Ostrzeżenie:
Ten tekst to przydługi i bardzo subiektywny pamiętnik. Jeśli ktoś chce się z Wołyniem zapoznać, niech lepiej sam się tam wybierze.

Jak zwykle w porze sadzenia ziemniaków ruszyliśmy śmiałym zagonem na wschód. Dość niespodziewanie przystanęliśmy w Lublinie, który pamiętam z pleneru z przed lat 20-tu chyba, gdy stare miasto było zamieszkałą przez proletariat ruiną z Wietnamczykami wynurzającymi się z piwnic (remontowali podziemia). Tymczasem trafiliśmy do pięknej, schludnej dekoracji z pieszymi pasażami i tłumem wycieczek. Już myślałem, że mój świat zginął bezpowrotnie, gdy z Czarciej Łapy wypadł na trotuar tubylec z podbitym limem. Za nim, w namacalnej wprost chmurze metanolu i przyciężkiego oddechu kolejnych dwóch panów w zawadiacko rozchełstanych białych koszulach i czarnych lakierkach. To było wesele; Czarcia Łapa to najlepszy niegdyś lokal w mieście. Tak więc Lublin się jakoś trzyma, polecam uliczkę Ku Farze.

Dzień zakończyliśmy w Zamościu, co miało chyba, w zamierzeniu Sylwii, być takim głębokim oddechem przed skokiem w niepewną dal. Szokująca jest ilość hoteli w tym pięknym mieście, we wszystkich były miejsca i wszystkie były 3*. Kto daje te gwiazdki - nie wiem, bo wybór cen był szeroki. Na rynku dogorywał festiwal kultury zamojskiej czy czegoś podobnego, co wyglądało raczej absurdalnie, skoro główną atrakcją była ruska kapela. Trudno było uciec od myśli, że to co się nie udało Chmielnickiemu i Budionnemu, udało się AD 2007 ćwierć-inteligentom bez wyczucia kontekstu. Dla równowagi pokazałem chłopakom bastiony, na których tata odsypiał pewną majową noc w czasach swej szczenięcej młodości. Noc była deszczowa, wraz z tłumem innych małolatów spędziliśmy ją w sali gimnastycznej na materacu do skoków wzwyż. Co chwila ktoś się na kogoś staczał, ciała mieszały się niebezpiecznie, jęki czasem przerywał gruchot spadającego z materaca ciała. No a dziś ta kupa hoteli i knajpek. Co za czasy.

Rano szybki skok przez granicę (tradycyjne 2 godziny, kajakarze stali dłużej) i już Rubikon za nami. Nasz antyczny citroen rwał do przodu jakby czując woń świeżej trawy. Było nie było maj po rusku/ukraińsku to trawiniec, a nie żaden tam maj. Gnaliśmy na Żółkiew, do której Jurek M. nas zniechęcał, ale śpieszę poinformować, że wszystko wraca do normy. Szczególnie odkąd rąbnęli rynny z odnowionych budynków, a notariusze zainstalowali się w piwnicach. Krowy po staremu wypasają gdzie się da, to jest na zamku też, a wycieczki nie docierają w boczne uliczki, gdzie Taras i Michaił częstowali pięćdziesiątką, jak Sylwia nie patrzyła. Sylwia w ogóle miała z początku trochę za dużo dystansu, a tymczasem w tych nieposprzątanych miejscach jest najfajniej i robi się super fotki. Oni tam nawet nie wiedzą, że na świecie są już aparaty cyfrowe. No, a do woni idzie przywyknąć. I tylko mnie martwi, że dzieci też tak jakoś w mamusię, no ale może dzięki temu za szybko się nie zdegenerują. Żółkiew - wiadomo - Żółkiewscy fundowali, senatorski i hetmańki ród, sarkofagi przetopili księża na świeczniki. Na placu tablica z Chmielnickim. Nadziwić się nie mogę, że tego kretyna z przerostem ambicji ciągle ktoś poważa. Tablica z brązu, kupę kasy możnaby za to dostać, a miejscowi nic, eech. Msza niedzielna o 18.00. W bok od miasta monastyr, trochę za dobrze odnowiony a la skansen, ale daje pojęcie o temacie, a dalej Piecziernyj Monastyr. Ten ostatni był dla dzieciaków clou dnia, idzie się przez park/rezerwat w stylu Złotego Potoku i trochę Jury, do pieczar, w których pierwotnie mieszkali mnisi. Trzeba się trochę pochylić, trochę na czworaka i po drabinie nawet, w sumie rozrywkowe, a wraca się inną drogą przez święte źródełko. Powiedziałbym zatem, że w Żółkwi jest dobrze, ale nie, Taras powiedział: nie jest dobrze, Marek.

