Klub Podróży JAREMA na Fejsie

Chiny, Nepal, Indie - Listy z podróży do Tybetu

23.09.2002 - Pekin
27.09.2002 - Xian
29.09.2002 - Xian
01.10.2002 - Czat z Chengdu
02.10.2002 - Chengdu - relacja
02.10.2002 - Chengdu - czat
11.10.2002 - Kangding
15.10.2002 - Kangding
23.10.2002 - Chengdu po Leshan i Emei Shan

Część 2: Tybet, Nepa, Goa
25.10.2002 - Lhasa
29.10.2002 - Lhasa
30.10.2002 - Shigatse
20.11.2002 - Zangmu
23.11.2002 - Kathmandu
01.12.2002 - Goa, plaża Anjuna
05.12.2002 - Goa, plaża Palolem

Pekin, 23.09.2002
Internet Cafe w Qiao Yuan Hotel (5zl za godz.)

Cześć!
Tak oto od 9 godzin jesteśmy w Chinach. Lot przebiegł bezproblemowo. Z Moskwy do Pekinu Aeroflot Boeing 777. Wschód słońca zastał nas w okolicach Bajkału, ale było pochmurno. Dopiero za Ulan Bator rozpogodziło się. Mogliśmy podziwiać bezkresną pustkę Pustyni Gobi. Im bardziej na południe, szczególnie gdy wylecieliśmy znad Mongolii i lecieliśmy nad Chinami tym robiło się więcej pojedynczych domów czy tez jurt. W końcu pojawiły się góry porośnięte krzakami a później mocno przerzedzonym lasem, po grzbietach których prowadził Wielki Mur Chiński. Za Wielkim Murem każdy skrawek ziemi już zagospodarowany, siec dróg, autostrady z widocznymi tunelami pod górami.

Pekin z lotu ptaka to bardzo rozległy obszar z wieloma skupiskami wieżowców i blokowisk. Na lotnisku wymiana pieniędzy w automatycznej maszynie a nie w kantorze. Lotnisko olbrzymie i wyjątkowo czyste i nowoczesne. Po wyjściu z terminalu wcale nie obstąpił nas typowy azjatycki tłum, lecz spokojnie wsiedliśmy do autobusu do Placu Tiananmen (25 km).

Zupełne zaskoczenie, czyściutko, szeroka autostrada do centrum, a w centrum widoki raczej jak w Toronto a nie w Delhi. Szerokie, ładnie utrzymane i pomalowane jezdnie, dużo zieleni, mało trąbienia, chodniki, całkiem spokojnie jak na 10 milionowe miasto, nie czuć tłoku, nie odczuwa się hałasu, nikt nie zaczepia, można spokojnie spacerować. Rowerzystów wcale nie tak wielu jak sobie to wyobrażaliśmy, samochody często nowe, drogie, autobusy w miarę luksusowe, nieprzepełnione.

Pekin to wielki plac budowy. Wszędzie powstają nowe kilkunasto lub dwudziestokilku piętrowe domy.

Zakwaterowaliśmy się w hotelu Qiao Yuan, który jest schroniskiem młodzieżowym, pokój 4-osobowy (tzn. my i dwóch Irlandczyków, ok. 16 zł od osoby) Poszliśmy na spacer i okazało się, ze w bocznych, wązkich uliczkach napotkaliśmy ta Azje którą znamy z Indii, tzn. stragany z wszelkim dobrem, więcej śmieci, ale wśród tego także nowe domy. Pekin wygląda jakby pełną para szykował się do igrzysk olimpijskich 2008 roku.

Przygody do tej pory były takie:

  1. Zamówiliśmy obiad w barze za 15 zł dla dwóch osób, przynieśli dwie wielkie zupy i dwie ogromne porcje ryżu, tak wielkie, że nikt by tego nie zjadł i cole. 
  2. Chcieliśmy zamówić małą kolację, ale menu mieli po chińsku i po 10 minutach pertraktacji, bez szans dogadania się pomimo niezwykle milej obsługi i 3 kelnerów do pomocy poszliśmy do KFC na kurczaczka z frytkami. Oni w ogóle chyba lepiej rozumieją, gdy mówimy do nich po polsku niż po angielsku.

Powoli wychodzimy z szoku kulturowego.
Pozdrawiamy,
Iwona i Jurek

 

Xi'an 27 wrzesnia 2002
Uliczne internet cafe za 2,5 zł za godz.

Cześć!
Xian to takie "małe miasteczko wojewódzkie" w środkowo północnych Chinach, tylko 6,5 mln mieszkańców, 14 godzin pociągiem od Pekinu. Ale po kolei.

W Pekinie zwiedziliśmy Zakazane Miasto. To ogromny kompleks budynków z wielkimi placami. Wszystko drewniane. Tu rządzili cesarze Ming i Qing od średniowiecza aż do 1911 roku. Razem z nami zwiedzało wiele tysięcy turystów, głównie chińskich. Chcieli się koniecznie z Iwona fotografować. Część reprezentacyjna to bardzo rozlegle place, pałace w stylu pagód z tronami itd. itp. Z tylu jest część mieszkalna z ogrodami, ładnymi dziedzińcami porośniętymi średniowiecznymi cyprysami. Przyjemnie.

Kolejnego dnia wybraliśmy się na Chiński Mur. Jadąc 3,5 godziny 3 autobusami dojechaliśmy prawie 100 km na północ do pasma gór otaczającego Pekin. Góry są bardzo strome, skaliste, dość suche, porośnięte krzaczkami. Po grani wspina się mur. Byliśmy w pobliżu Huanghua, dzikiej części muru, gdzie krzaki porastają także sam mur i wszystko jest bardzo autentyczne. Bliżej doliny mur jest w złym stanie, rozbierany przez wieśniaków na cegły już od średniowiecza. Wyzej, po kilkunastu minutach wspinaczki stan się poprawił, a na szczytach stan jest doskonały - wieże strażnicze, murki z otworami do strzelania, bramy wejściowe itd. Oficjalnie ten odcinek muru można zwiedzać bezpłatnie, lecz wieśniacy pozakładali bramki, gdzie płaci się 2 Y (ok. 1 zł) za prawo korzystania z drabinki, wejścia na więżę, przejście przez sad. Pokonaliśmy 4 takie bramki. 

Ogólnie Wielki Mur robi wspaniale wrażenia, niezwykle jest to jak stromo wspina się na ostre granie, położony w pięknych dzikich górach, zarośnięty zapomniany. Wysoki na 4-7 metrów, szeroki na 3-4 metry, zbudowany z wielkich głazów i cegieł.

Kolejny dzień spędziliśmy zwiedzając Pekin. Piękne reprezentacyjne bulwary, ale na tyłach często tzw. hutongi, czyli to co normalne w Azji, ceglane niskie budynki, wąskie uliczki, tłok, brudno. Jednak głównie widać nowoczesne  centrum, gdzie wyburzono slamsowate hutongi i pobudowano wielkie gmachy, centra handlowe, wieżowce mieszkalne. Ulice szerokie, kilkupasmowe, bardziej przypominają zachód niż Azje. Pełno autobusów i trolejbusów, szerokie ścieżki dla rowerów i dużo rowerzystów. Ruch drogowy typowo azjatycki, kto pierwszy ten lepszy, pomimo  sygnalizacji świetlnej. Ulice wysprzątane. Jeżdżą polewaczki i odkurzacze. W Pekinie mieliśmy smog i upal ok. 30 stopni.

