16 lipca 2006 - niedziela
Sziroka Łyka - Zabyrdo

Wciąż miałyśmy niedosyt prawdziwych wiosek pomackich. Dlatego po ostatnim spacerze po uroczej Szirokiej Łyce wybrałyśmy się do Zabyrda, reklamowanego przez przewodnik Bezdroży jako jedna z niewielu pozostałych jeszcze wiosek, w których mieszkają Pomacy (czyli słowiańscy muzułmanie).

Z Szirokiej Łyki do Zabyrda można dojść dwoma drogami: szlakiem zielono-żółtym lub niebieskim. Oba spotykają się w schronisku Izgrew. Nie udało nam się znaleźć we wsi zielonego szlaku, więc po krótkich konsultacjach z tubylcami wybrałyśmy drogę przez Kukuwicę. Trasa łącząca obie wioski nie jest zbyt widokowa, trzeba się wspinać mozolnie trawersem, by po 2 godzinach wyjść na polany Kukuwicy. Potem drogą przez las dochodzi się po kolejnej 1,5 godz. do schroniska (szlak najpierw niebieski, potem czerwony, dalej żóło-zielony szlak z Szirokiej Łyki). W Izgrewie po raz pierwszy spotkałyśmy turystów z plecakami. A pan za barem był przynajmniej częściowo człowiekiem gór - przyznał się, że chodził po polskich Tatrach. Druga część trasy (żółty szlak) na mapie prosta, w terenie przebiega w sposób zagadkowy. Nawet pan ze schroniska nie polecał nam tej drogi. Innej jednak do Zabyrda nie ma. Bardzo szybko przestałyśmy wierzyć znaczkom i zmuszone byłyśmy orientować się przy pomocy słońca. Nasze zejście do wsi z pewnością nie było najkrótszą drogą, za to bardzo malowniczą, z widokiem na pionową ścianę góry Kamyka, wznoszącą się nad Zabyrdem. Góra była dla nas jedynym drogowskazem. Szkoda, że mozaikę pól i łąk przyszło nam podziwiać tuż przed zmrokiem. Wrażenia estetyczne były niewątpliwie osłabiane wzrastającą z każdym krokiem ilością łajna pochodzenia różnego. Zadziwiające, zważywszy, że w okolicy nie widać było nawet niewielkiego stada owiec, krów czy świń, a z rzadka tylko pojawiały się pojedyncze konie i osły. Jedno było pewne: "shit was all around us", natomiast Zabyrdo nadal było w zasięgu słuchu. Po godzinie marszu, utytłane po kolana dotarłyśmy wreszcie do wioski. Przy pierwszej czeszmie z uporem maniaków wyskubywałyśmy niepożądaną zawartość wibramów. Cała ta operacja - jak się wkrótce okazało - była całkowicie pozbawiona sensu, ponieważ wszystkie drogi we wsi zachowywały "gówniany" standard naszej ścieżki.

Jednym z najokazalszych budynków we wsi jest hotel turystyczny. Nazwa ta jest dana nieco na wyrost. Owszem są tam pokoje z łóżkami, ale każdy, kogo pytałyśmy o nocleg wyrażał bezgraniczne zdumienie naszą gotowością spędzenia tam nocy. Problem w tym, że w Zabyrdzie nie ma kwater prywatnych. Dziwne to, bo wieś jest podobnej wielkości jak Sziroka Łyka (znakomicie przygotowana do przyjęcia turystów), a Zabyrdo dodatkowo znajduje się blisko jednej z największych atrakcji Rodopów, jaką jest rezerwat Czudnite Mostowe. Najwyraźniej mieszkańcy stawiają bardziej na hodowlę świń. Chlewy ciągną się wzdłuż rzeki przy głównej drodze. Hotel w Zabyrdzie to najpaskudniejsze miejsce jakie nam się trafiło podczas tego wyjazdu - bród, smród i wszystko co najgorsze. Już samo przejście przez bar przyprawia o dreszcze. Zasłona z dymu połączona ze smrodem z zapchanego kibla. Bar okupują wyrośnięte nastolatki. W pokoju (5 lv od osoby) czekają gościa dodatkowe atrakcje. Wystarczy zajrzeć do szafy, żeby znaleźć tam kurtkę...cudzy bagaż. Dziwne? Wcale nie - szafa zamiast pleców ma drugie drzwi otwierane z sąsiedniego pokoju! I jaka oszczędność! Nie trzeba stawiać ścianki. Tego wieczoru nie odważyłyśmy się wyjść na kolację mimo zachęt miejscowych bywalców trzech - wyłącznie męskich - barów. W nocy spotkała nas dodatkowa frajda. Tuż pod oknami zatrzymał się autobus pełen robotników, którzy niezwłocznie przystąpili do rozróby.
No cóż - nie wiemy, na czym polega kultura Pomaków. Nie wiemy nawet czy tacy mieszkają w Zabyrdzie. A dla Bezdroży minus za opisywanie niezwiedzonych miejsc.

17 lipca 2006 - poniedziałek
Czudnite Mostowe - Baczkowo

Warunki w hotelu (mimo wyjątkowo wygodnych łóżek) wygnały nas z Zabyrda dość wcześnie. Żółtym szlakiem ruszyłyśmy w kierunku schroniska Czudnite Mostowe. Ścieżka idzie pięknym trawersem pod pionowa ścianą Kamyka. Momentami lasem, czasem wśród ciepłolubnych krzewów. Po prostu rajsko. Miejscowi podróżni na osiołkach wolą korzystać ze szlaku mimo, że wygodna szosa idzie równolegle do niego. Trzeba uważać na znaczki i nie sugerować się większymi drogami. Niestety zgubiłyśmy szlak i zamiast dojść prosto do schroniska wyszłyśmy na szosę, którą trzeba było drałować jeszcze około 4 km pod górę.

Schronisko też lata świetności ma już za sobą. W okolicy porozrzucane są domki kempingowe, w połowie lipca kompletnie puste. Sam rezerwat jest dość popularny. Co chwila przyjeżdżają tu samochody z Płowdiwu, Czepełare czy Smoljanu. Parking jest tuż przy Czudnych Mostowych. Zjawiska krasowe "Czudnite Mostowe" to dwa piękne naturalne mosty, wyrzeźbione przez rzekę Dyłbokoto Dere w jasnoszarych marmurach. Jeden z nich ma prawie 100 m długości i rozciąga się nad 45 metrową przepaścią. Łuk jest bardzo regularny. Obok znajdują się dwa mniejsze "oczka". Drugi most ma 60 m wysokości i kształt ucha igielnego. W okolicy znajduje się jaskinia Ledenata Pesztera, gdzie lód utrzymuje się do późnego lata. Za mostem woda znika w ponorze i wypływa znów 1,5 km dalej. Okolica jest rzeczywiście jedyna w swoim rodzaju i po prostu "Czudna". Kierownik schroniska jest świetnym kucharzem. Nakarmił nas pyszną sałatką i zupą fasolową - palce lizać. Co chwila namawiał na nocleg kusząc gulaszem z cukini, który właśnie szykował na kolację dla... robotników. Oparłyśmy się pokusie robotników i ruszyłyśmy dalej... asfaltem (innej możliwości niestety nie ma) w kierunku szosy łączącej Smoljan z Asenowgradem. Dość szybko zatrzymali się mili młodzi ludzie, którzy podwieźli nas aż do głównej szosy. Tam złapałyśmy autobus w stronę Baczkowa (na tej trasie jest dużo autobusów) i już wczesnym wieczorem wylądowałyśmy u stóp Baczkowskiego Monastyru.