Kolejny dzień był chyba najgorszym, jaki spędziłem na Ukrainie. Zaczęło się od Oleska, wzniesionego na wzgórzu gniazda Sobieskich. To tu młody Jan wprawiał się w rozbijaniu czambułów. Miejsce nie jest przytłaczające, raczej wszystko zrobiono na wymiar, poręcznie, bez przesady. Tu pałacyk, tam ogród, z góry dobry widok, by dać baczenie na okolicę, a u podnóża trochę miejsca, tak na dwie chorągwie i rotę piechoty. Ponieważ od pewnego czasu to wszystko już nie nasze, czuliśmy się bardzo na miejscu przemykając pod płotem zamkniętego dla nas zamku (był poniedziałek). Dzięki temu poczyniliśmy pewne odkrycie: zamek jest na bagnach. Tylu ludzi mi o nim opowiadało, a nikt na to nie zwrócił uwagi. Ot i urok autokarowych ekskursji, ot i znawcy od siedmiu boleści. A to stara prawda - nie dotkniesz, nie wiesz.
Już rozpędzałem cytrynę na Poczajów, gdy nagle zza zakrętu nad naszymi głowami wyskoczył pomnik. Dwóch gigantycznych jeźdźców z wysoka, śmiało skakało nad drogą na rozległa równinę. No, byłem pod wrażeniem. Tak uhonorować Victora spod Wiednia, to jest coś. Docenili. Brawo. Tyle, że przy bliższych oględzinach coś przestało pasować. Hełmy jakby ruskie, no ale to licencia poetica, tłumaczyłem sobie. Potem zobaczyłem na siodle gwiazdę, a ta nagolennica, to chyba jednak onuce? W barze obok Staś zamówił 4 barszcze, a ja spytałem o pomnik.
- A to Budionnomu.
- A z której wojny?
- Nie znaju. Z narodnoj, chyba.
Pani już nic nie musiała tłumaczyć. Budionny z bandą swej swołoczy był tu raz - w 1920 roku. Postawili mu pomnik, na ziemi, do której nie mieli nigdy żadnego prawa, ku chwale zbrodni, ku sławie kłamstw i mordów, które wtedy popełniali, by krzyczeć wszystkim TO NASZE! ZAWSZE TU BYLIŚMY! WYZWOLICIELE! I oczywiście przez przypadek tuż obok zamku największego mieszkańca tych ziem, i oczywiście tak, aby to tylko pomnik był widoczny. Tak się zawłaszcza historię i tak się zawłaszcza umysły. Budionnego i jego degeneratów rozbił Rómmel 31 sierpnia 1920 pod Komarowem, obok Zamościa. Jedyne, co umieli to grabić i mordować. Przed ułanami uciekali. Nie mogę zrozumieć, jak inteligentni ludzie mogą twierdzić, że przeszłość nie ma znaczenia. Że Rosjanie są jako naród, ludzie, dobrzy, że Żydzi biedni itp, a Polacy mają to i owo na sumieniu więc powinniśmy być grzeczni i z pokorą przyjmować nagany. Celuje w tym Gazeta W. pod płaszczykiem "pokazywania wielu prawd o każdym wydarzeniu". "Zrozumienia drugiej strony". "Patrzenia w przyszłość i zapominania dawnych uraz". W dzisiejszych czasach filmy pokazujące skomplikowaną psychikę i trudne dzieciństwo oprawcy są czymś godnym uwagi, lewacka inteligencja nie powie po prostu, że ofiara jest ofiarą i jej należy się szacunek. Kto w końcu powie, że Lenin i spółka to byli zakłamani mordercy a nie żadni rewolucjoniści (co niby coś ma tłumaczyć), że ci Rosjanie co napadli na nas w 1920, to była swołocz kontynuująca najgorsze tradycje Iwana Groźnego i imperialnej Rosji, kto w końcu powie, że dzisiaj Putin robi DOKŁADNIE to samo? O ileż prostsze byłoby zrozumienie relacji polsko-żydowskich gdyby jasno mówiono, że Żydzi nigdy en masse nie uważali się za Polaków, że Polska była dla nich drzewem z którego czerpali soki w drodze do Ziemi Obiecanej, że mimo Słonimskiego, może Tuwima i Wata nie asymilowali się i popierali zawsze i bezwarunkowo każdego, kto przejmował w Polsce władzę? W 1920 aktywnie stanęli murem za Rosjanami, to samo w 1939, to samo w 1944. I co, to nasza wina? Zamiast tego bredzi się coś o religii, ludzkiej naturze i rosyjskiej duszy. Tam, w Olesku, pod kopytami koni pędzących na Polskę staje się to oczywiste. Rosja to Rosja, wojna trwa. No, ale rosyjskie embargo nam pomogło - po roku sprzedajemy naszego mięsa o 21% więcej i na lepsze rynki, panie carze Putin. Tak właśnie, w tradycyjny dla Rosjan sposób, odciął pan to naturalne zbliżenie. Jak 400, jak 300 i 90 lat temu. Nieźle wkurzony spakowałem rodzinę i znowu ruszyliśmy na Poczajów. Ale to nie było proste, bo Sylwia odcyfrowała coś na mapie - to chyba Podhorce? Daliśmy ossstro w prawo (tylne opony trochę są łyse) i przez jakieś polne dróżki, całkiem nietypowo wyjechaliśmy na kolejną górę. No i tam mało co się nie rozpłakałem. Na studiach owszem, mówiła prof. Brykowska, że nasza najpiękniejsza architektura została na wschodzie. Ale wiadomo jak to jest - sentymenty i nieznane zawsze przydaje tego romantycznego uroku, który nie ma naukowego uzasadnienia. A tymczasem tam... Piękne renesansowe założenie, na miarę Chambord, jak przeniesione z baśni. Sylwia milczała i tylko twarz jej promieniała od patrzenia na to cudo.