Środek Pekinu to bardzo rozległy plac Tiananmen. Na nim mnóstwo ludzi, mnóstwo też policji. Wiele osób puszczało latawce.

O 19.30 poszliśmy do Opery Pekińskiej. Spektakl trwał 70 minut, piękne kolorowe stroje, maski, piskliwy śpiew, tańce akrobatyczne, atrakcje świetlne. Było warto.

Kilka spostrzeżeń:

  • W Chinach jest nadmiar ludzi. W restauracji po kilka kelnerek, w sklepach za dużo ekspedientek. W autobusie 1 lub 2 konduktorów. Przed przystankiem konduktor naciska guzik uruchamiający tekst z głośników "Przystanek ......, następny przystanek......" 
  • W hotelu zawsze dostępna gorąca woda w termosie, wiec łatwo robić sobie herbatę.
  • Jedzenie bardzo tanie, bardzo smaczne i dostaje się bardzo dużo - jedna porcja starcza na 2 osoby. Przykładowo zamawiając pierogi za 18 Y czyli 9 zł dostaliśmy wielki talerz z 50 sztuk pierogów. Zawsze podają tez bezpłatną herbatę.
  • Często jest problem z porozumieniem się co chcemy jeść, bo brak menu w językach obcych, nikt zwykle nie mówi inaczej niż po chińsku. Porozumiewamy się na migi bądź kartka i długopisem, nawet rysując co się chce.

W schronisku wyprowadzili się od nas Irlandczycy, a zakwaterowali nam Japończyka. Japończyk w nocy przemawiał przez sen i kiepsko się spało, bo obawialiśmy się, ze za chwile wyskoczy z łóżka z mieczem. W Xian mamy wiec już pokój 2-osobowy.

W końcu wczoraj wsiedliśmy do pociągu do Xian, 14 godzin, kuszetka. Ponad 1000 km. Luksusowo. Elektroniczny napis ścienny w wagonie informował o  szybkości pociągu i nazwie kolejnej stacji. 6 osób w przedziale bez drzwi.

Xian do 10 wieku przez ponad 1000 lat było stolica Chin. W 8 wieku miało 2 mln mieszkańców i było największym miastem świata. Pozostały mury miejskie 14 km długie i trochę zabytków. Dzisiaj zwiedzaliśmy dzielnice muzułmańską, gdzie tacy sami Chińczycy jak wszędzie chodzą w strojach muzułmanów. Wielki meczet podobny do pagody z zakrzywionymi ku górze dachami. Wokoło bazar z pamiątkami.

Jutro jedziemy obejrzeć grobowiec z 200 p.n.e. ze słynną armia terakotowych żołnierzy. W Xian jest troszeczkę chłodniej niż w Pekinie, może dlatego ze jest tu nie 50 lecz 450 m npm. lecz w dzień nadal dochodzi do 30 stopni. W Xian jest tez mniejszy smog niż w Pekinie, choć spaliny i kurz nadal się czuje. Krajobrazy z pociągu wskazują, że poza górami wszystkie lasy w Chinach zamieniono na pola uprawne. 

Pozdrawiamy,
Iwona i Jurek

 

Xi'an, 29.09.2002

Cześć!
Wczoraj spędziliśmy 3 godziny oglądając muzeum terakotowych żołnierzy 40 km od Xian. Jest to cos niezwykłego. Pierwszy cesarz Chin w 3 wieku p.n.e. wybudował sobie grobowiec który obecnie jest wielkim kopcem i kazał wyrzeźbić swoją armie, którą ustawił 1,5 km dalej by strzegła grobowca. Armie ustawiono w szyku bojowym. Armia postawiona była w wykopanych w ziemi korytarzach i przykryta drewnianym stropem, potem matami i ziemia. Historia tak się potoczyła, że miejsce zostało zapomniane i dopiero w 1974 roku rolnicy kopiąc studnie natknęli się na rzeźbę na głębokości ok. 5 metrów. Wokoło były od wieków pola uprawne, kukurydza, zboże.

Archeolodzy odkopali wiele tysięcy żołnierzy z terakoty (wypalona glina), każdy żołnierz jest inny, ma inny wyraz twarzy, trochę inny strój, różne szczegóły jak fryzura, pasek, zapięcie paska, buty, wąsy itd. Rzeźby są rozmiaru rzeczywistego, współcześni Chińczycy wydają się nawet ciutkę niżsi. Cała armia była uzbrojona w prawdziwą broń, luki, miecze kopie, kusze itd. Wśród wojska były tez prawdziwe rydwany, lecz te z drewna całkiem się rozpadły, jedynie pozostały elementy z brązu, np. piasty kół. Rydwany były ciągnięte przez konie, z terakoty, też prawdziwej wielkości, które zachowały się znakomicie.

Żołnierze w armii mają różną rangę: żołnierz, oficer, generał, łucznik, woźnica, kiedyś wszyscy byli pomalowani, kolorowi, zupełnie jak prawdziwi. Teraz tej farby pozostały tylko resztki.

Dzisiejszy dzień poświęciliśmy na spacerowanie po Xian. Mury obronne są kilkanaście metrów wysokie i tyleż szerokie i maja 14 km długości. Ciągną się na prawie całej długości, większość ulic przechodzi przez dawne bramy miejskie, tylko niektóre, najszersze prowadza przez wyłomy w murze.

Natknęliśmy się na wąską uliczkę w stylu Ming, gdzie chyba wszystkie budynki mają dachy jak pagody. Część domów jest zaniedbana, ale większość ładnie odnowiona. Kilka godzin byliśmy w parku miejskim, gdzie dzięki drogim biletom wstępu jest dużo mniej ludzi. Jest tam ładnie, stawy, pagody, fontanny, kwietniki itd. itp.

Xian ma dużo nowoczesnych budynków, lecz spore fragmenty miasta zachowały styl dawnych azjatyckich uliczek z nagromadzeniem sklepików, ciasnota, straganami z jedzeniem itd.

Dziś o 22.18 wyruszamy w 16 godzinna podróż do Chengdu. Mamy bilety na miejsca siedzące, bo zabrakło kuszetek. Zaczął się długi weekend z okazji święta narodowego Chin. Do 6 października będziemy mieli kłopoty z transportem i noclegami.

Kilka spostrzeżeń:

  • W Chinach jada się pałeczkami. Początkowo nosiliśmy ze sobą plastikowe widelce, lecz wszyscy się na nas gapili i się uśmiechali, więc obecnie jadamy już pałeczkami jak rodowici Chińczycy tyle ze nam czasem kiepsko idzie, zwłaszcza przy spaghetti.
  • Praktycznie wszystkie Chinki chodzą w spodniach, czyżby miały krzywe nogi?
  • W hotelu nie dostaliśmy klucza do pokoju, lecz kartę. Każdorazowo po przyjściu pokazuje się kartę z numerem pokoju i pokojowa z pękiem kilkudziesięciu kluczy otworzy nam nasze drzwi. Pokojowa czeka na każdym piętrze przez 24 godziny na dobę, wiec nie ma problemu z wejściem do pokoju.