Przy samym przystanku można podziwiać ciekawą restaurację. Stoliki sąsiadują ze spadającym z kilkudziesięciu metrów wodospadem. Do klasztoru prowadzić 200 metrowy deptak, cały oblepiony straganami z tandetą różnej maści - od ikon i wyrobów ikonopodobnych, przez miody, zioła, słodycze, bary z hot-dogami, stoiska z zabawkami, balonikami na drucikach i konikami bujanymi, aż po budki z efektownie rozwieszoną bielizną damską. Taki całoroczny odpust. I znów tajemnica - jak z tej działalności da się wyżyć skoro liczba straganów 10-krotnie przewyższa liczbę turystów, a tylko nieliczni decydują się coś kupić?

Nocleg można znaleźć w Baczkowie. My wybrałyśmy skromną celę w klasztorze (10 lv/os za pokój bez łazienki) z widokiem na cerkiew. Tu w odróżnieniu od Zabyrda noc była spokojna i bezpieczna tym bardziej, że naprzeciwko naszego pokoju dyżurował policjant. Jego zadania są nam bliżej nieznane, oprócz obowiązku pilnowania, by turyści nie robili zdjęć. Zakaz ten jest nagminnie łamany.

18 lipca 2006 - wtorek
Monastyr Baczkowski - Twierdza Asena - Asenowgrad

Monastyr Baczkowski zdecydowanie odizolował się od handlowej alei, która do niego prowadzi. Otoczony wysokimi murami jest pełen ciszy i powagi. Jest to drugi co do wielkości i ważności klasztor bułgarski (po Rilskim). Założony w XI wieku przez Gruzina, początkowo przeznaczony był wyłącznie dla mnichów gruzińskich. Stopniowo jednak otwierał się na mnichów bułgarskich, którzy wreszcie zaczęli dominować. Klasztor słynie z cudownego obrazu Matki Boskiej z dzieciątkiem Jezus przeniesionego w 1310 r. z jednego z gruzińskich monasterów. Kopię obrazu podarowano Janowi Pawłowi II podczas jego pielgrzymki do Bułgarii w 2002 r. Niestety klasztor został zniszczony przez Turków w XV i XVI wieku. Z pierwotnych zabudowań ocalała tylko XI-wieczna cerkiew-ossuarium św.św. Archaniołów. Dziś znajduje się poza murami klasztornymi. Ossuarium można zwiedzać tylko z przewodnikiem, który za tę usługę życzy sobie dość słono - 30 lv od grupy 5-osobowej. Wewnątrz zachowały się niezwykłe freski malowane przez artystę gruzińskiego. Sam klasztor składa się z dwóch dziedzińców. Na głównym stoi cerkiew św. Bogurodzicy, otoczona przyjemnym ogródkiem ze słonecznikami i wałęsającą się, zagubioną nieco, owieczką. Wnętrze cerkwi wypełnione jest modlitwą i śpiewem mnichów. ściany pokrywają XVII -wieczne freski przyczernione tłustym dymem ze świec. Do głównej cerkwi przylepiona jest mniejsza kapliczka św. Michała Archanioła, do której trzeba się wdrapać po schodkach. Nie jest jednak udostępniona do zwiedzania. Podcienie pokryte są freskami autorstwa Zacharego Zografa, najsłynniejszego malarza odrodzeniowego. Na sąsiednim dziedzińcu wznosi się cerkiew św. Mikołaja. Z zewnątrz pomalowana przez Zacharego Zografa, który umieścił na niej swój portret. Niestety w tej chwili nie da się do niej wejść. Zabudowania klasztorne są akurat remontowane.

Jednym z najcenniejszych zabytków klasztoru jest refektarz, do którego można wejść wyłącznie z przewodnikiem, który znów pobiera za to słoną opłatę. Wnętrze całe wymalowane freskami robi duże wrażenie (m.in Drzewo Jessego). W refektarzu wciąż stoi kamienny średniowieczny stół i ławy, pamiętające jeszcze pierwszych mnichów.

Po obejrzeniu klasztoru warto się przejść na krótki spacer w górę rzeki Kłuwia do oddalonej o 20 min. małej cerkiewki. W porównaniu z klasztorem jest nowa (XIX wiek) i bardzo skromna, jednak obok znajduje się cudowne źródełko, a powyżej w skałach - eremy. Zmęczeni i/lub leniwi mogą spocząć na rozległej polanie z pięknym widokiem na otaczające ją wysokie góry o dziwacznych kształtach i różnych kolorach.

Z Baczkowskiego monastyru jest już tylko 7 km do Twierdzy Asena. Kursuje tam wiele autobusów, trzeba tylko poprosić kierowcę, żeby się zatrzymał przy drodze wspinającej się do ruin. Twierdzy nie da się przegapić, tym bardziej, że jest dobrze oznaczona.

Twierdza Asena jest przepięknie położona na wysokiej skale, na lewym brzegu rzeki Czepełarskiej. Wybudowano ją w XI-XII wieku po to, by broniła szlaku z Płowdiwu do Konstantynopola. W czasie wojen z Bizancjum pełniła ważną role strategiczną. Do dziś z twierdzy przetrwały tylko ruiny oznaczone bułgarską flagą. Poniżej ruin cudem zachowała się niemal bez uszczerbku piętrowa cerkiew św. Bogurodzicy Petriczkiej z XII wieku. Wewnątrz pozostały resztki oryginalnych fresków, starannie odnowione. Tuż nad ołtarzem mieszkają jaskółki.

Z twierdzy rozciąga się wspaniały widok na Asenowgrad (niestety nad regularną starą zabudową górują dymiące kominy) oraz na zielone strome wzgórza, na których co jakiś czas da się wypatrzyć białą kapliczkę. Według relacji opiekuna cerkwi wokół Asenowgradu jest około 60 cerkwi i kapliczek. Gdzieniegdzie można też wytropić wejście do kopalni. Gorąco polecamy to miejsce nawet leniwym turystom. Do samych ruin da się dojechać samochodem. Z twierdzy do Asenowgradu (3 km) można wrócić - przynajmniej częściowo - ścieżką łączącą kilka małych kapliczek: św. Piotra, św Dymnitr, św Ilija. Warto do nich zajrzeć. Przy niektórych ustawione są wielkie stoły, jakby mieszkańcy Asenowgradu przychodzili tu na wspólne biesiady.