Wreszcie Poczajów. Ławra Poczajowska, druga co do ważności na Rusi, słynie wizerunkiem Matki Boskiej, gigantyczne założenie widać z dziesiątków kilometrów (nie przesadzam - 20 minimum), a u stóp - tłum autobusów. Wszystkie polskie, żadnego miejscowego, tłumy Polaków, w tym nasz ulubieniec z Gwiździela prześladujący nas już od dwóch dni. Może to zmęczenie, a może znowu coś w nas pękło - tym razem nie weszliśmy. Chrupaliśmy suchary popijając kawą z termosu, mnie opadła historyczna chandra. Nie chcę czynić przytyków, ekumenizm dobra rzecz, ale Cerkiew zawsze była narzędziem imperialnej polityki Rosji. Niewinni dziś mnisi z Jabłonnej są spadkobiercami bezwzględnych polakożerców z XIX wieku, Poczajów, miejsce spotkań trzech religii gdzie modlił się Słowacki, po rozbiorach natychmiast stał się wylęgarnią antypolskości i antyrzymski (wyrzucono Bazylianów), to tu szkoliła się UPA, odbywali narady jej dowódcy. Jak to pisał Doncow? "...Sensem życia jest posiadanie i panowanie... rację ma silniejszy...Społeczeństwo które odrzuca ekspansję jest w stanie upadku..."
Napisał to we Lwowie, w 1926 roku. A brzmi tak znajomo. Tak po... rosyjsku. Doncow to ideolog UPA, ich Marks, Lenin i Susłow. To bardzo dobry cytat. Dobrze wyznacza przestrzeń, na której może się odbyć zbliżenie. To jest zbliżenie przez wyrżnięcie. Tyle o Cerkwi. I tyle o tym, co dobrego przyniosła Rosja na te ziemie po złych Polakach. W końcu naszego Papieża do Rosji nigdy nie wpuścili. W duchu ekumenizmu inne związki wyznaniowe zostały w Rosji zakazane.

