Klub Podróży JAREMA na Fejsie

Nepal - listy z podróży


Listy z podróży Iwonki i Jurka Maronowskich z podróży do Nepalu w roku 2001, podczas której zgromadzili materiał do kolejnego fascynującego pokazu slajdów w Klubie Podróży JAREMA.
Zapraszamy do arcyciekawej relacji z  podróży.

Pokhara, 28.10.2001
Kathmandu, 21.11.2001
 

 Pokhara, Nepal 28.10.01
Jesteśmy od 30 godzin w Pokharze.

Lot przebiegł gładko. W samolocie Aeroflot z Warszawy do Moskwy było co najwyżej 30 % miejsc zajętych. W Moskwie pojechaliśmy na Plac Czerwony. Przedmieścia Moskwy robią przygnębiające wrażenie. Brzydkie blokowiska, śmiecie, szaro. Centrum sprawia wrażenie stolicy Imperium. Rozmach, wszystko wielkie. Wieczorem pięknie oświetlone. Kreml, Lubianka, nowo odrestaurowane cerkwie. Było zimno, około 0 stopni i wiatr. Zaskoczyło nas centrum handlowe GUM przy Placu Czerwonym. Najbardziej luksusowy dom handlowy jaki kiedykolwiek widzieliśmy, bardziej luksusowy niż cokolwiek w Europie Zach. czy Kanadzie. Wszystko w 19-sto wiecznym budynku. Po 3 godzinach musieliśmy wracać na lotnisko.

O 24.00 wsiedliśmy do Aeroflotu TU154M (na tym odcinku wszystkie miejsca zajęte), w którym 60% pasażerów miało na nogach buty górskie a jako bagaż plecaki. Wszystkie języki Europy. 4,5 godziny później międzylądowanie w Emiratach (Sharjah). Plus 23 stopnie pomimo, ze 5 rano. Pustynia wokoło. Jeden duży sklep wolnocłowy. Kolejne 3,15 godzin lotu i samolot lądował w Kathmandu. Pół godziny wcześniej z za horyzontu zaczęły wyłaniać się Himalaje. Najpierw wyszedł sam czubeczek Dhaulagiri i Annapurny. Nie dlatego, ze widoczność była czymkolwiek ograniczona, tylko dlatego, ze ziemia jest okrągła. Widoczność była doskonała na setki kilometrów. Później zaczęły wyłaniać się coraz niższe śnieżne szczyty. Po chwili cały horyzont to śnieżna bariera gór wysoka jak lot naszego Aeroflotu. Schodzenie do lądowania w Kathmandu to przeskok nad Małymi Himalajami (niecałe 3000 m npm.) i szybkie opadanie poprzez nagle zmniejszenie mocy
silników samolotu. Jak kamień w wodę za chwile pas lotniska 1300 m npm. Teraz już rozumiemy dlaczego tak niewiele linii lotniczych tutaj lata.

Chcemy pochwalić Aeroflot. Milo, sympatycznie, dobre jedzenie, miękkie lądowania. Może trochę mało miejsca na nogi i brak telewizora, ale nie po to tu jedziemy. Dobrze regulowane ciśnienie w kabinie - uszy się nie zatykały pomimo 3 lądowań i 3 startów.

Nepal, Kathmandu, 26 stopni. Załatwiamy wizę, targujemy taksówkę (nagrane na dyktafon 10 minut targowania w tłumie). Dojeżdżamy do hoteliku. 4USD pokój 2-os. Krotki spacer, załatwiamy bilet do Pokhary. Jest święto "Dasain". Kłopot z biletami na autobus. Udaje nam się kupić bilet z siedzeniem na
silniku przy kierowcy (kiedyś i w Polsce były takie autobusy z wielka klapa silnika przy kierowcy we wnętrzu autobusu). Dla nas to luksus. Rano 5.40 pobudka i 7 godzin jazdy piękna górska droga Kathmandu- Pokhara przy przedniej szybie autobusu. Nieprawdopodobne widoki. Ośmiotysięczniki Manaslu i Annapurna, wiele siedmiotysięczników, cały film zdjęć.

Pokhara sielskie miasteczko nad jeziorem z widokiem na Annapurne, Dhaulagiri i Manaslu oraz najpiękniejszy "Matterhorn" Azji - Machapucchare 6997m. Tu za 4 USD śpimy w pokoju z łazienka i kwiatkami za oknem. Wreszcie można się wyspać. Śpimy 14 godzin. Pyszne jedzenie w niezliczonych restauracyjkach. Sklepiki z pamiątkami. Tropikalna atmosfera a jednak wszyscy w góry lub z gór.
Spotykamy Kasie Mazurkiewicz. Właśnie wróciła z grupa z gór, ze szlaku dookoła Annapurny. Mówi, że w tym roku wyjątkowo mało śniegu i od wielu dni doskonała pogoda.
Dzisiaj załatwiamy tragarza, który zaniesie nasz sprzęt do Tatopani, stąd rozpocznie się poważna część naszej trasy, z namiotem i wszystkim na plecach, bez wsparcia schronisk do dzikiej, Północnej bazy Annapurny i w Nieznaną Dolinę pod Dhaulagiri. Na razie idziemy na 6-dniowa rozgrzewkę i konieczna aklimatyzacje- do Sanktuarium Annapurny, na wysokość 4200m wśród śnieżnych 7-dmio i 8-mio tysięcznych gór, schroniska na całej trasie.