Asenowgrad jest niedużym miastem położonym 19 km na południe od Płowdiwu. Centrum jest całkiem przyjemne. Wiekowe kamieniczki toną w cieniu równie starych platanów. Sympatyczne kafejki zachęcają do wstąpienia, ale - uwaga - nie należy dać się zwieść - lody są równie landrynkowe jak te, których wcześniej próbowałyśmy. Z racji bliskiego położenia Asenowgrad jest dobrą bazą wypadową do zwiedzania Płowdiwu. Tutaj można znaleźć zdecydowanie tańszy nocleg. W tej chwili dostępne są hotele zróżnicowane pod względem standardu i ceny. Schronisko jest w remoncie. Kwatery prywatne nie są niestety oznaczone, ale czasem udaje się trafić na mieszkańca, który chce wynająć pokój swojego dziecka. Mimo atrakcyjnej ceny, nie zdecydowałyśmy się na ten wariant. Nie było też warto błąkać się po mieście, bo i tak najkorzystniejszy cenowo okazał się 3 gwiazdkowy hotel Asenovec - gigantyczny wieżowiec w samym centrum miasta (te gwiazdki zdecydowanie na wyrost). Za pokój 3-osobowy w części nie wyremontowanej zapłaciłyśmy 39 lv. Co prawda oświetlenie działało połowicznie, a woda nie była najcieplejsza, ale za to z okna 8 piętra miałyśmy fantastyczny widok na stara część miasta.

Na dworcu (pociągi o pełnej godzinie, 0,8 lv; autobusy co pół godziny) spotkałyśmy pana, który strasznie chciał nas zawieźć do hotelu. Widząc nasze wahanie zaczął nas przekonywać, że jest niegroźny. Zapewniał, że jest porządnym obywatelem, prowadzi legalny sklep z bronią palną, jeśli chcemy może nam pokazać, bo właśnie idzie go zamknąć. Nie kłamał. Ostatecznie okazał się naprawdę miły - nie dość, że zawiózł nas do hotelu, to jeszcze zaopatrzył w świeże bułeczki.

19 lipca 2006 - środa
Płowdiw

Podróż do Płowdiwu trwa zaledwie 25 minut. Stacja kolejowa znajduje się w sąsiedztwie bardzo nowoczesnego i pachnącego czystością dworca autobusowego Rodopy (połączenia z miejscowościami w Rodopach). Niestety jakość obsługi nie przystaje do wyglądu dworca. W informacji z rzadka można spotkać kogokolwiek i nie należy liczyć, że ta osoba będzie władała jakimkolwiek językiem poza bułgarskim. Trzeba też uważać z zostawianiem bagażu w przechowalni. Dworzec jest zamykany między 21 a 5 rano, więc jeśli chce się podróżować w nocy, lepiej bagaż zostawić w podobnych schowkach na dworcu kolejowym. Są może nieco starsze i brudniejsze, ale trzy 60-80 litrowe plecaki da się upchnąć.

Zbadanie możliwości przetransportowania się do Grecji zajęło nam sporo czasu i ostatecznie okazało się, że przewodniki mają rację - jedyne połączenie z Grecją to pociąg ruszający o 5:10 rano (bilety można kupić po drugiej stronie ulicy w biurze Riła). Warianty z przesiadkami nie przyspieszają podróży. Łapania stopa tym razem nie brałyśmy pod uwagę.

Biuro Riła pamięta jeszcze czasy świetności, kiedy Polacy tłumnie ściągali do Bułgarii. Tamte czasy z pewnością pamięta też obsługa, co - tym razem - okazało się bardzo przydatne. Panie z wielką chęcią zaangażowały się w rozwiązanie naszych problemów, ciesząc się ogromnie z możliwości pogadania po rosyjsku.

Sam Plowdiw może zauroczyć. Mimo, że jest to duże miasto (drugie co do wielkości w Bułgarii) i wielki ośrodek przemysłowy, pierwsze wrażenie jest pozytywne. Spotkani po drodze Włosi podróżujący samochodem zniechęcali nas do Płowdiwu, twierdząc, że jest to wielkie i brzydkie miasto, którego centrum nie sposób znaleźć. My do centrum dojechałyśmy pociągiem. Nawet okolice dworca kolejowego nie wyglądają źle. Trzeba tylko minąć hałaśliwy bazar i zaraz wchodzi się w piękne platanowe aleje, w których ukryte są prawdziwe perełki architektury - wille z przełomu XIX i XX wieku. Wprawdzie wymagają remontu, ale widać, że pod odpadającym tynkiem kryje się "potencjał". Zaskoczyło nas, że nawet nowe "plomby" robione są w podobnym stylu. I tak dość nieciekawy mały blok nie razi tak bardzo, ponieważ ktoś pomyślał, żeby balkony zrobić w stylu i kolorze nawiązującym do sąsiedniej willi. Mały wysiłek i koszt, a efekt znakomity. Pozytywne doznania estetyczne przytłumia nieco widok placu Centralen. Tu romantyczne domy ustępują miejsca gigantycznym nowoczesnym hotelom i ogromnemu gmachowi poczty. Całość wygląda jakby ktoś zburzył kawał starego miasta po to, aby socjalistyczna architektura mogła zatriumfować (nie mamy pewności, z jakiego okresu są budynki, takie było nasze skojarzenie). Sama poczta szokuje jeszcze bardziej - w żadnym europejskim mieście nie widziałyśmy poczty (cóż, że głównej) wielkości sporego centrum handlowego. Trzeba pokonać długie, puste korytarze i równie bezludne i gigantyczne hole, żeby trafić do maleńkiego pomieszczenia, gdzie sprzedają znaczki. Ogromnych rozmiarów plac jest prawdziwą patelnią, więc tylko nieliczni, którym białko nie zdążyło się ściąć, są w stanie dotrzeć do ukrytych na tyłach poczty, nieśmiało przycupniętych ruin rzymskiego Forum.

