco niższy wapienny klif, którego pionowa ściana podziurawiona jest ponad 100 jaskiniami naturalnymi lub stworzonymi przez człowieka. Miejsce to zamieszkane było już przez starożytnych Greków, dziś zostały po nich nagrobki i skalny kościół. Na tej samej półce skalnej znajdują się pozostałości rzymskiego fortu, mocno obrośnięte bluszczem. Niewielu turystów dociera aż tutaj, właściwie sami pasjonaci. Nam udało się trafić na takiego młodego człowieka, który sam zaproponował, że pokaże nam coś ciekawego. I oprowadził nas po wszystkich zakamarkach - trackich jaskiniach, kaplicy z początków ery - miejscach, do których same nigdy byśmy nie dotarły.

Dzień pełen wrażeń zakończyłyśmy w tej samej knajpce co poprzednio, tyle, że teraz - bez protekcji naszego taksówkarza - obsługa w nieznośny sposób nas ignorowała.

XIV

O świcie udałyśmy się na przystanek autobusowy, żeby wrócić do Kavarny. Tam zamierzałyśmy zostawić plecaki u znajomego znajomego Eli, do którego miałyśmy się w razie potrzeby zgłosić.

Zamiast autobusu przyjechał bus i zabrał tylko kilka z kilkunastu osób, w tym - nie wiedzieć czemu - nas. Krolio ściągnięty z pracy objechał z nami pół miasta w poszukiwaniu noclegu, który wreszcie znalazł u Anastazji. Pani Anastazja przelotem była właśnie w Bułgarii, bo od kilku lat mieszka w Niemczech. Bardzo dobrze mówiła po polsku, nauczyła się w szkole hotelarskiej 20 lat temu, potem pracując w hotelu zajmowała się oprowadzaniem wycieczek polskich. Niestety kilka lat temu zamknięto hotel i dwie fabryki w mieście. W tej chwili Kavarna sprawia wrażenie wymarłego miasta, pozbawionego zabytków. Jedyne co może przyciągać turystów to, oddalona o 2 km od centrum plaża miejska.

My chciałyśmy przede wszystkim zobaczyć osławiony Nos Kaliakra (przylądek Kaliakra). Wysunięty kilka km w morze cypel opada 70 metrowym urwiskiem do morza. Skały wokół mienią się kolorami od białego przez wszelkie odcienie brązu i rudości aż po różowawą czerwień. Na półwyspie obejrzeć można pozostałości fortecy, którą zbudowano w IV w. p.n.e, potem służyła Rzymianom i Bizantyjczykom, wreszcie w średniowieczu był tu klasztor derwiszów. Na samym końcu cypla postawiono maleńką kapliczkę św. Mikołaja (przeniesiona po trzęsieniu ziemi z Szabły), w obrębie murów fortecy można odwiedzić małe muzeum zorganizowane w jaskini. Przed bramą stoi ogromny pomnik upamiętniający legendarne 40 panien, które zamiast poddać się Turkom splotły włosy i razem skoczyły do morza.

Miejsce jest dość ciekawe jednak sporo tu turystów, również Polaków, których doskonale można rozpoznać po hałaśliwym zachowaniu i często stosowanych "przerywnikach".

Szczęśliwym trafem złapałyśmy stopa i wróciłyśmy do Kavarny. Ostatni wieczór zamierzałyśmy spędzić jak prawdziwi turyści - na plaży. Kavarneńska plaża jest bardzo przyjemna. Choć miejscowi twierdzą, że jest brudna, zdecydowanie nie odbiega standardem od polskich plaż, a morze tu znacznie cieplejsze i bardziej słone. Windsurfingowców jak na lekarstwo, za to wystarczy jeden miłośnik skutera, żeby popsuć odpoczynek setkom plażowiczów. Trafiłyśmy akurat na moment, kiedy miejscowi zwijali manatki. Bez problemu znalazłyśmy więc bezpańskie parasole i leżaki i łapałyśmy ostatnie promienie słońca, pluszcząc się co jakiś czas ciepłym morzu.

Wieczorem byłyśmy umówione z Krolio, który czekał na nas już od kilku dni i nawet na czas naszego przyjazdu wziął urlop. W takich okolicznościach nie wypadało nam odmówić zaproszenia, chociaż miałyśmy wielką chęć zostać na plaży, gdzie wieczorem miał się odbyć koncert jednego z bardziej znanych bułgarskich zespołów popowych.

Na wstępie popełniłyśmy nietakt ofiarowując gospodarzom kupne wino (każdy szanujący się gospodarz posiada własnego wyrobu wino i rakiję). Pozwalają one przełamać początkowo sztywną międzynarodową atmosferę. Kolejna miła imprezka, przy grillowanych kebabczach i smażonych safridach zaliczona.

XV

Mocno ubzdryngolone lokalnymi trunkami spałyśmy nieprzyzwoicie długo. Ostatniego dnia naszej wyprawy nie zaplanowałyśmy żadnych szczególnych atrakcji poza zakupieniem kilku pamiątek i spacerze po Warnie. Ponownie natknęłyśmy się na naszego taksówkarza, który poradził nam gdzie można tanio kupić "procentowe" pamiątki. Jeszcze kilka chwil rozmowy z Anastazją i już czas było zbierać się do Warny.

Niestety tego dnia pogoda zdecydowanie się popsuła. Od rana siąpił deszcz. W Warnie na dworcu autobusowym powitał nas znajomy kundel, tak samo obojętny na podróżnych, jak w dniu naszego przyjazdu. Jedynymi zmianami jakie zarejestrowałyśmy była nieobecność pucybuta i wyższa o 30% opłata za toaletę.

Postanowiłyśmy choć trochę obejrzeć miasto. W deszczu przechadzałyśmy się uliczkami wielkomiejskiej i gwarnej Warny. Udało nam się wstąpić do katedry, w której trafiłyśmy akurat na ślub. Z wielką ciekawością obserwowałyśmy ceremonie, która bardzo różni się od naszej.

Tęsknymi oczami wodziłyśmy po straganach z arbuzami, melonami, brzoskwiniami, które tutaj mają szczególny smak i których już nam zaczynało brakować. Ale czas naglił, trzeba było jechać na lotnisko...

Eeeech, chciałoby się tam zostać dłużej. Jedno jest pewne - to nasza pierwsza wizyta w Bułgarii, ale na pewno nie ostatnia. Złapałyśmy bakcyla, a robal tęsknoty już nam się dał we znaki.....

Ania Smętek, Ela Karpińska, Magda Jackowska

sitemap-1sitemap-10sitemap-5sitemap-5sitemap-6sitemap-6sitemap-2sitemap-7sitemap-2homesitemap-8sitemap-10sitemap-10rssrssrsssitemap-5rsssitemap-3homesitemap-8sitemap-8sitemap-5sitemap-6sitemap-1homesitemap-2sitemap-10sitemap-9sitemap-4sitemap-10sitemap-4sitemap-6sitemap-9sitemap-5sitemap-9rsssitemap-7rsssitemap-1sitemap-3sitemap-6sitemap-4sitemap-3sitemap-4sitemap-2sitemap-1sitemap-8sitemap-10sitemap-10sitemap-2