Pozdrawiamy,
Iwona i Jurek

 

Chengdu, 1.10.2002 - zapis czatu z Jaremowiczami

Iwona i Jurek Maronowscy - Uwaga!
Jest u Was wtorek godz. 15.00 U nas jest 21.00. Przez godzinę będziemy on-line. Czekamy na korespondencję.

Zbyszek Henning - Cześć Wędrowcy, Zmartwiła mnie wiadomość ze udajecie się za południowy-zachód. Od wieków Rosjanie wędrowali na wschód, bo tam jest mityczna kraina mlekiem i miodem pachnąca zwana APONIA. Można też tam dotrzeć idąc na zachód, ale wtedy trzeba okrążyć ziemie. To wędrówka-pielgrzymka na wschód  wyjaśnia kolonizacje Syberii i niezwykłość ludzi tam mieszkających. No ale Wy nie jesteście Rosjanami, inna jest naznaczona destynacja i wiatr gna Was na południe, ku wznoszącym się do nieba górom.
Wracając od marzeń-symboli do Waszej wędrówki zabrakło mi sztandaru  Chin - niedźwiedzia Pandy (tej olbrzymiej) - może na swym szlaku ja spotkacie, choćby w ZOO. Ale jak nie spotkacie to chyba jeszcze można ją obslajdować w Maskwie. Dzięki za komputerową wymianę myśli, relacje z Pekinu, Wlk Muru, Xian i armii terakotowej.

Iwona i Jurek Maronowscy - Jak wiadomo, na wschodzie jest już tylko Szanghaj, Korea i Japonia. Czy warto tam jechać? Ta mityczna kraina leży na wschód od zachodu i na zachód od wschodu, gdzieś tak jak Tybet czy Syberia. Właśnie tam zdążamy. Amerykanie jadą na dziki zachód przecież? 
Misia pandę w ilości kilkunastu sztuk widzieliśmy dziś w stacji rozmnażania misi pod Chengdu. Góry wokoło Chengdu to ich kraj, mieszka tam ok. 1000 dzikich pand olbrzymich.
Raduje nas internetowy czat z Tobą, chcemy jeszcze.

Zbyszek Henning - HURAAAAAAA. Jurki upolowali Pandy. Iwonka musi być zachwycona. A mogliście je pogłaskać?

Iwona i Jurek Maronowscy - Głaskać nie, wszystkie dorosłe spały na wybiegach, dwa roczne baraszkowały na drzewie w odległości 4-5 metrów od nas. Mogliśmy tez przez szybę z odległości 50 cm obejrzeć 4 miesięczne pandki w inkubatorach!!!!!! Skąd Zbyszku wiesz, ze Iwonka była zachwycona? Była bardzo!

Zbyszek Henning - Ja to sobie pomyślałem ze Aponia jest gdzieś koło Kamczatki - może się z Kawerskim tam wybierzemy. Tylko Piotrek obawia się podróży rosyjskimi liniami podniebnymi. 

Iwona i Jurek Maronowscy - Irlandczycy co z nami w Pekinie w pokoju spali przyjechali z Petersburga pociągiem w 4 dni do Irkucka, załatwili wizę mongolską, pojechali pociągiem do Ułan Bator, załatwili wizę chińską i byli w Pekinie. Rosję chwalili, pomimo braku znajomości języka i braku umiejętności czytania nawet nazw stacji cyrylicą. Nawet my się z ich opowieści zachęciliśmy i pomyśleliśmy ze błędem było lecenie do Pekinu, gdy mieliśmy tyle czasu trzeba było jechać koleją......

Artur Flaczyński - Cześć, U nas jest ciepło, miło i słonecznie. Aż chciałoby się pojechać w góry. Czy z Chengdu widać już góry? Pewnie tak. Jaka jest panorama okolicy? Czy zauważacie zmianę w klimacie po przejechaniu kolejnych setek km na południowy zachód? 

Iwona i Jurek Maronowscy - Z Chengdu nie widać niestety gór. Jest do nich ze 200 km, pomimo że na globusie to chyba blisko. Jest trochę smog, wczoraj było pochmurno i nawet popadał deszczyk, dziś znów słońce i upal pewnie 27 stopni. Klimat się bardziej utropikalnił, pojawiły się kwiaty i bananowce. Jadąc z Xian do Chengdu przejeżdżaliśmy przez wielkie góry. Pociąg wspiął się z 450 m na 1350 m i znów zjechał na 490 m w Chengdu (odczyty wysokościomierza) Wokoło góry bardzo wielkie, doliny niezwykle głębokie, wąskie. Kilkadziesiąt tuneli kolejowych.

Zbyszek Henning - Pytanie w stylu Towarzystwa Eksploracyjnego: czytałem kiedyś, ze tam są takie wielkie lokomotywy parowe - ciągnące i pchające jeszcze pociągi towarowe. Czy takie widzieliście? Jeśli nie to wytężajcie wzrok. U nas w Psich kiszkach również przyjechał parowóz z Wolsztyna zwany "Piękna Helena" i ciągnął podobno pociągi do Otwocka.

Iwona i Jurek Maronowscy - Widzieliśmy tylko zelektryfikowane linie kolejowe, żadnych parowozów, pociągi jeżdżące 135 km/h i nijak to się ma do PKP (poza magistralą rzecz jasna)

Zbyszek Henning - Elektrowozy niestety nie maja duszy - podobno parowozy zachowują się jak myślące stworzenia..... Niestety 21 wiek.

Marcin Kulik - Cześć !! A jak Wam się jechało na miejscach siedzących razem z Chińczykami ?? Pewnie niepowtarzalna przygoda ;)))

Iwona i Jurek Maronowscy - Chińczycy są zupełnie spokojni. Nie gapią się, nie zaczepiają. Z panami siedzącymi na przeciwko jedynie wymieniliśmy ukłony powitalny i pożegnalny, a potem oni na nas nie patrzyli. 16 godzin w pociągu to dużo na tyle, by przelotnymi spojrzeniami zapoznać się z wyglądem wszystkich okolicznych pasażerów (cały wagon otwarty bez przedziałów). Wagon był klimatyzowany i ok. Co 2-3 godz przechodził ktoś z obsługi i ścierał na mokro podłogę. Co 15 minut również w nocy jechał pan z Warsu z jedzeniem i piciem i wrzeszczał "piwo jasne!!!!!" lub cos w tym stylu.

Marcin Kulik - Dzięki za list! Przywieźcie koniecznie pałeczki z Chin, to może zaprezentujecie w Jaremie sztukę jedzenia tymi narzędziami :))). 
Czy znacie może w Necie jakąś stronę z sensowną mapą Chin (żeby wiedzieć, gdzie jesteście!) ?
PS1 Myślałem, że długie weekendy to tylko polska specjalność. A tu w Chinach też szykuje się tygodniowy weekend :)))
PS2 Jak się kupuje w Chinach bilety kolejowe ? Czy jest tak jak w Rosji, że za łapówkę miejsce zawsze się znajdzie?