Płowdiw jest miastem niezwykłym, którego początki datują się na pierwsze tysiąclecie p.n.e. W ciągu tak długiego czasu przez atrakcyjne 7 wzgórz przetoczyły się różne ludy: od Traków przez Greków (a właściwie Macedończyków - Filip II), Celtów, Rzymian, Gotów, mieszkańców Bizancjum (dwukrotnie), Hunów, Słowian. Bułgarów, Turków aż po Rosjan, którzy ostatecznie zwrócili miasto Bułgarom. Niemal wszystkie te ludy budowały jakiś kawałek miasta, niektórzy z kolei zadowalali się zniszczeniem i złupieniem. Niemniej jednak efekt jest taki, że w mieście w lepszym lub gorszym stanie zachowało się sporo zabytków rzymskich (często wybudowanych na fundamentach trackich), tureckich i bułgarskich. Symbolicznym punktem miasta, w którym spotyka się historia materialna różnych epok jest plac Dżumaja. Nad placem górują: pomnik Filipa II dzierżącego w dłoni 3 wzgórza (Płowdiw nazywany był przez Rzymian Trimontium, choć w rzeczywistości położony jest na 7 wzgórzach, z czego 3 są najwyraźniejsze) oraz minaret ogromnego meczetu Dżumaj Dżamija (obecnie w remoncie, często jednak otwarty, można go zwiedzić bezpłatnie). Filip II stoi na kolumnie, która graniczy z pozostałościami rzymskiego stadionu. Na jego schodach zbudowano kafejkę internetową! Najlepszy dowód jak bardzo antyki spowszedniały Bułgarom. Wokół gwiaździście odchodzą ulice, wzdłuż których ciągną się częściowo odremontowane piękne, wysokie kamienice z XVIII-XIX wieku. Na głównym deptaku Kniaź Aleksandr można się zaopatrzyć w luksusowe dobra w jednym z eleganckich domów towarowych, które kusza wszelkimi znanymi w świecie markami. I tylko czasem pewien zgrzyt wywołuje widok płaskorzeźb w stylu socreal albo nachalna, mało wyrafinowana reklama popularnej wódki Flirt. Rozczulają za to nazwy znanych międzynarodowych banków czy sieci restauracji pisane cyrylicą. W Płowdiwie jest wiele miejsc, które warto zobaczyć. Jeden dzień na pewno nie wystarczy. Nam udało się zobaczyć imponujący i świetnie zachowany amfiteatr rzymski, którego dwa rzędy kolumn górują nad miastem. Dzisiejsi widzowie oprócz uczty intelektualnej mają dodatkowa ucztę estetyczną w postaci widoku na stare miasto. Piękne widoki można podziwiać z każdego wzgórza. Warto się wybrać na krótki spacer na Nebet Tepe (Wzgórze Modlitwy), najstarszy tracki punkt miasta. Tutaj zachowały się fragmenty fortyfikacji zbudowanych przez Rzymian, umocnionych przez Greków i Turków. Z góry widać jak na dłoni całe miasto i zamglony zarys Rodopów. Nic to, że na horyzoncie na lewym brzegu rzeki Marcicy widać charakterystyczne mrówkowce i dymiące kominy. Po południowej stronie rozciąga się i wspina na sąsiednie wzgórza (z mało gustownymi wieżami przekaźnikowymi lub pomnikami) wspaniała starówka. Gdzieniegdzie widać kopuły cerkwi lub cienkie minarety, a czasem okrągłe dachy nieczynnych od dawna łaźni tureckich czy kolumny jakiejś rzymskiej budowli. Czerwone dachy poprzetykane są zielonymi koronami platanów. Mając tylko jeden dzień warto się trochę powłóczyć po starówce, która swój charakter zawdzięcza przede wszystkim bułgarskiemu odrodzeniu narodowemu. Urocze kolorowe domy otoczone murami, z wystającymi pięterkami i bajecznie kolorowymi oknami o drewnianych okiennicach powodują, że można się zagubić nieco w czasie. Wiele z tych domów należało do majętnych rodzin, a dziś są udostępnione do zwiedzania. Zdecydowanie warto tam zajrzeć. My zwiedziłyśmy muzeum etnograficzne (5 lv, studenci 1 lv), które prezentuje ciekawą ekspozycję starych strojów i narzędzi tradycyjnego rzemiosła (tkactwo, produkcja tytoniu, wina, sera). Sam budynek to stary, przestronny i pięknie ozdobiony dom, w którym zachowało się sporo wyposażenia. Zwiedzałyśmy go w towarzystwie wycieczki z Izraela. Jednym z gości okazał się Żyd z Łodzi, który w latach 50-tych, zaraz po studiach medycznych, wyjechał do Izraela. Bardzo dobrze wspominał Polskę, ale chwalił sobie też nową ojczyznę, gdzie podobno żyje się bardzo dobrze i dostatnio, jeśli nie liczyć zagrożenia wojną.

Ciekawe jest też muzeum ikon. Jest nieduże, ale ma całkiem pokaźny zbiór dzieł Zacharego Zografa, jednego z najsłynniejszych pisarzy ikon okresu odrodzenia narodowego.

Z obiektów sakralnych warto zwiedzić małą cerkiew św.św. Konstantyna i Eleny. Choć obecny kształt zyskała dopiero w XIX wieku, jednak pierwsza świątynia w tym miejscu powstała już w 337 r. Można tu obejrzeć piękny złocony ikonostas i kolekcję ikon.

Całodzienny spacer po Płowdiwie zakończyłyśmy w popularnej restauracji "Happy". To taki odpowiednik naszego Sphinksa, tyle, że jest tam większy wybór dań. Z czystym sercem możemy ją polecić. Ceny przystępne, a jakość nie budząca wątpliwości.

Nocna, może niezbyt rozsądna, wędrówka po uśpionych uliczkach Płowdiwu utwierdziła nas w przekonaniu, że jest to miasto z charakterem i warto mu poświęcić więcej czasu.

20 lipca 2006 - czwartek
podróż do Aleksandrupolis

Noc na płowdiwskim bruku nieco nam się dłużyła. Dobrze, że właściciele kafejek nie zabierają na noc stolików i krzeseł (!), bo przynajmniej można było ulżyć zmęczonym nogom.

O 5:10 wsiadłyśmy w pociąg, na widok, którego z lekka opadła nam szczęka - piękne nowiusieńkie siedzenia lotnicze, klimatyzacja, kibelek jak marzenie i kontrolujący wszystko konduktor. W takich warunkach bez obaw można było się oddać w objęcia Morfeusza. Przed granicą czekała nas przesiadka w Swilengradzie. Miasteczko na mapie prezentuje się całkiem pokaźnie. Z perspektywy dworca przypomina raczej nasz Tłuszcz. Jak na miasto nadgranicznie zadziwiająco ospały, wymiana handlowa zredukowana niemal do zera. Dziwne, bo to jedno z dwóch przejść z Grecją. Nawet nasi towarzysze podróży wyglądali, jakby jechali do rodziny, która przypadkiem mieszka po drugiej stronie granicy. Jedynym miejscem gdzie można spędzić czas w oczekiwaniu na połączenie jest mały barek o dumnej nazwie "Orient Express". Po dwóch godzinach przyjechał kolejny pociąg, prawie tak samo ekskluzywny. Jakież było nasze rozczarowanie, kiedy okazało się, że przewiózł nas tylko na grecką stronę, a tam znów kazano nam czekać. Tyle, że tym razem mimo poszukiwania informacji, nie udało się ustalić jak długo... po prostu Grecja. Z rezygnacją pokornie czekałyśmy wraz z garstką podróżnych, którzy zaczęli tworzyć małe grupki. Atmosfera stała się nieco bardziej rodzinna: wymiana papierosów, jedzenia, pytania skąd i dokąd. Całkiem fajnie. Po ponad 2 godzinach zamiast pociągu przyjechały dwa autobusy. Panowało niezłe zamieszanie zanim udało się ustalić, kto dokąd jedzie. Szczęśliwie koordynacją działań zajmował się konduktor, więc sytuację dało się opanować. I tak mit o jednym, wygodnym pociągu między Płowdiwem a Aleksandrupolis runął. Wreszcie zrozumiałyśmy, dlaczego podróż do Grecji trwa aż tyle czasu - prawie 5 godzin oczekiwania. Nadal jednak nie rozumiemy, dlaczego autobus nie mógł czekać wcześniej na podróżnych.