Tak dojechaliśmy do Krzemieńca i skończył się ten cholerny dzień.

Krzemieniec zawsze kojarzył mi się z opowieścią ś.p. dominikanina Marii Józefa Bocheńskiego, rektora uniwersytetu fryburskiego, brata Adolfa, tego co zabił się na minie we Włoszech, jak już wiedział na pewno, że wojna skończy się tak, jak prorokował: "na nieszpory przyszedł mnich z tej drugiej góry (na której był prawosławny klasztor), pijany w umór, i zaczął ryczeć jakieś ich pieśni. Tego ryku, tego bełkotu, nie zapomnę nigdy. I wtedy zrozumiałem, że tu kończy się Europa, a zaczyna Azja. Tu, w Krzemieńcu, między tymi dwoma wzgórzami" Poprzedniego dnia tak właśnie się czułem w Poczajowie, gdzie ołtarze upamiętniają panowanie kolejnych carów.

Kolegium Jezuickie, późniejsza akademia Krzemieniecka, słynna swymi wychowankami od Syberii po szczyty Andów jakoś się trzyma, mimo że Rosjanie jak zwykle dobrze wiedzieli co należy czynić - zamknęli wszystkie kościoły, akademię, 100 lat później walnęli piękny pomnik chwały Armii Czerwonej przed frontem, w ogrodzie botanicznym postawiono kilka bloków itd. Na pewno pomogło, że miasto leży w dolinie, co było dla mnie sporym zaskoczeniem. Ciekawy jest cmentarz (chyba) kozaków Krywonosa z 1648 roku, pewnie i Kierkut, może zamek, ale dla nas rewelacją były skocznie narciarskie z przemiłym (trochę sinym) trenerem. Przed wojną w Polsce były 3 miasta ze skoczniami (+Warszawa), jednym z nich był Krzemieniec, innym Zakopane, a kolejnym... jak nie wiecie to poszukajcie. W sumie Krzemieniec jest ładnym miastem, ale my chcieliśmy na Ostróg (a może Dubno?), by dać upust geograficznym pasjom Sylwii. Właściwie nie wiem czemu Dermańsko-Mostowski Park Krajobrazowy jest taki ważny, ale byłem zadowolony, bo jak tylko usiłowaliśmy się stamtąd wydostać, natychmiast się zgubiliśmy. Jak zwykle chodziło o skrót i o to, że przecież jakaś droga musi być. Kolejni tubylcy tłumaczyli nam, jak skręcać przy "zjelonym dubie" i zawsze lądowaliśmy w krzakach, może dlatego, że dębów było dużo, ale o tej porze roku żaden nie był zielony. Wreszcie stanęliśmy na jakimś polu, gdzie akurat sadzono ziemniaki i tam jeden pan, nieźle czytający łaciński alfabet wszystko Sylwii wyłuszczył. Zaczął nie od miast czy dróg, ale od granic rejonów. Taka granica to najważniejsza rzecz na mapie, co powinniśmy pamiętać sprzed roku. Otóż byliśmy u zbiegu trzech rejonów i powinniśmy od razu porzucić samochód i przedzierać się pieszo do cywilizacji. Nasze dzieci przyjęły to wszystko spokojnie, najwyraźniej tak właśnie wygląda świat, w końcu jest to jedyny świat, jaki im pokazujemy. Jednak ze względu na pewne przywiązanie do naszego oldtimera zdecydowaliśmy podjąć próbę pokonania szlaku pełnego "katakumb" jak mówili miejscowi. To były, jak wówczas naiwnie sądziłem, dni chwały naszego BX, może starszego o rok, ale wciąż zdolnego do wyczynów jak pod pamiętną Berduchą nad Słuczą. Zrobiliśmy to. Jesteśmy terenowi. Schowajcie się Landcruisery i Land Rovery.