Iwona i Jurek Maronowscy - Cześć! 1. Pałeczki chętnie przywieziemy i zaprezentujemy.
2. Strony z mapa Chin żadnej w pomyśle nie mamy.
3. Długie weekendy to fikcja. Wszystko wygląda tu jakby był dzień powszedni, nawet banki są czynne a korki jak co dzień. Niedziela zresztą tez tak wyglądała. Może to dlatego, ze jak polowa Chińczyków weźmie urlop to reszta jest w stanie stworzyć pozory pełnego obsadzenia wszystkich stanowisk. W pociągach na pewno więcej biletów wykupili.
4. Bilety to ciągła walka. Kolejki do okienka maja czasem pól godziny, a jak się dojdzie to nie wiadomo, czy zechcą sprzedać i czy będzie w ogóle miejsce. Można korzystać z biur turystycznych lub hotelu, ale wtedy płaci się słoną prowizje. My póki co zawsze walczyliśmy na stacjach. Raz pani odmówiła nam sprzedania, innymi razy albo nie było miejsc albo nam sprzedano bez problemu.

Marcin Kulik - Eeee, to jednak Polacy bardziej lubią i świętują długie weekendy ;)). Przynajmniej warszawiacy.
Wagon klimatyzowany - to cos w rodzaju naszego InterCity :))). A czy bilet na taki pociąg jest też tak diabelnie drogi jak u nas ? Czy byliście jedynymi białymi pasażerami w wagonie ?

Iwona i Jurek Maronowscy - Klimatyzacja rzeczywiście jak u nas w intercity, ale tu w lato są takie upały, że bez klimatyzacji można podobno odparować. Bilet na kuszetkę Pekin - Xian (14 godz. ale do 135 km/h przynajmniej pół trasy) kosztował ok. 130 zł, Xian-Chengdu (16 godz.) siedzenie ok. 50 zł. To raczej znacznie taniej niż w Polsce. W wagonie Pek-Xian było kilku zagranicznych. Xian-Chen byliśmy jedyni, lecz w innym wagonie widzieliśmy jeszcze 2 plecakowiczów bladotwarzowych.

Artur Flaczyński - Mapka Chin jest już na Waszej stronie z listami. 
Słyszałem, że z kupnem biletów są spore problemy. A jak udaje się Wam trafić do właściwego okienka? To ponoć też jest trudne. Kiedyś chłopak na liście dyskusyjnej opisywał, jak zwrócił się o pomoc do milicjanta, co ponoć jest ryzykowne, a ten po 10 minutach tłumaczenia "rozstąpił" tłum i zaprowadził bez kolejki do właściwego okienka.

Iwona i Jurek Maronowscy - Z tym właściwym okienkiem do zakupu biletów kolejowych, to jest tak, że mamy napisana nazwę stacji docelowej na kartce po chińsku (Jurek sam przepisuje krzaki z przewodnika) następnie zajmujemy kolejkę i pytamy wszystkich dookoła pokazując kartkę, czy dobrze stoimy. Zawsze działa.

Marcin Kulik - To chyba Jurek ma duże zdolności artystyczne :)))) A po jakiemu pytacie ?? Czy macie jakieś rozmówki polsko-chińskie ? :)))
Napiszcie coś w liście o tej stacji rozmnażania misi ;))
Jak na złość, pogoda się poprawiła, jak przerwałem urlop. Dziś w Wawie jest słonecznie i 17 stopni. Jednak na Kasprowym nadal leży śnieg. Weekend znów ma być wszędzie chłodny. A u Was nadal ciepło ??

Iwona i Jurek Maronowscy - U nas wczoraj był deszczyk i 22 stopnie, dziś słonko i 27 stopni. Obsługa pałeczek jest na trójkę. Polskie litery w mailach wyglądają normalnie, ale my nie możemy żadnej polskiej litery napisać, bo gdy spróbujemy to albo wyskoczy krzak albo w ogóle coś się złego wydarzy, np. musimy od nowa pisać maila.
Współczujemy zlej pogody. Musi ktoś mieć złą pogodę aby dobrą miał ktoś.... 

 

Chengdu, 02.10.2002
Internet Cafe w Akademii Medycznej, 1 zl za godzine!!!!

Cześć!

Pociąg z Xian do Chengdu jechał dokladnie według rozkładu. Musimy jednak opowiedzieć, jak kupowaliśmy na niego bilety. Kilkakrotnie odwiedzaliśmy kasy biletowe na stacji, ponieważ chcieliśmy zakupić kuszetki. Za pierwszym razem powiedziano nam, ze musimy startować w przeddzień odjazdu lub w dniu odjazdu. W biurze turystycznym w hotelu powiadomiono nas, że prowadzą przedsprzedaż biletów, ale z powodu świąt wszystkie kuszetki są sprzedane do 2 października, ale mogą nam załatwić za dużą prowizją. My prowizji nie lubimy płacić, więc w przeddzień wyjazdu poszliśmy na stację. A tu wielka kolejka przed długim weekendem (od 1 października do 6 października z okazji 53 rocznicy proklamowania Chińskiej Republiki Ludowej...) Właściwe okienko zawsze wybieramy pokazując innym pasażerom z kolejki kartkę z nazwą stacji docelowej przepisaną z przewodnika krzaczkami . Rozmawiamy na migi, kierują nas zawsze do właściwego okienka.

Tym razem kolejka była na pół godziny, pomimo, ze działały wszystkie 30 okienek z kasami. Zaskoczeni odeszliśmy z okienka z kwitkiem, bo pani była rasistka i odmówiła sprzedaży białym. Kolejna próba następnego dnia rano, o ósmej była sporo krótsza kolejka, udany zakup biletu, ale na miejsca siedzące. Kasjerce też oczywiście pokazujemy kartkę, bo ustnie trudno właściwie wymówić nazwy.

Pociąg był ok. klimatyzowany, bez przedziałów, siedzenia średnio wygodne ale czyste. Chińczycy przyjaźni, nienarzucający się. Sprzedawcy całą dobę roznosili napoje, jedzenie, gazety. Bardzo popularne są zupki w dużych kubkach, ostatnio tez dostępne w supermarketach w Polsce. Zalewa się wrzątkiem, a w pociągu jak i w każdym hotelu wrzątek jest bezpłatny i zawsze dostępny.

Chengdu, 10 milionowe, największe miasto Chińskie poza wybrzeżem i Pekinem, okazało się najprzyjemniejszym z dotąd odwiedzonych miast. Wielkomiejskie ale bez zbędnego rozmachu. Kolorowe, zielone. Dużo ryksz rowerowych, miejscami tłok i korki lecz wiele ulic całkiem spokojnych.

Zamieszkaliśmy w hoteliku polecanym przez Lonely Planet - Sam's Backpackers, troche na uboczu, na terenie Akademii Medycznej. Ale wybór wyśmienity!! Wielki czysty pokój z łazienką, w stylu hoteli pięciogwiazdkowych, telewizja kablowa z 25 kanałami po chińsku i jednym po angielsku (Central China TV program 9 !!!!!) Kosztuje nas
ten pokój aż 50 zł za noc, ale czujemy, ze to tanio. 