Około 16 wylądowałyśmy w hałaśliwym Aleksandrupolis z zamiarem przedostania się promem na Samotrakę jeszcze tego samego dnia. Niestety okazało się, że informacje, które uzyskałyśmy w Salonikach na temat promów były nie do końca ścisłe. Ostatni odpłynął o 15, a kolejny będzie dopiero o 10 następnego dnia. I tak szczęśliwie, bo poza sezonem promy kursują tylko kilka razy w tygodniu, w lipcu i sierpniu 2-3 razy dziennie. Szkoda, że każdego dnia inaczej. Trochę nas dobiła perspektywa spędzenia nocy w tym dusznym i ruchliwym portowym mieście. Niby nie jest to metropolia, ale jednak największe miasto w okolicy i jednocześnie brama do Turcji. Zbudowano je pod koniec XIX wieku wg. projektu rosyjskich architektów. Jak każde miasto greckie (przynajmniej w Tracji) sprawia wrażenie lekko chaotycznego, jakby tymczasowego.

Zameldowałyśmy się w małym rodzinnym hotelu tuż przy samym porcie (13 EUR od osoby, pokój bez łazienki) i ruszyłyśmy do portu i na plażę. Aleksandrupolis raczej nie jest najlepszym miejscem na romantyczne spacery po molo. Oprócz małej kapliczki, która stoi tuż przy plaży, nie ma tu nic ciekawego. Molo jest wybetonowane, a plaża kamienista i brudna. Widziałyśmy jedną osobę kąpiącą się w morzu, ale człowiek ten wyglądał na zdeterminowanego cudzoziemca. W oddali widać było zamglony kontur oddalonej o 50 km Samotraki. Wyglądała zachęcająco, ale trudno było uwierzyć, że jej najwyższy szczyt Fengari ma aż 1611 mnpm. W tym czasie do brzegu dobił ogromny prom z Samotraki - ten sam, który miał nas zabrać na wyspę następnego dnia.

Poszukiwanie miejsca na kolację tylko z pozoru jest łatwe. Po zmroku główną ulicę zamykają i na chodniki wystawia się stoliki. Restauracji i barów nie da się zliczyć, ale zaglądając do menu jakoś trudno było znaleźć coś zachęcającego. Wreszcie zdecydowałyśmy się na rodzinny bar gdzie podawali faszerowane papryki i musakę oraz spory talerz sardynek. Zatęskniłyśmy za bułgarska sałatką szopską.

21 lipca 2006 - piątek
Samotraka - Sanktuarium Wielkich Bogów - wodospady Fonias

Szkoda, że pierwszy prom jest dopiero o 10 rano. Podróż trwa 2,5 godziny, choć wyspa wydaję się nieodległa. Osobom o delikatnych żołądkach odradzamy zajmowanie wygodnych miejsc w salonie. Wprawdzie na pokładzie silny wiatr urywa głowę przez większą część podróży, ale tylko tam da się w miarę uniknąć dymu papierosowego. Prawie wszyscy Grecy, podobnie jak Bułgarzy, palą ogromne ilości koszmarnie śmierdzących papierosów. Znaczące pochrząkiwanie nie robi na nich wrażenia - ci, co nie palą to dziwolągi, a dla takich nie ma litości.

W miarę zbliżania się Samotraka nabiera kolorów. Port Kamariotissa z daleka wygląda na maleńki. Przybicie promu do brzegu jest wielkim wydarzeniem. Taki prom przywozi prawdopodobnie więcej ludzi, niż mieszka w miasteczku. Podobnie jak w Aleksandrupolis, turystę szukającego ciszy i spokoju w nerwicę wpędzają wszechobecne skutery. Co chwila trzeba uskakiwać spod kół.

Uprzedzono nas, że bilety powrotne rozchodzą się jak świeże bułeczki, więc szybko udałyśmy się do punktu sprzedaży. Tu kolejne rozczarowanie - w niedzielę można wrócić tylko do Aleksandrupolis, a nie do Kawali (w połowie drogi między Aleksandrupolis a Salonikami). Promy do Kawali kursują tylko raz w tygodniu. W Grecji nie ma niestety centralnej informacji o promach, a agencje sprzedające bilety często nie wiedzą o rejsach innych firm. Czasem też - jak się okazało - mają błędne informacje.

Szybko opuściłyśmy gwarny port i ruszyłyśmy nadmorską szosą w kierunku miejscowości Therma (Loutra). Tam miałyśmy nadzieję znaleźć nocleg. W czasie kupowania biletów (8 EUR) zwiał nam autobus, a następny miał być dopiero za 2,5 godziny, więc znów postanowiłyśmy zdać się na łaskę miejscowych kierowców. Niestety Grecja to nie Bułgaria, a kierowcami na wyspach są w większości turyści. Taki turysta nie po to wynajął samochód, żeby wozić mniej przezornych. Po 2 km szczęśliwie zlitował się nad nami młody tubylec i podwiózł nas do oddalonej o 6 km od portu wioski Paleopoli, obok której znajdują się ruiny Sanktuarium Wielkich Bogów.

Od czasów prehelleńskich do początku okresu bizantyjskiego odbywały się tutaj misteria i uroczystości ofiarne. Samotraka była w tym okresie duchowym centrum północnej części Morza Egejskiego. Ruiny (i rekonstrukcje) są bardzo rozległe i dobrze opisane po grecku i angielsku. Można tu spacerować przez kilka godzin. Najbardziej okazały i efektowny z całego kompleksu jest hieron z IV w.p.n.e. Zrekonstruowano 5 kolumn i kamienne schody. Większość cennych znalezisk można obejrzeć w pobliskim muzeum (3 EUR - wspólny bilet z ruinami i z muzeum w Chórze). Jest tu sporo ceramiki, fragmenty budowli (m.in. piękny i dobrze zachowany fryz z bramy wejściowej przedstawiający tańczące dziewczęta), a także kopia słynnej Nike z Samotraki. Rzeźba była zwieńczeniem marmurowej fontanny w kształcie okrętu. Oryginał Nike został wywieziony do Francji w połowie XIX wieku. Francuzi byli na tyle szlachetni, że 100 lat później przesłali Grekom kopię. Sanktuarium jest imponująco duże i pięknie położone. Antyczne ruiny są obrośnięte wiekowymi oliwkami, wśród których przechadzają się niczego nieświadome kozy. Ze wzgórza widać piękne szafirowo-granatowe morze i basztę - fragment średniowiecznych murów obronnych, wybudowanych z antycznych kamieni.

Droga wzdłuż wietrznego wybrzeża po 6 km doprowadza do miejscowości Therma, znanej z ciepłych źródeł. Wczasowicze składają się głównie ze staruszków oraz młodzieży w stylu hipisowskim, która urzęduje na pobliskim kempingu (kolejny jest 3 km dalej na wschód). Wioska jest rozrzucona na dużej powierzchni, każdy dom ma wielki ogród, więc nikt nikomu nie zakłóca spokoju. Atmosfera tak odmienna od innych greckich miasteczek z ciasnymi i dusznymi ulicami oraz wszechobecna tandetną muzyką. Nawet w sezonie nietrudno tu znaleźć nocleg za 10 EUR od osoby (własna łazienka i dostęp do wyposażonej kuchni). Polacy rzadko tu goszczą, pewnie dlatego wszyscy brali nas za Niemki. Skąd to przypuszczenie, skoro żadna z nas nawet słowa nie bąknęła w języku niemieckim?