Ostróg i pobliski monastyr to ładne refugialne założenia. Refugium, to takie miejsce, gdzie chowała się ludność w czasie zagrożenia. W Polsce klasycznym refugium jest zamek w Janowcu, bo tam, nad Wisłę, też docierali Tatarzy. W Ostrogskim zamku ciekawe muzeum, tylko, jak zwykle, eksponaty słabo podpisane. Wiszą na ścianie takie np. carskie wrota, wielkie i złocone, ale skąd wzięte to już nie objaśniono. Sporo portretów szlachty i magnaterii, wyposażenia dworów i pałaców. Nic z folkloru, sama kultura wysoka i inteligencja.
Tego można się było spodziewać, więc co tu pisać - chyba że w ławrze stary pop obsobaczył Sylwię, że weszła do cerkwi w spodniach. Wrzeszczał po rusku, że po polsku jest napisane. Było i po polsku. Że w chustkach. Nie dał sobie przetłumaczyć i nie ustawał. No to uciekliśmy. Za cerkwią stoi ładna kuchnia, która pozostała po tych ruskich księciach z pałacem w Warszawie, Ostrogskich.
Tutaj też zetknęliśmy się z nieznanym nam zjawiskiem - ruskim cyrkiem. Wrażenie identyczne jak z ZOO na Sumatrze - wymęczony, łysiejący wielbłąd na sznurku skubie porosty z bryły betonu. Sif total, ale dzieci sobie chwaliły, bo mogły za 3 Hrywny kupić dużą watę cukrową (pierwsza w życiu i od razu zagraniczna!). Bałem się nieco, że do waty wpadnie makijaż pani akrobatki (chwilowo waciarki), ale zjadły wszystko zanim przypomniałem sobie o czerwonce, sepsie i tym podobnych paskudztwach. Na seans nie poszliśmy. Co ciekawe, bilety kupowali głównie starsi ludzie.

Na ten następny dzień czekałem od roku. Zaczęliśmy od Dubna z zamkiem o dwóch bastionach i z dobrą kawą, a potem najpyszniejsze - schrony koło stacji Mokwin. Sylwia z początku wściekła, ale słowo się rzekło, kobyłka u plota - masz dziewczyno takiego faceta, to cierp. Jednak później się wciągnęła, jeździliśmy cytryną dość dowolnie przez pola, przełaziliśmy kanały i eksplorowaliśmy potężne bunkry. Dzieci były szczęśliwe, ja też. Szło nam tak dobrze, że w końcu nie wiedzieliśmy, jak wyjechać spomiędzy dziesiątków kanałów, które wyryła tam władza radziecka, ale pod wieczór dotarliśmy do Sarn. Schrony piękne, duże, nowoczesne, dobrze pomyślane, na km i armaty - cuda po prostu. W Polsce może brakowało pieniędzy, ale myśli nie, więc każdy był projektowany indywidualnie. Przy obiekcie Mokwin 8 stał samochód. Zapaliłem się, że spotkam fascynatów. No i byli to, w jakimś sensie fascynaci. Właśnie palnikiem i łomem demontowali ostatnie 2 zachowane pancerze. "Mietał" tłumaczyli, a ja nie dociekałem, skąd mają gaz do tej kompletnie nieekonomicznej roboty. Cóż, więcej już chyba nie rozwalą, beton jest z bazaltem.