Pierwszy dzień w Chengdu odsypialiśmy podróż. Drugiego dnia wybraliśmy się do centrum badania i rozmnażania Pandy Olbrzymiej. Jest to duży teren porośnięty lasem bambusowym, wielkie wybiegi sprawiają wrażenie naturalności. Wszystkie dorosłe Pandy spały, jedne na drzewach, inne pod murkiem lub w skalnych jamkach. Tylko dwa roczne pandziątka baraszkowały to włażąc na drzewo, to z niego spadając. Bardzo zabawne i fotogeniczne, a mogliśmy to obserwować z 5 metrów.

Inną niezwykłą sprawą są malutkie, miesięczne pandy. W tym roku urodziło się ich pod koniec sierpnia 4 szt. Jedna jest pod opieka matki, którą również można oglądać przez szybę. Pozostałe 3, odrzucone przez matki, znajdują się w inkubatorach. Inkubatory ustawiono przy szybie, zza której można to wszystko obserwować. Pani doktor w maseczce i rękawiczkach cały czas nadzoruje małe pandki. Obok zagrody pand olbrzymich, które rozmiarem przypominają niedźwiedzia czarnego, są zagrody pand czerwonych. Te są dużo mniejsze, mają piękne długie, puszyste ogony i ciągle śpią na drzewach. Wycieczka do Pand bardzo nam się podobała, a w mieszczącym się obok
muzeum dowiedzieliśmy się dużo ciekawych szczegółów. Pand olbrzymich na wolności jest ok. 1000 sztuk w 30 odizolowanych rezerwatach, wszystkie w górach otaczających Chengdu, na wysokości 2500-3500 m npm. Pandy w niewoli bardzo niechętnie się rozmnażają, muszą mieć olbrzymie wybiegi i poczucie wolności. Inaczej można jedynie stosować sztuczne zapłodnienie.

Po południu odwiedziliśmy świątynię buddystów chińskich w Chengdu. Bardzo żywa świątynia, kilkudziesięciu mnichów odprawiało modły pięknie śpiewając i grając na rożnych instrumentach. Ludzie zapalali kadzidełka i modlili się. Na terenie klasztoru jest też herbaciarnia i setki osób piją herbatę wśród drzew. Jest też restauracja wegetariańska, gdzie z soi i innych warzyw tworzą dania imitujące wyglądem i smakiem potrawy mięsne.

Wieczorem spacer po centrum Chengdu to wyprawa w inny świat. Tłumy ludzi wśród lasu kolorowych neonów, luksusowych butików i centr handlowych, restauracji. Tak wyobrażaliśmy sobie Hongkong. Tylko na centralnym placu niespodzianka - wielki posag Mao spoglądający z uniesiona ręką na swój lud i jego kolorowe reklamy.

Dzisiaj rano wypoczywaliśmy, a potem badaliśmy rynek pod względem dalszej trasy. Wyjazd do Tybetu kosztuje 1850Y tj. ok. 225 dolarów, w tym zezwolenie i bilet lotniczy w jedną stronę Chengdu-Lhasa. Być może wiec zamiast jechać północną drogą do Tybetu lądem, autobusami (co podobno kosztuje 200 USD, czyli prawie tyle samo), wsiądziemy jednak do samolotu.

Odwiedziliśmy 6 sklepów ze sprzętem trekkingowym. Buty górskie, namioty, plecaki, pełne zaopatrzenie. Znaleźliśmy nawet kurtki Campus z polskimi metkami!!!!. Butle gazowe niestety są tylko do EPI-gaz. My mamy blueta i chyba będziemy musieli niestety kupić nowa kuchenkę. Jutro kupimy.

Odwiedziliśmy też wielką księgarnię, 3 pietra, w środku schody ruchome itd. Pełno ludzi na podłogach czytających książki. Wybór map górskich okazał się znikomy. Okolice Gonga Shan 7556m, pod którą pojutrze chcemy jechać, znaleźliśmy tylko w miarę porządną mapę w wielkim atlasie prowincji Sichuan. Jurek przerysował. Zakupiliśmy za
to mapę Polski, z wszystkimi nazwami po chińsku. Fajna lektura.

Pojutrze rano o 6.30 chcemy wyruszyć autobusem w masyw Gonga Shan, w Górach Sino-Tybetańskich 400 km na południowy zachód od Chengdu. Potem powrócimy do Chengdu.

Pozdrawiamy,
Iwona i Jurek



Chengdu, 2.10.2002 - zapis czatu z Jaremowiczami

Iwona i Jurek Maronowscy - Wczoraj internet nam nagle tak spowolnił, ze nic już się nie dało napisać i poszliśmy spać. Dlatego czat nagle padł.

Zbyszek Henning - Super! Wiadomość doszła. Obawiam się tylko tego, że z butlami z epi może być problem w samolocie. Fajnie że żyjecie jak zachodni turyści, opływacie w luxusy wypracowane przez chińską klasę robotniczą. Spadek cen za internet jest dramatyczny. Sądząc z poprzedniego czata jest w Chinach wieczór, jesteście po kolacji, oczy Wam się kleją - ale piszecie do wiernych jaremowiczów. 

Iwona i Jurek Maronowscy - U nas jest 22.20 Jutro śpimy długo, a więc rusza czat!!!!!!!

Marcin Kulik - No to super :))). Miałem już wyjść z pracy, ale w takim razie chyba jeszcze nie wyjdę :))
U nas jest 16.25. Jak tempo netu w Akademii Medycznej ? Czy nie grozi nam przerwanie dzisiejszego czata ?

Iwona i Jurek Maronowscy - Butli z EPI nie chcemy zabierać nigdzie samolotem. Jak są w Chengdu to i będą w Lhasie. Teraz chcemy kupić butle na wędrówkę górami Sino Tybetańskimi pod Gonga Shan! Internet jest tu dramatycznie tani, ale obok nas siedzi kilkudziesięciu (Iwonka doliczyła 30-stu) studentów chińskich i surfuje lub gra w gry. Jak na 22.26 to chyba nieźle...

Iwona i Jurek Maronowscy - Internet tu działa jak rakieta, nie ustępuje jakością szwajcarskiemu łączu jakie miałem w Polsce w pracy. A wczoraj rzeczywiście nagle spowolniło. Dziś zapewne tez może się tak stać. Jak ucichniemy to znaczy ze się zepsuło.....

Zbyszek Henning - Czy nie odczuwacie wrażenia - że te neony, wieżowce, miasta powstały, bo Chińczycy mieli dość łagru, obozu pracy - że nie chcieli domagać się wyższych pensji, praw pracowniczych, przywilejów. Ważna dla nich jest zwyczajna egzystencja na poziomie minimum - i dzięki temu powstaje to wszystko co w kraju komunistycznym jest tak zastanawiające: potężne budowle, skomplikowane produkty. 
Słyszałem o cenzurze internetowej w Chinach: czy ja odczuwamy tym nagłym spowolnieniem.