Wieczorem wybrałyśmy się do oddalonych o 6 km wodospadów na przylądku Fonias. Jest to ostatni punkt, do którego dojeżdża większość autobusów, tylko dwa dziennie jadą jeszcze dalej - do Kipos. Niestety nawet te, które są w rozkładzie, nie zawsze tu dojeżdżają. Od przystanku do wodospadów trzeba iść ok 45 minut w górę rzeki po ścieżce z marmurowych otoczaków. Nad wartkim strumieniem rosną wiekowe platany i dęby ostrolistne o dziwacznych kształtach. Na końcu dyskretnie znakowanego szlaku dochodzi się do ściany, z której do dwóch sadzawek z hukiem spada woda w formie efektownego wodospadu. Tablica na drzewie informuje, że dalsza wspinaczka odbywa się na własną odpowiedzialność, a ku przestrodze przyczepiono zdjęcie wspinacza, który zginął tu 3 lata temu. Szkoda, że do wodospadów dotarłyśmy wieczorem, bo kąpiel w sadzawkach jest wielką frajdą. Po powrocie do szosy udałyśmy się jeszcze na sam przylądek Fonias, gdzie nad wodą wznosi się średniowieczna, zrujnowana wieża strażnicza. I wreszcie udało nam się obejrzeć zachód słońca nad morzem.

Spodziewany autobus nie przyjechał. A samochody o tej godzinie nie chciały brać gapowiczów, więc piechotą wróciłyśmy do domu kontemplując rozgwieżdżone niebo i przykryty lekką chmurką szczyt Fengarii - cel naszej wędrówki następnego dnia.

22 lipca 2006 - sobota
wspinaczka na Fengari

Fengarii to góra mityczna. Najwyższy szczyt północnej części morza Egejskiego (1611 m n.p.m.). To stąd Posejdon oglądał oblężenie Troi. Możliwość obejrzenia całej wyspy z tej wysokości bardzo nas pociągała. Ambitny plan zakładał pobudkę jeszcze przed wschodem słońca, sprawne zdobycie szczytu od strony Thermy i łagodniejsze zejście do stolicy Samotraki - Chóry.

Z Thermy na Fengari prowadzi półlegalna ścieżka zaznaczona wyraźnie na mapie, za to mniej wyraźnie w terenie. Mimo w miarę szczegółowego opisu w rodzaju "za suchym drzewem w lewo", niełatwo było znaleźć miejsce, w którym szlak opuszcza wioskę. Gdyby nie to, że rzuciły się na nas miejscowe psy i na ratunek ruszyła nam dobrze poinformowana staruszka, nigdy byśmy nie wpadły na pomysł, żeby zejść z porządnej drogi i przedzierać się przez kłujące paprocie. Główną drogą poszli Czesi i błądzili jeszcze długo. Nad paprociami ścieżka wchodzi w krzaki o charakterze i właściwościach podobnych do kosówki (choć o wyglądzie zgoła innym). Tam ścieżka robi się zdecydowanie wyraźniejsza, a dodatkowo co jakiś czas oznaczona czerwonym maźnięciem farby na kamieniu. Trudno się zorientować czy te maźnięcia to szlak czy też komuś ulewała się farbą z puszki. Mimo wszystko trzymałyśmy się znaczków widząc, że generalnie kierunek mamy dobry. Czapa chmur nad masywem Fengari, wbrew oczekiwaniom, nie zmniejszała się wraz z podnoszeniem się słońca nad horyzontem. Po dwóch godzinach marszu weszłyśmy w stary, widny las dębowy. Drzewa przypominały grubaśne baobaby. Pomiędzy nimi brykały kozy najwyraźniej zdziwione naszą obecnością. Obrzucały nas spojrzeniem obojętnym z domieszką ironii i niedowierzania, po czym oddalały się galopem, unosząc ze sobą dźwięk dzwoneczka - jedynego dowodu na to, że zanim stały się kozicami górskimi, były cywilizowanymi kozami. Stopniowo wchodziłyśmy w chmurę. Okolica zaczynała coraz bardziej przypominać krainę Narni, a cieniutka jeszcze warstwa chmur pozwalała zauważyć maleńkie kwadraty domów w Thermie i szafirowe morze. Po kolejnej godzinie spotkałyśmy dwie greckie dziewczyny zakutane w chustki niczym pasterki. Śmiejąc się perliście zrelacjonowały nam pogodę na górze. Na szczyt da się wejść, tylko strasznie wieje i mgła coraz większa. Poprzedniego dnia bały się iść po zmroku, więc przenocowały gdzieś pod skałą.... Wyglądały dość nierealnie w sandałkach i cienkich spódnicach na tej wysokości i w warunkach prawdziwie wysokogórskich. Powyżej granicy lasu zaczęło już poważnie wiać, a kurtki miałyśmy kompletnie mokre od gęstej chmury. Czerwone maźnięcia coraz trudniej było znaleźć, ale na szczęście były kopczyki. Jakąś godzinę wspinałyśmy się po czymś na kształt śliskiego gołoborza wypatrując z nadzieją kolejnego kopczyka. Te okazały się złudne - być może prowadziły na szczyt, ale z pewnością nie "znakowanym" szlakiem, a raczej trasą dla ludzi żądnych mocniejszych emocji. Dość długo kluczyłyśmy w chmurze i kiedy znalazłyśmy wreszcie miejsce, przez które przechodził czerwony szlak, i z którego we wszystkie strony trzeba było zejść uznałyśmy, ze to szczyt Fengari. Niestety dowodu nie mamy, ponieważ żadnej tabliczki nie udało się zlokalizować. Zważywszy jednak na fakt, że również szlak jest partyzancki zakładamy, że takowej mogło nie być. W tych warunkach (wiatr zwiewał nas z przełęczy) uznałyśmy, że musimy zejść ta sama drogą. Pod szczytem Fengari miał dochodzić inny szlak, którym chciałyśmy zejść do Chóry, jednak wszystkie były oznakowane tak samo i istniało spore ryzyko, że nie trafimy na właściwy. Pomyłka oznaczała długie zejście na południe wyspy, w miejsce kompletnie bezludne, beż żadnej możliwości dotarcia do domu jeszcze tęgo samego dnia. Schodząc (lekko rozczarowane) spotkałyśmy Czechów, którzy wreszcie trafili na właściwą ścieżkę. Oni również, po krótkiej próbie z błądzeniem pomiędzy skałami we mgle, zarządzili odwrót. Z podziwem patrzyłyśmy na ich lekkie stroje i buty kompletnie nie przystosowane do prawdziwie ekstremalnych warunków, jakie tam panowały. W ciągu 4 godzin pokonałyśmy 1600 m w górę, więc temperatura drastycznie odbiegała od tej panującej w Thermie. Jak na ironię, ledwie zeszłyśmy do granicy lasu, chmury zaczęły się podnosić. Kiedy byłyśmy już blisko wioski nad szczytem błękitniało kompletnie czyste niebo. Uznałyśmy, że tym razem Posejdon wygrał, ale to nie koniec walki... Na dole panował upał i sielankowy nastrój. W ciągu kilku godzin (samo wejście to ok 4-5 godzin porządnego marszu) można się przenieść w całkiem inny świat, tylko dzięki zmianie wysokości.