Jutro rano wyjazd. Godzina taksówka i już idziemy pieszo pod ośmiotysięczniki. Przez 3 tygodnie nie zobaczymy żadnego samochodu, żadnej drogi. 
Następny dostęp do internetu być może dopiero za 3 tygodnie. Na razie wszystko idzie zgodnie z planem.

Pozdrawiamy wszystkich serdecznie,
Iwonka i Jurek

 

 Kathmandu, 21.11.2001

Cześć!

Wszystko się udało w prawie 100%, choć czujemy się jakby to było co najmniej 200%!
Ale po kolei:
Wyruszyliśmy najpierw na aklimatyzacyjna wycieczkę do popularnej Południowej bazy pod Annapurna (4130 m tzw. Sanktuarium Annapurny) Pogoda była nienajgorsza, choć czasami pochmurno i po południu deszczyk. Trasa jest popularna, wiec wędrowało sporo innych osób, widywaliśmy kilkadziesiąt innych osób dziennie. Przy późnym dojściu do schronisk brakowało czasami miejsc, choć zawsze cos się dla nas znalazło. Trasa najpierw wśród pól uprawnych na tarasach, żniwa ryżu i sadzenie pszenicy, później przez piękne lasy, wąwozem o tysiącmetrowych ścianach i wielu wodospadach potem po górskich halach do himalajskich lodowców.

Sanktuarium bardzo piękne, cudowny zachód słońca, w nocy pełnia księżyca, ogromne górskie ściany we wszystkie strony. Nocą w schronisku temperatura spadla do +5 stopni, na zewnątrz był mróz. Zajęło nam to 4 dni podejścia w gore i potem już na dół, okrążyliśmy masyw Annapurny Południowej, obejrzeliśmy wschód słońca ze słynnego Poon Hill 3210m z szeroka panorama na Himalaje i dotarliśmy do wioski Tatopani, gdzie
prócz gorących źródeł oczekiwał na nas nasz sprzęt wysokogórski przyniesiony wcześniej bezpośrednio z Pokhary przez tragarza. 

Wszystko dotaszczyliśmy do wioski Lete, 2 dni drogi i 1300 m wyżej w głąb gór i skąd rozpoczęła się najdziksza część naszej wędrówki. 8 dni marszu bez widzenia innych ludzi. Szlak do North Annapurna Base Camp. 

Pierwszy etap to podejście 1830 metrów z 2500m na 4330m bez możliwości zaczerpnięcia wody. Jedyna szansa to wodę zabrać z dołu lub stopić śnieg. Śniegu trochę było, gdyż poprzednie 2 dni popołudniami padał. Trasa to bardzo stroma ścieżka przez dżunglę, niezbyt wyraźną ale nie da się jej zgubić, gdyż wokoło nieprzebyte chaszcze bambusowo różanecznikowe. Na końcu tego etapu dochodzi się do pięknej górskiej laki z widokiem na 2 ośmiotysięczniki - Annapurne i Dhaulagiri. Ponieważ jeden jest na wschód a drugi na zachód nie wiadomo gdzie się patrzeć....To słynne miejsce tzw. "Passage du 27 Avril" znalezione przez francuska wyprawę Maurycego Herzoga w 1950 roku, pierwszą wyprawę, która zdobyła ośmiotysięcznik.

Następny etap to całodzienny trawers górskimi halami pomiędzy 4000m a 4500m. Ścieżka ledwo widoczna. Pogoda nam dopisała, dzięki czemu nie zgubiliśmy drogi. Cudowny widok na zachodnia, strzelista ścianę Annapurny, górująca 4 kilometry nad nami, doslownie na wyciągnięcie ręki. Niezapomniane wrażenie.
Dni bezchmurne, pełne słońca, temperatura dochodzi w dzien do +10 stopni. Noca dokucza nam mroz. W namiocie minus 2 stopnie, szron sypie się z sufitu. Na zewnątrz może ok -10 stopni, niebo pełne gwiazd.

W końcu radość górskich hal się kończy. Trzeba zejsc 1000 metrow do kanionu rzeki Miristi Khola. Tak stromo ze często trzeba się ześlizgiwać po trawie. Końcówka to 300 metrowy pionowy klif. Ścieżka zanika. Z wielkim strachem wyszukujemy łagodniejsze fragmenty wśród skalistych, pionowych urwisk. Każde
z nas martwi się by druga osoba nie zwichnęła nogi, gdyż droga po pomoc daleka. Szczęśliwi, tuz po zachodzie słońca osiągnęliśmy dno doliny. Dolina ta w dolnej czesci jest nieprzebyta - pionowy kanion i dżungla, brak
ścieżki. Właśnie dlatego jedyne dojście tutaj to 3 dni wędrówki po halach. Dlatego tez jest tu tak dziko.