A Sarny? W życiu nie widziałem równie bezsensownego miasta. Klasyczny wykwit radzieckiej myśli. Wszystko duże, dużo za duże, i nie wiadomo czemu aż tak. Można się zmęczyć przechodząc przez ulicę (są tam chyba ze 4). Tylko ludzie mili i dużo sklepów. Chcieliśmy kupić wędlinę, nieźle wyglądała kiełbasa podsuszana, ale że Moskiewska, to nie kupiliśmy. Śmieli się, polecili inną, znakomitą ich zdaniem, z wyglądu jak metka. W smaku dramat - zupełnie jak mielonka, tylko z kiszki, a nie z blachy. Usiłowaliśmy też kupić jakieś ciasto, ale na Ukrainie wszystko zdaje się być fabryczne, nawet w kawiarniach.

Tak nadszedł czas prawdziwej wyrypy dla twardzieli. Postanowiliśmy zrobić pętlę przez przedwojenną "ziemię niczyją" z forsowaniem bagien Olmańskich. Rąkowski opisuje te okolice z wyraźną lubością, lepszej rekomendacji nie trzeba. A więc: Sarny-Klesów-Rokitno-Bleżowo-Berezowo-Wierzyca-Stare Sioło-Perechodycze-Budymla-Jeziory-Dąbrowica. Do Rokitna porządna droga na Kijów, jeden rozwalony schron i kamieniołomy w Klesowie, którym daleko do uroków Janowej Doliny. A potem - nasza ulubiona kostka z łamanego bazaltu. Mijaliśmy kolejne wsie, jak wszystko od granicy ukwiecone owocowymi drzewami, z morzem tradycyjnych, wielkich barci, pozdrawiając czasem koszmarnie ubranych Poleszuków. Te ubrania a la kombinezon czołgisty, potwornie brudne i czarne, to coś, czego nie widzieliśmy rok temu. Gdyby nie chustka, trudno by było odróżnić kobietę od chłopa. Nieźle wytrzęsieni wpadliśmy na targ, gdzie Wojtek kupił krówki, a ja bezskutecznie szukałem klucza 19-stki. I tam zrozumiałem te stroje. Wszedzie zawiewało brudnym pyłem, co w połączeniu z brakiem pitnej wody i proszku do prania musiało dawać takie rezultaty. Pitna woda na Polesiu to cenna rzecz, pewnie stąd taka liczba cudownych źródełek. Przed wojną Polaków musiano szczepić na czerwonkę, miejscowi pili wodę bagienną przez słomkę. W Hrabuniu na wydmie znów spotkaliśmy kozackie krzyże, ale mam wątpliwość, czy oby na pewno kozackie, bo co niby jeźdźcy ze spisami mieliby tam robić? Tam też zaczepiłem chłopa na koniu:
- Panie, tą maszyną przez Wierzycę na Jeziory przejedzie?
- Przejedzie, co ma nie przejechać.

Ale w Wierzycy się okazało, że co koń to nie samochód, i grzecznie wróciliśmy na pewniejszy szlak.
Trochę jeszcze zobaczyliśmy bagien, wpadliśmy do Kafe gdzie pani dała od razu posłodzoną kawę i herbatę, a chłopi jak nakręceni wrzucali kopiejki do maszyny losującej. W sztok pijani zdawali się być uzależnieni od tego pudełka, jak narkomani od dziennej dawki. Stali i kolejno wrzucali wszystkie drobne, szli na koniec kolejki i znowu - czasem wybuchała awantura, czasem wściekłość z przegranej, ale nikt nie walił w maszynę, to świecące pudło to był przybysz z innego, pięknego świata. Tam też Sylwia, zajmująca się było nie było zawodowo turystyką, miała sposobność zetknąć się z działalnością agroturystyczną miejscowych.
-Patrik, z Kanady....był.... intieress..no....możetie malowat'... jak nużno ja pokażu.... - tłumaczył nam młodzieniec o szklanych oczach
-Dziękujemy, fajna propozycja, ale musimy dalej (rzeczywiście planowaliśmy nocleg, ale raczej w połowie drogi)
-Patrik, z Kanady...
Sylwia patrzyła oniemiała
-Pa...atrik z Kanady...
(po półgodzinie)
-Marek, widzę że Cię bierze, ale już jedźmy, innym razem.
-Pa..a..trik, prijechał... jak nużno...
Bawią mnie takie sytuacje. Abstrahując od tego, że lekko to się tam nie żyje, to jednak zderzenie inteligenta z rzeczywistością jest warte oglądania.
Ten Patryk to miał jaja - podsumowała później Sylwia.