Marcin Kulik - Może Internet nie jest dostępny w mieszkaniach prywatnych ? A właśnie, czy w Necie w Chinach jest jakaś cenzura - blokada dostępu do stron krytykujących ustrój Chińskiej Republiki Ludowej :))) albo zakaz wchodzenia na te strony ?? 
Czyżby wykryto, że są wysyłane listy do wrogiego kraju imperialistycznego, jakim jest Polska :))??
Ale przecież Internet to też wymysł wstrętnych imperialistów ;)))

Iwona i Jurek Maronowscy - Wczoraj w CCTV9 pokazywali obchody święta narodowego. Czuć wielkomocarstwowość. Śpiewa się pieśni patriotyczne o nadchodzących w 2008 roku Igrzyskach Olimpijskich. Pokazują tylko te najpiękniejsze, ekskluzywne fragmenty wielkich miast, wszyscy są ładnie ubrani i uśmiechnięci. Aż chce się żyć. Chiny są piękne. Chiny od 1978 roku miały nieprzerwany wzrost gospodarczy średnio po 9,5 procenta rocznie. Co tam Nowy Jork czy Paryż w porównaniu z nowoczesnością Pekinu i Szanghaju. Takie mamy wrażenia z oglądania telewizji.

Zbyszek Henning - Jak tam jest tak dobrze - to do Chin niedługo będziemy jeździć na saksy. jak oceniacie szanse Polaków na rynku pracy? Czy są tam dźwigi na budowach - czy wszystko wnosi się ręcznie?

Piotr Piegat - Polacy to już tam jeżą na saksy, od ładnych paru lat ... ostatnio głównie piłkarze (np. Czereszewski) i trenerzy (np. Strejlau) - to nic, że do chińskiej II ligi ... ;))

Marcin Kulik - A po jakiemu w TV chińskiej mówią ? Czy wrażenia są tylko  z oglądania, czy ze słuchania też ;)))

Zbyszek Henning - Co to znaczy prawdziwe Chiny - to także wieżowce, autostrady, fabryki - to nie polski zaścianek ale 21 wiek. Precz ze starodawnymi stereotypami o Chinach.

W tym momencie połączenie internetowe z Iwoną i Jurkiem się urwało. Czekamy na kolejne wieści z Chin.

 

Tuż przed listem Iwonki i Jurka, 11.10.2002

Marek Kulczyk:PAP 2002-10-11 (14:45) 
Przepisy zabraniające nieletnim korzystania z kawiarni internetowych opublikowano w piątek w Chinach. W opinii państwowych mediów, kawiarnie te "są trucizną dla umysłów młodych ludzi". Zakaz wchodzi w życie 15 listopada.

Piotr Piegat: na szczęście Jurki skończyli już 18 lat ...

Artur Flaczyński: Chińczycy mylą datę urodzenia z numerem paszportu. No i nie zgadza im się;-((((((((

Marcin Kulik: A czy żyją jeszcze ??

Artur Flaczyński: Ale nie piszą: więc może Jurki się w tej kawiarni zatruły i teraz bolą ich brzuchy i głowy..........

Piotr Piegat: albo wchodzą właśnie na Gonga Shan ...

Iwona i Jurek Maronowscy: Wbrew pozorom policyjnych Chin nikt jeszcze od przyjazdu do Pekinu nie zaglądał nam do paszportu...... Martwimy się troszkę o ciągle prześwietlanie naszych filmów na dworcach kolejowych i autobusowych. Co prawda wszędzie jest "Filmsafe" ale Chińczycy już chyba wszystkie dworce zaopatrzyli w prześwietlarki by kontrolować bagaż, i cały bagaż trzeba prześwietlać.

Piotr Piegat WŁAŚNIE NAPISALI :)) 

Marcin Kulik: oooo, to ciekawe :)) Napiszcie coś więcej, jak to funkcjonuje ? Tak jak u nas na lotniskach ?

Iwona i Jurek Maronowscy: Dokładnie tak jak na świecie na lotniskach. Tyle, ze nie robią kontroli małego bagażu ręcznego.

Iwona i Jurek Maronowscy: Żyjemy! Żyjemy!!!!! Brzuchy nie bolą! Na CNN.COM tez da się wejść!!!
Właśnie zeszliśmy z Gonga Shan ...!!!! A wszyscy robotnicy i wieśniacy są przekonani, że byliśmy na 
szczycie!!! Pokazywali w trakcie naszego powrotu znak wzniesionego kciuka, zwycięstwo, jako ze 5 dni wcześniej szliśmy w kierunku Gonga Shan.

Piotr Piegat: a my ruszamy jutro ze slajdami, pełna gotowość bojowa !!! są nowe pokazy i nowi prelegenci, nowe talenty polecam [www.fotopodroze.pl] przygotowujemy grunt na Wasz przyjazd i Wasze nowe pokazy ...

Kangding, 400km na zachod od Chengdu, 2600m npm, 11.10.2002,
Internet cafe w bocznej uliczce od potoku za 1,5 zl za godzinę.

Cześć!
Ostatni raz byliśmy w Chengdu. Wiele się od tego czasu wydarzylo. W Chengdu robiąc zakupy w Carrefour zafascynowało nas stoisko z żywymi zwierzętami (do jedzenia oczywiście). Oto cennik (1USD = 8,2 Y):

  • ropucha - 6,80 Y
  • żółw - 45 Y
  • mały ślimak - 4,5 Y
  • duży ślimak - 7 Y
  • krab - 32,90 Y

Najfajniejsze było obserwowanie jak kupowali kraby, bo trzeba było wyłowić sobie samemu z wielkiego akwarium, a kraby dzielnie szczypcami się broniły. My kupiliśmy głównie importowana żywność na trekking, np. niemieckie musli, duńskie mleko, nowozelandzkie serki i włoski makaron. A wiec importowane towary można w Chinach wbrew obawom kupić.

Następnego dnia pojechaliśmy 300 km w 10 godzin autobusem w góry. Pierwsze 140 km to autostrada, następne 116 km to porządna droga pnąca się w bardzo strome góry porośnięte dżunglą, 4 km to tunel 2200 m npm., ostatnie 40 km to droga w budowie, same dziury i roboty. 

Przenocowaliśmy w małym hoteliku i rano taksówką 50 km do wioski Moxi u podnóża Gonga Shan 7556m, najwyższego szczytu gór SinoTybetanskich. Tu jest punkt wejścia do parku narodowego Hailugou, z 14 km lodowcem. (wstęp 10 USD, potem autobusik za 5 USD dowozi do kolejki linowej, która za 9 USD przewozi nad lodowcem, do punktu widokowego, pełnego chińskich turystów!!!!)
Ci co nas znają, wiedzą, że musieliśmy cos wymyśleć innego. Nie mieliśmy mapy, bo nie ma map, ale skapowaliśmy się, ze po sąsiedzku od północy jest tajemnicza dolina rezerwat Jancygou.  Dowiedzieliśmy się tylko w luksusowym hotelu, ze wstęp tam wzbroniony. Wędrowaliśmy więc 5 km drogą na północ pytając po drodze 
wieśniaków. Ci z entuzjazmem wskazywali drogę.