Wieczorek upłynął nam na spacerze kamienistą plażą i konsumowaniu 6 kg arbuza (najmniejszy z możliwych). Przypadkiem trafiłyśmy na lokalną imprezę. Na wielkiej polanie stało mnóstwo stolików. Goście (około 300 osób) spokojnie konsumowali jakieś mało wykwintne potrawy. Przyciągnęła nas fajna tradycyjna muzyka i ciepły niski głos wokalistki, która krążyła z mikrofonem wśród stolików. Udało nam się ustalić, ze trafiłyśmy na wesele! Nie tak sobie wyobrażałyśmy "wielkie greckie wesele". Fakt, gości było wielu, ale toastów zero, towarzystwo jakieś nieruchliwe i nawet nie było parkietu do tańców! Ale muzyka zdatna. Nadają się na folkowe granie w Czeremsze.

23 lipca 2006 - niedziela
Chóra i południowa część wyspy - powrót do Salonik

Nasz prom odpływał w południe. Rano postanowiłyśmy na pożegnanie z Thermą zobaczyć wodospady Gria Vathra, których jednak nijak nie mogłyśmy znaleźć. Cóż, ważne, że był spacer wzdłuż pięknej doliny zasypanej wypolerowanymi przez wodę białymi głazami. Szkoda nam było dnia, więc w drodze do portu podjęłyśmy karkołomną decyzję, że popłyniemy promem o 20:00 (w perspektywie dwie noce w podróży i twarde ławki dworcowe). Szczęśliwie były jeszcze miejsca, a zamiana biletów przebiegła na tyle sprawnie, że zdążyłyśmy wskoczyć do autobusu do Chóry (Samotraki) - jedynego na wyspie miasta-wioski, które nie leży nad morzem. Chóra mimo, że jest stolicą wyspy, jest chyba najsympatyczniejszym miejscem. Pięknie położona na stoku góry, z uliczkami tak wąskimi, że ledwo skuter może nimi przejechać (a jeżdżą też autobusy), z białymi domami o kolorowych okiennicach, uroczymi balkonikami i wszystkim tym, co tworzy niepowtarzalny klimat greckich wysp. Są tu kafejki starej daty, w których bywają tylko miejscowi mężczyźni, a kelnerką jest starsza pani w czarnej sukni. Z Chóry można sobie zrobić kilka spacerów po okolicy. My wybrałyśmy drogę na południe, do maleńkiego klasztoru, który okazał się bardzo skromny w porównaniu z klasztorami bułgarskimi. Sama droga jest bardzo widokowa - w oddali żółcą się wyschnięte pola, plaża i kawałek portu, a na wzgórzach porozrzucane są białe kapliczki. Ta część wyspy jest dużo bardziej sucha niż północna, o czym można się łatwo przekonać schodząc z szosy na pobocze. Wszystko porośnięte jest kobiercem ostów i ostrych ziół (garig). Chodzenie po tym pachnącym i pięknym dywanie jest prawdziwą męką. Po tej stronie wyspy jest też baza wojskowa, a na każdym wzniesieniu widać jakieś obiekty obronne. Samotraka jest wyspą strategiczną, ostatnią na trasie do Turcji. ścieżki zaznaczone na mapie w terenie raczej nie istnieją. Coś, co przypomina drogę okazuje się ścieżką kozią. Mimo, że wszystko widać jak na dłoni łatwo wpakować się na teren ogrodzonego pastwiska, a kiedy raz się już wejdzie nie sposób stamtąd wyjść. W gąszczu ostrych krzaków najlepszą drogą okazało się koryto wyschniętej rzeki - woda widać musiała być tu całkiem niedawno, skoro nie wszystko jeszcze zarosło. Kozy znów na nas dziwnie patrzyły, trudno się im dziwić - normalni ludzie nie łażą w najgorętszej porze dnia i to jeszcze po kozich drogach. Gdzieś po drodze spotkałyśmy prawdziwego żywego żółwia. Z ulgą wróciłyśmy na szosę i do Chóry. Żałujemy, że zabrakło nam czasu na przejście się po uroczych uliczkach i zwiedzenie muzeum etnograficznego. Postanowiłyśmy zrekompensować sobie tę stratę kontemplując na promie prawdziwy cukierkowy zachód słońca. I tu miłe zaskoczenie. Ledwo słońce zaczęło przybierać intensywnie pomarańczowy kolor, a mewy przestały latać nad promem, z fal wyskoczyły 3 delfiny! Mamy na to świadków! Spektakl trwał dobre pół godziny. Wszyscy pasażerowie co chwila przerzucali się z jednej burty na drugą, by obserwować kolejne wyczyny sympatycznych ssaków. Zazdrościłyśmy posiadaczom kamer - przy tym świetle nie było szans zrobienia dobrego zdjęcia. Zwierzaki pojawiały się nagle w nieoczekiwanym miejscu i znikały bardzo szybko. To było coś niesamowitego i niespodziewanego.

Taka frajda warta była męczenia się całą noc w pociągu (który wyjeżdża około północy, w Salonikach jest około 6 rano). Na dworcu poznałyśmy młodą Szkotkę, która pracuje jako wolontariuszka w lokalnym radio. Wracała właśnie z koncertu folkowego.

24 lipca 2006 - poniedziałek
Saloniki (Thessaloniki)

Tym razem nie marnowałyśmy czasu na poszukiwanie hotelu. Prosto z dworca wstąpiłyśmy do Nea Mitropolis, w którym wprawdzie nie było 3-osobowego pokoju, ale dostałyśmy dwójkę, która okazała się całkiem przyzwoitą... 3-ką za 50 EUR. Szybki prysznic, śniadanko i około 10 byłyśmy już gotowe do zwiedzania.

Saloniki miały pecha - w 1917 roku strawił je pożar. Dziś większość zabudowy w dzielnicach położonych blisko morza jest nowa. Aż dziw, jak wiele zabytków bizantyjskich i rzymskich przetrwało katastrofę. Nie można tego niestety powiedzieć o pamiątkach żydowskich. Żydzi przed II wojna światową stanowili prawie 50% ludności miasta, mieszkali tu od wieków, więc siłą rzeczy miasto powinno mieć sporo pamiątek po nich. W tej chwili wszystko co zostało to jedna synagoga i trochę pamiątek zgromadzonych w muzeum żydowskim. Znacznie więcej zachowało się z dawniejszych czasów, np. rzymskich. Najbardziej efektowny jest wspaniale zachowany Łuk Galeriusza (III w.n.e) stanowiący część kompleksu pałacowego i hipodromu oraz Rotunda, która miała być mauzoleum cesarskim. Nigdy jednak nie pełniła swojej funkcji, ponieważ już w IV wieku została zamieniona na kościół św. Jerzego.

Dopiero w latach 70-tych w samym centrum miasta (pn. część placu Dikastirion) odkryto rzymską agorę wraz z łaźniami. Już teraz można tam bezpłatnie wejść i poczytać o odkryciach. Wykopaliska jeszcze trwają, więc za rok będą pewnie prezentowane kolejne rewelacje.