Wywinęliśmy sie z tego i ruszyliśmy na Budymlę. Jako że mapa z przewodnika jest raczej orientacyjna, orientowaliśmy się gdzie jesteśmy, czasem zagadując przyjaznych ludzi, w końcu jednak stanęliśmy przed brodem. Bród pokonywał właśnie wozem Fiodor z Fiodorową. I pokazał nam drogę. Na skróty. Po 200 metrach siedzieliśmy solidnie zagrzebani po osie. Zachowałem spokój - to nie pierwszy raz, poza tym nasz cudowny hydro-pneumatyczny samochód z łatwością można unieść do góry i jechać dalej. Przerzuciłem manetkę. Raz. Drugi. Po trzecim wysiadłem. Piach był wszędzie, wóz wisiał na piaszczystej bruździe, brudny pył zasypywał chłodnicę.
Po pół godzinie sukces, wycofałem 10 metrów, ale zlitowałem się nad rodziną i stanąłem. Błąd. Kolejne pół godziny w plecy.
Zmierzchało, byliśmy pośrodku Olmańskich bagien, gdzieś nie bardzo wiadomo gdzie, miąszność torfu do 7 m wszędzie w okolicy - kołatało mi po głowie. Na szczęście w okolicy był Fiodor. I wtedy stało się najlepsze - Fiodor zaprzęgł konia do cytryny i ...wio! To był mocarny widok - Fiodor powozi konia Sosnę, ja Citroena BX 19 TD, złotozębna Fiodorowa i Kulczykowa pchają ile wlezie "francusku maszynu", a Staś i Wojtuś ze śpiewem na ustach idą za nami. "A dzieci podały im rączki / I skaczą razem zajączki". Mając na uwadze kolejne trudności pchaliśmy się dalej i tak niespodziewanie przeskoczyliśmy na drugą stronę, do Jezior.
Jeziory znane są z tego, że 18 września 1939 roku palnął tam sobie w łeb pewien dramaturg, Wąż Pierzasty Nienasycony. Naście lat temu jego ciało komisyjnie przewieziono do Polski, gdzie się okazało, że bezzębny starzec na wszystkie zęby, jest kobietą i ma ruskie guziki. Qui pro quo na miarę Witkacego.
Miejscowi mówią Witkiewicz i są z niego dumni. Mnie zdumiało, że wszyscy są Charkiewicze, w Warszawie mam takiego kumpla, który twierdzi, że liczna rodzina zamieszkuje obecnie Mazury. W sumie całkiem możliwe. Zmówiliśmy modlitwę pod pamiętnym dębem, znaleźliśmy resztki dworu i płytę nagrobną pod śmietnikiem na skraju cmentarza.

Dalej już było prosto. Sylwia w melinie kupiła piwo, w następnej wiosce wzięliśmy stopa, ciekawy, inteligentny facet.
- To musiał być nauczyciel. - powiedziała Sylwia.
- Ciekawe, dla mnie czyste KGB. Te okularki, skóra, szczęka. To musi być różnica pokoleń.

Dzień skończyliśmy w Dąbrowicy, gdzie w hotelu (4-os. pokój z umywalką za 80 Hrywien, pościel w systemie francuskim czy raczej PKP) rozrabiał Wowa. Denerwował się, bo z kumplem i dziewczyną nie mógł wynająć pokoju.
- Do miasta goliat' z diewuszku! - krzyczała administratorka
Tamtejsza milicja jest bardzo szybka i stanowcza. Ale Wowa uciekł.