Kiedy mijaliśmy ostatni dom w wiosce u wejścia do doliny, chińska babcia wybiegła z pismem po chińsku z czerwona pieczątką i usiłowała nas zatrzymać. Dyskutowaliśmy kilka minut, ona po chińsku, my po polsku. Zebrało się kilku wieśniaków, którzy o dziwo poparli nasze zdanie, babcia spasowała i wędrowaliśmy dalej. Okazało się, że dalej na odcinku 10 km w głąb doliny trwa budowa drogi, a babcia zapewne miała pismo "roboty drogowe, nieupoważnionym wstęp wzbroniony". Mijaliśmy dziesiątki robotników budujących drogę, bardzo przyjaźnie nastawionych. Przed zmrokiem dotarliśmy wreszcie do dziewiczej części doliny i rozbiliśmy namiot.

Ale jaki to był nocleg!!! Jest tu bardzo mokro, tzw. wiszące bagna, czyli podmokły teren nawet na zboczach. Namiot rozbiliśmy na suchym kawałku gruntu, lecz wystarczyło wyjść 2 kroki by wpaść w błoto po łydkę. Wokoło dżungla, 
śpiewające ptaki, groźne odgłosy lasu.

Przez kolejne 3 dni widzieliśmy tylko raz dwie chińskie turystki na koniach, z trzema przewodnikami. Dolina jest bardzo dzika. Jedynie stara ścieżka, od bardzo wielu lat zasypywana przez lawiny, zawalona pniami drzew i zarośnięta prowadzi wędrowców. 

Wspinaliśmy się zarośniętą ścieżką przez mokry las (różanecznikowo sosnowo modrzewiowo cisowo bambusowo różnoraki), później pokonującą kolejne zarośnięte, lodowcowe moreny, by wydostać się na piękne alpejskie ląki. Kolory jesieni, drzewa liściaste mają liście żółto czerwone. Piękna słoneczna pogoda. Wokoło głębokiej leśnej doliny wysokie granitowe iglice i śnieżne szczyty. Bajka. Mnóstwo strumieni i wodospadów.

Już na halach okazało się, że musimy przekroczyć główny lodowcowy strumień. Wybraliśmy szerokie rozlewisko, zimna woda po kolana. Ale było warto. Dotarliśmy grzbietem moreny na 4000 m do kotła lodowcowego, gdzie wszędzie dookoła wznosiły się śnieżne sześciotysięczniki, a najwyżej wznosiła się Gonga Shan. Teren wybitnie wysokogórski, podobny do Himalajów lecz bardziej mokry.

Ale tu dopiero nieprzewidziane przygody zaczęły się. Przy ponownym przejściu rzeki wpadł Jurkowi do wody kijek teleskopowy i odpłynął... W drodze powrotnej na noclegu w dżungli jakiś zwierz ukradł nam kosmetyczkę z mydłem, dezodorantem, sunblokiem, obcinaczem do paznokci. Szczęśliwie ocalały szczoteczki do zębów i pasta. Kompletnie nie wiemy w którym to się stało momencie, i jaki był to zwierz. Zapewne mogła to być małpa, ewentualnie wiewióra. Przeszukaliśmy kijkiem wszystkie nory w promieniu kilkudziesięciu metrów i nic. Zagadka dla Szerloka Holmsa.

Po zejściu z gór zaczął padać deszcz. Postanowiliśmy go przeczekać w Moxi, lecz po 36 godzinach nadal padało. Dzisiaj rano wsiedliśmy w taksówkę, a tu 5 km od Moxi właśnie lawina zabrała drogę. Czy ugrzęźliśmy? Wróciliśmy do Moxi.

Z Moxi jest jeszcze jedna droga, przez czterotysięczną przełęcz do Kangdingu. Niezwłocznie wsiedliśmy w kolejną taksówkę, której kierowca był zdesperowany za niską cenę uciekać do Kangdingu zanim Moxi stanie się odcięta od świata przez lawiny. W padającym deszczu wspinaliśmy się serpentynami gruntową drogą. Od 3300 m leżał już śnieg. Na 3800 m zakopaliśmy się w 20 cm śniegu, w chmurze, w zadymce. Na szczęście jechały też inne pojazdy, które zresztą też się pozakopywały. Było wesoło. Nasz kierowca miał łańcuchy, po założeniu których z pomocą wypychania przez nas i innych kierowców lub pasażerów, wydostaliśmy się jakoś na przełęcz. Potem było już z górki. Przed 13.00 dotarliśmy do Kangding, do którego jeszcze rano wcale nie zamierzaliśmy jechać. 

Kangding to miasteczko w stromej dolinie, wokoło widać śnieżne góry. Mieszka tu sporo Tybetańczyków i zdążyliśmy już szybko obejrzeć 3 klasztory, które są gruntownie odnawiane po złych latach i zamieszkują je spore grupy mnichów tybetańskich.

Na jutro kupiliśmy bilet do wioski TaGong, 100 km na zachód, gdzie już na płaskowyżu tybetańskim jest przepiękny klasztor. Potem wrócimy do Kangdingu. Takie mamy plany.

Pozdrawiamy Serdecznie,
Iwona i Jurek 

Artur Flaczyński: Jakie zwierzątka kupiliście na targu????? Gratulujemy świetnych pertraktacji z babcią. Znajomość chińskiego widać jest zbędna, a wręcz niepożądana. Ciekawe, czy można w Chinach kupić jakieś sensowne kosmetyki? Gratulujemy dotarcia do Tybetu, śniegu i zimy w środku jesieni. U nas pod Elblągiem też przysypało...

Iwona i Jurek Maronowscy: Nie kupiliśmy żadnych zwierząt. Język polski zwykle wystarcza. Kosmetyków jest sporo, nawet w wioskach są sklepiki kosmetyczne, tyle ze brak dezodorantów.

Marek Kulczyk: Kosmetyczkę zakosiła małpa Jurek, bo nie chciał dźwigać, albo odkuwał się za kijek.
Rety, ta technika to wielka sprawa! niech żyje internet! Wiecie, że w Chinach żyje Leśny człowiek? - szybko kupcie większy kijek. A że towarzystwo tropicieli UFO ma 40000 członków? I że to Chińczycy pierwsi latali UFO? I zrobili pierwsze zdjęcie w 1940?

Iwona i Jurek Maronowscy: Na przykład podobno jest tu gdzieś pod Kangdingiem jezioro zwane Jeziorem Dzikich Ludzi. Być może tam kosmetyczki giną jeszcze częściej. Prawie całą zawartość kosmetyczki już odkupiliśmy, nie ma tylko dezodorantów (żółta rasa nie śmierdzi) oraz maszynki do golenia (żółta rasa używa żyletek a nie maszynek jednorazowych). Liczymy na zaopatrzenie Carrefour Chengdu za parę dni.