Najwięcej zabytków pochodzi z okresu bizantyjskiego. Są to przede wszystkim piękne ceglano-kamienne kościoły, znajdujące się dziś znacznie poniżej poziomu ulic. Większość z nich zachowała oryginalne mozaiki lub późniejsze freski. Najstarsze kościoły w mieście pochodzą z V wieku. Większość zajmuje stare rzymskie świątynie lub gmachy użyteczności publicznej, przebudowane w kształt krzyża greckiego i wzbogacone o kopuły. Niesamowite, że większość ze świątyń nadal jest używana. Szkoda, że duża część kościołów w czasach panowania tureckiego została zamieniona na meczety, skutkiem czego zniszczeniu uległo wiele cennych mozaik i fresków. Bardzo ciekawym kościołem jest katedra Agios Dimitrios. Powstała już w V wieku, ale potem wielokrotnie ją przebudowywano. Bardzo ucierpiała w czasie pożaru miasta, ale szybko została odbudowana. Wnętrze przytłacza wielkością. Do ciekawszych pamiątek należy 6 małych mozaik z VII w. W krypcie odkopanej dopiero po pożarze można oglądać miejsce śmierci św. Dymitra (patrona miasta) i fragmenty rzymskich łaźni (bardzo ciekawe).

Z czasów osmańskich nie zostało właściwie wiele - nieczynna łaźnia turecka, zrujnowany meczet Hamza Bey Kamii z XV wieku - jedyna świątynia islamska, która od początku była wybudowana jako meczet. Gdzieniegdzie można jeszcze spotkać bazary, które charakterem przypominają targowiska tureckie.

Aby poczuć prawdziwą atmosferę starego miasta trzeba pospacerować po dzielnicy Kastra ulokowanej na wzgórzu, tuż przy XIV wiecznych bizantyjskich murach obronnych. Tu można znaleźć trochę cienia i przestrzeni. Z góry rozciąga się fantastyczny widok na przyportową część miasta, lekko zamgloną i wypłowiałą. Kastra składa się z wąskich krętych uliczek, przy których stoją maleńkie kolorowe domy, całkiem malownicze, choć - naszym zdaniem - nie dorównujące zabudowie Płowdiwu.

Nie sposób zwiedzić wszystkiego w jeden dzień. Warto na pewno przespacerować się wzdłuż nabrzeża i popatrzeć na malownicze żurawie portowe, wysokie kamienice z nieodłącznymi markizami na balkonach i oczywiście spojrzeć na Białą Wieżę - symbol miasta, fragment bizantyjskich murów obronnych.

Saloniki to również zagłębie ciekawych muzeów. Z braku czasu wybrałyśmy dwa. Pierwsze to gigantyczne muzeum archeologiczne. Wypada poświęcić mu co najmniej 2 godziny, aby przynajmniej pobieżnie zapoznać się z długą historią miasta i okolicy. Pamiątki uporządkowane są w sposób chronologiczny i tematyczny, co niewątpliwie ułatwia odbiór. Miałyśmy jednak wrażenie, że Grecy nie mają pomysłu, jak je wyeksponować. Zdarzają się ciekawe pomysły, jak możliwość zwiedzenia starożytnego miasta (i poszczególnych budynków w mieście) przy pomocy symulacji komputerowej. Jednak przebrnięcie przez większość sal wymaga dużej cierpliwości i zapału. Bardzo ciekawe są mozaiki, które kiedyś pokrywały podłogi domów mieszkalnych. Spore wrażenie robią kamienne popiersia mieszkańców miasta (twarze tak bardzo podobne do współczesnych!) i bogata kolekcja złotej biżuterii (filigranowe łańcuszki, diademy, kolczyki).

Równie ciekawie przedstawia się Muzeum Bizantyjskie. Wystawiono tu odkryte w mieście wczesnochrześcijańskie grobowce wraz z zachowanymi malowidłami ściennymi. Do wyobraźni przemawiają też makiety miast z czasów bizantyjskich i różne obiekty w nich znalezione. Pięknie prezentują się stare ikony. Z przykrością musimy powiedzieć, że właśnie w tym muzeum powiało nam PRLem. Przerwano nam zwiedzanie o 19:15 tłumacząc, że muzeum jest czynne do 19:30, tzn. do tego czasu obsługa zamierza opuścić budynek. A bilet kosztował całkiem słono! (łączony z Muz. Archeologicznym - 6 EUR).

Podróż nas nie zawiodła. W pamięci pozostało wiele dobrych wrażeń. Jeśli nie liczyć kilku porażek komunikacyjnych, byłoby idealnie. Bułgarią nadal jesteśmy zauroczone. Co prawda tym razem nikt nie skakał z radości na wieść, że spotkał Polaków, jak to było poprzednim razem, ale też doświadczyłyśmy dużo bezinteresownej życzliwości. Czasem trochę traciłyśmy cierpliwość na pytanie czy jesteśmy Niemkami. Doszło nawet do tego, że za dobry znak uznawałyśmy, jeśli ktoś nas wziął za Rosjanki. Żal nam trochę niezdobytych szczytów w Rodopach, ale może to i dobrze. Nagrodą były "cudne manowce", życie, które toczy się z daleka od turystycznych szlaków. Na pewno kiedyś trzeba będzie tam wrócić. Szczyty Pirinu przywołują, a takiemu zaproszeniu nie potrafimy się długo opierać. Z pewnością warto spędzić trochę czasu wśród Pomaków. Tak naprawdę nie wiemy, czy ich spotkałyśmy. Niby były meczety, zasłonięte chustami kobiety i turecko brzmiące imiona, ale trudno ich odróżnić od innych Bułgarów. Może dlatego, że religia nie jest już tak żywa, jak kiedyś. Dziś nieliczni chodzą do cerkwi czy do meczetu.

Nadal jesteśmy wielbicielkami warzywno-owocowej części kuchni bułgarskiej i zdeklarowanymi wrogami mięs i lodów. My jak my, ale nasze żołądki na pewno.

Bułgaria wciąż jeszcze jest tania, a standardem na pewno nie odbiega od Grecji. Ruch turystyczny, z wyjątkiem morza, znikomy. Za to atrakcji dużo na każdym kroku. I ludzie mniej znudzeni turystami.

Grecja, którą widziałyśmy nie jest chyba do końca prawdziwą Grecją. To bardziej Tracja i Macedonia z całą mieszanką kultur. Bardziej bułgarska niż grecka i bardziej turecka niż bułgarska. Dla nas mimo wszystko trochę mało wyrazista, chaotyczna, jakby wciąż prowizoryczna. Może dlatego, że duża część jej mieszkańców została tu przesiedlona z terenów wybrzeża tureckiego dopiero po 1923 roku i nadal nie mogą się odnaleźć w nowym miejscu? W porównaniu z pozostałą częścią Grecji jest dość uboga w zabytki, a jednak Saloniki biją na głowę niejedno miasto europejskie. Bardzo polecamy Samotrakę i to na więcej niż 2 dni. To prawdziwa oaza naturalności, wolności i dzikiej przyrody w "morzu" ucywilizowanych wysepek, gdzie turysta okupuje każdy kawałek plaży. Na Samotrace jest wciąż jeszcze równowaga między atrakcjami przyrodniczymi i antropogenicznymi, a ludzie nie są nadmiernie zmęczeni zepsutymi luksusem turystami.

Ania Smętek, Ela Karpińska, Magda Jackowska