Potem już miało być leserancko. Ale że pasje Sylwii lekkie nie są, a tamtejsze rezerwaty pojęcia "szlak turystyczny" nie znają, to tak łatwo nie było.
W ten sposób mimochodem zobaczyliśmy ruiny schronów sektora Słomino (szukaliśmy jeziora o tej nazwie) i Czudel (wieś jest na liście miejscowości, gdzie mordowano Polaków), przekroczyliśmy Słucz po moście pontonowym (wojsko to dobra rzecz) i natychmiast wpadliśmy w tarapaty z naszą maszyną. Wóz usiadł na przednich amortyzatorach i nie chciał się podnieść. W efekcie jechaliśmy na samych gumowych poduszkach skacząc jak kauczukowa piłeczka z jednej dziury do drugiej i w tym właśnie momencie minęliśmy Ładę z milicjantem w środku. Na przedstawicielu drogówki widok żółtego samochodu na czarnych rejestracjach miotanego na wszystkie strony z obijającą się w środku załogą nie zrobił żadnego wrażenia; zasalutował nam z dala przyjaźnie i ruszyliśmy dalej. Pewnie miał rację, po kilometrze wszystko wróciło do normy. Milicji w ogóle widzieliśmy dużo, ale nikt nas nie zatrzymywał (rok wcześniej, raz - przez ciekawość).

Kolejne dwa dni to już powrót do Warszawy.
Czartorysk z przepięknymi krajobrazami i Kostiuchnówka, gdzie Legiony pokazały co Polak potrafi. Mało kto dziś pamięta, a szkoda. To tam maturzyści i natchnione małolaty zatrzymały Rosjan, gdy wokół zwiewali z pozycji Honwedzi. To po Kostiuchnówce świat przypomniał sobie o Polsce, sypnęły się deklaracje i obietnice łudzące odzyskaniem niepodległości. Oczywiście Rosjanie zrobili swoje - na Polskiej Górze posadzili las, rozwlekli obelisk itd.
Dziś obelisk znów stoi dzięki harcerzom ze Zgierza, a my, cóż, znów ćwiczyliśmy jazdę terenową pod Redutą Piłsudskiego (bardzo piaszczysty dojazd, Sylwku wybacz).

Potem nocleg w Dubiszczach wybudowanych dla przesiedleńców z Czarnobylskiej zony. Wrażenie jak ze wspomnień niemieckiego żołnierza z '41-go. "przez lornetkę widzimy ładne miasto. Nowoczesne bloki, ulice. W środku rozczarowanie - w ściany nie da się wbić gwoździa, tynk się sypie, okna wypadają, nie ma toalet. Ciekawe, że przesiedleńcy z majątku Czarnobylskich są w 50% "waszej wiary" i mają ładny, nowy kościół. Cerkiew jest w budowie i wcale nie większa.

I już szybko do Warszawy przez Uściług. Przed nami 5 samochodów, czyli 20-30 minut stania, jak oceniamy. O naiwni, po 2,5h z wypełnianiem absurdalnych deklaracji jesteśmy wreszcie w Unii. Niestety z samochodu zabierają nam Ukraińca, który miał zarobić w Polsce na studia (chodzi o pewien szczególny rodzaj wpisowego w cenie kuchni). Fizycznie zawrócili go Polacy, ale to robota Ukraińców - nie chcą puszczać młodych za granicę. Struło to nam humory, przypomniałem sobie wszystkie kolejki po wizy i granice na których stałem z podkulonym ogonem, jak jakiś pies zdany na łaskę tych z lepszego świata. Ale wierzę, że Ukraina kiedyś trafi do Unii. Tym ludziom się należy.

To chyba wreszcie koniec.
Już nie nudzę o Wilanowie i innych głębokich przemyśleniach, ale zachęcam. Wołyń, Polesie to jedne z najpiękniejszych krain jakie widziałem. W Europie, Azji, Afryce i Ameryce. Trochę detali dla zainteresowanych jest w relacji sprzed roku.

Sylwia zapewne będzie miała odrębne zdanie, coś o wydmach i takie tam. Ale to dobra dziewczyna. I chłopaki robią zdjęcia. Z jeżem.

29 kwietnia - 6 maja 2007 roku,
Sylwia, Marek, Staś i Wojtek Kulczyk

P.S. "Nasz" Ukrainiec już jest w Polsce.