Ostatni dzień to wędrówka wzdłuż rzeki do bazy Annapurny. Kamieniste moreny lodowcowe, głazowiska. Wątła ścieżka, gubimy i odnajdujemy ja wielokrotnie. Mijamy bazę pod zachodnia ściana Annapurny - kilka wypłaszczeń pod namioty, ruiny szałasu i tablice upamiętniające Czecha i 2 Francuzów, którzy tu zginęli. W tej bazie już dawno nikt nie stacjonował, ślady zatarte przez czas.

Dalej dolina się rozszerza. Kilka siedmiotysięczników - Nilgiri, Tilicho, Rock Noir - od takiej strony, którą mało kto widział. Sciany tych szczytów są znane z przeciwnych stron, od popularnej ścieżki schroniskowej wokoło Annapurny. Dochodzimy do pięknego, zielonego jeziora lodowcowego. Sceneria wybitnie wysokogórska - i wszystko to dla nas, w promieniu 4 dni marszu nie ma nikogo innego! Az strach pomyslec.

Baza pod Północna Annapurna, baza skąd zdobyto w 1950 roku pierwszy ośmiotysięcznik leży na wypłaszczeniu moreny. Kilkanaście tablic upamiętnia tych himalaistów i szerpów, którzy zginęli. Niektóre wyraźnie czytelne, inne zatarte przez czas. Ostatnia wyprawa była ponad rok temu, w październiku
2000r. - francuska wyprawa w 50-ta rocznice pierwszego zdobycia. Dookoła czorteny, flagi modlitewne powalone na ziemie przez czas, wiatr, pory roku. Resztki sprzętu himalaistów. Stara japońska drabina, zardzewiale stoły, zniszczone beczki. Dziwne wrażenie jakby to miejsce było pełne chwały i równocześnie zapomniane.

Wędrujemy dalej wzdłuż Lodowca Północnej Annapurny, w kierunku olbrzymiego lodospadu!!! Ten lodowiec jest nieporównanie większy od znanych i popularnych "lodowczyków" pod południową strona góry. Powoli odsłania nam się w całej okazałości północna ściana Annapurny. Łagodna, prawie w całości pokryta lodowa czapa. Ściana lawiniasta, ściana pierwszych zdobywców. Ściana tak niedostępnie ustawiona, ze widać ją dopiero tutaj, po tylu dniach ciężkiej wędrówki z całym sprzętem. Dotarliśmy najdalej jak się dało, trochę
ponad 4500m. Dalej leży kraina himalaistów.

Powrót zajął nam również 4 dni. Martwiliśmy się, aby pogoda się nie załamała - wędrówka w śniegu jest cięższa i bardzo czasochłonna, oraz trudno znaleźć i tak ledwo widoczna ścieżkę. Na szczęście niebo pozostawało bezchmurne.

Ten trekking był naszym najdzikszym wysokogórskim przeżyciem.

Po powrocie do schroniska we wiosce Lete udaliśmy się w dwa dni marszu do górskiego lotniska Jomsom. To już po północnej stronie pasma Himalajów, sucho, atmosfera Tybetu. Ciekawa architektura wiosek Tukuche, Marpha i Kagbeni na dawnym szlaku handlowym z Tybetu do Indii. Dalej rozpościera się tajemnicza kraina Mustang - ostatnie zagubione tybetańskie królestwo.

Powrót opóźniła nam pogoda. Tego dnia, gdy chcieliśmy odlecieć z Jomsom, maluteńki samolocik Royal Nepal Airlines nie nadleciał ze względu na chmury gdzieś w dolnym Nepalu. Po 24 godzinach czekania jednak pojawił się i w ciągu 25 minut przeniósł nas w krainę ptaszków, kwiecistych krzewów, bananowców, restauracji i tysiąca sklepów z pamiątkami czyli do Pokhary. To bylo wczoraj. Dzisiaj autobusem wróciliśmy do Kathmandu, potwierdziliśmy nasz bilecik na Aeroflot i za 48 godzin mamy już siedzieć w TU-154 przez
Moskwę do Warszawy.

Pozdrawiamy Wszystkich bardzo serdecznie i do zobaczenia w Warszawie,

Iwona i Jurek Maronowscy

sitemap-5sitemap-5sitemap-9sitemap-10sitemap-3sitemap-1sitemap-1sitemap-3sitemap-2sitemap-4sitemap-4rsssitemap-8homesitemap-1sitemap-7sitemap-2sitemap-5sitemap-7rsssitemap-8sitemap-9sitemap-9homesitemap-4sitemap-5sitemap-1sitemap-5sitemap-10homesitemap-6sitemap-1sitemap-1sitemap-3homesitemap-6sitemap-9homesitemap-7sitemap-2homesitemap-6homehomesitemap-10sitemap-2sitemap-8sitemap-7sitemap-2homesitemap-6