Artur Flaczyński: Wow. Tu jestem zaskoczony!!!! Carrefour w Chengdu??? Nawet w Tajlandii ani w Malezji nie było znajomych nazw supermarketów!!! A czy dostrzegacie różnice pomiędzy przyjaznością wobec Was Chińczyków i Tybetańczyków? Czy okolice, w których jesteście zamieszkuje już większość, czy jeszcze mniejszość chińska? Na ile "inni" są Tybetańczycy?

Iwona i Jurek Maronowscy: Tybetańczycy i Chińczycy wydają się równie przyjaźni. Tu w Kangding jest już sporo Tybetańczyków.

Piotr Piegat: Ile razy jeszcze planujecie przedłużyć Wasze wizy? ;)))

Iwona i Jurek Maronowscy: Wizy jeszcze nie przedłużaliśmy. Będziemy to robić w ciągu kilku dni, ale jesteśmy pewni, że nie będzie problemu. Wizę mamy do 22 października i przedłużymy do 21 listopada.

Marcin Kulik: A potem ?? :))))

Iwona i Jurek Maronowscy: Potem nadejdzie zima a my zjedziemy do Nepalu.

Marcin Kulik: A kiedy zjedziecie do Polski ? :)))

Zbyszek Henning: A U NAS W POLSZCZE w Wwie SĄ DEMONSTRACJE . A GLOBTROTTER LEPPER WYBIERA SIĘ DO IRAKU: CIEKAWE CZY ROBI SLAJDY?

Piotr Piegat: No to zaprośmy go na pokaz - może do kina? Frekwencja gwarantowana ... przyjedzie autokarami ;))

Zbyszek Henning: Dziś PP zapędził nas do sprzątania wieży. Pomożecie? 

Artur Flaczyński: A na jutro zapraszamy do nas!!!!! Wpadniecie??????????????? 

Iwona i Jurek Maronowscy: Chętnie za rok albo w styczniu! Jesteśmy duchem ze sprzątającymi. Wiemy, ze jest pełno kurzu bo odwiedziliśmy Jaremę w czasie Targów Podróży. Pamiętajcie, że kable i głośniki są w klubie, sprawne, gotowe.

Marcin Kulik: Kurz jest, ale poza tym nie jest tak najgorzej ;))

Piotr Piegat: eee nie przesadzajmy, nie jest tak brudno w naszym klubiku.

Iwona i Jurek Maronowscy: A jak to jest z pokazem jutrzejszym Bonikowskich. Czy pokażą w magazynku kołowym? Rozrzucaliście ulotki? Czy TE poinformowane by babcie ściągnąć?

Artur Flaczyński: Zadbałem, zadbałem.

Piotr Piegat: Pokażą, dlatego dzisiaj jadę do rodziców ....Ulotki, do Jaremy? Co Wy chcecie nas pozabijać???
Jeśli babcie mają internet to na pewno coś wiedzą :)) 

Marcin Kulik: Tym razem skupiliśmy się na informacji mailowej. Porozsyłałem info na listy dyskusyjne klubów uczelnianych. Od tygodnia wisi plakat przy wejściu do Wieży.

Artur Flaczyński: A Wasz dzisiejszy list jest już na stroniczce Jaremy (jeszcze bez polskich znaków)

Piotr Piegat: wow, Arturro, jesteś po prostu niesamowity ...

Iwona i Jurek Maronowscy: Dzięki, Super szybkość!!!.

Marcin Kulik: :))) No to jeszcze zostaje trwający właśnie czat :)))))

Artur Flaczyński: Czat na stronach będzie w poniedziałek. Ale nie wiem, jak ja dojdę do ładu z 79 wiadomościami plus kilkoma, które do mnie nie dotarły.

Zbyszek Hennnig: Czy kosztowaliście chińskich wyrobów spirytusowych a także piwa? Czy ładne są Chinki (to pytanie od koleżanek z biura)?

Iwona i Jurek Maronowscy: Piwko non stop pijemy do obiadków i kolacyjek, bo butelka 625 ml kosztuje od 1 do 2,5 zł. Piwko bardzo smaczne, prawdziwe. Innych alkoholi (np. Whiskey The Great Wall itd) jest duży wybór, lecz nie próbowaliśmy. 
Chinki są ładne, maja małe biusty ale to kwestia gustu, natomiast dużo i ładnie się uśmiechają. Są zadbane, nawet na wsi chodzą ładnie ubrane, zwykle nowocześnie a nie ludowo. Często noszą obciśle wąskie spodnie.

Piotr Piegat: Ty cwaniaczku, daj coś napisać Iwonce o Chińczykach :))

Zbyszek Henning: Mam pytanie do Iwonki, która się gdzieś ukrywa za Jurkiem: Jak przystojni są Chińczycy?

Iwonka Maronowska: Niestety Chińczycy kiepscy, tylko ci z reklam i telewizji przystojni.

Piotr Piegat: OK przekażę wszystkim naszym dziewczynom :)))

Zbyszek Henning: Czy dzieci chińskie mają z tyłu w spodniach rozporki - aby łatwo mogły załatwiać potrzeby fizjologiczne?

Iwona i Jurek Maronowscy: Tak, maja rozporki.

Artur Flaczyński: Eeee. Chyba tylko dziurę, żeby wszystko mogło od razu wypadać. Szkoda, ze Chinki nie są ubrane na ludowo. Ale i tak je obfotografujcie. Kiedyś podobały mi się Chinki :-)

Zbyszek Henning: A ja słyszałem ze oni nie mają zarostu na rękach - i jak ktoś ma to bardzo im się podoba.
Czy tego doświadczyliście?

Iwona i Jurek Maronowscy: Iwonka zarostu nie zaobserwowała, teraz wszyscy internauci w kurtkach bo tu 2500 m, ale w Chengdu maja krótkie rękawki to Iwonka sie przyjrzy.

Piotr Kawerski: Oni - jak ich znam to się depilują...

Piotr Piegat: czyżbyś Zbyszku planował jakiś wyjazd do Chin? ;))))

Zbyszek Henning: No pewnie jak tam w supermarketach można dostać żaby. Ja bym je skonsumował na terenie sklepu.

Piotr Piegat: no i jakie powodzenie u Chinek !!! ;))))

Iwona i Jurek Maronowscy: Kochani, u nas 22.06. Jutro o 6.30 mamy kupiony bilecik do TaGong. Dobranoc wiec.

Piotr Piegat: nieeeeeeee ....

Iwona i Jurek Maronowscy: Co nieeeeee...Juz zrobila sie 22.11 !!!!!!!

Piotr Piegat: no to młoda godzinka, walnijcie jeszcze jakieś piwko i pisać ;)))

Marcin Kulik: No i prawidłowo ...U nas dopiero 16.13 :)) Wyśpicie się w autobusie czy w czym tam ! Zostańcie jeszcze !!

Iwona i Jurek Maronowscy: Tu nie chodzi o wyspanie się, tylko aby w ogóle na ten jedyny autobus jutro do TaGong zdążyć!!!

Piotr Piegat: Iwonko, Jureczku, Szczęśliwej podróży !!! pa

Piotr Kawerski: To Kochani Bon Voyage ! et Bonne Nuit !

Artur Flaczyński: Trzymajcie się ciepło i czekamy na kolejne maile. Do zmailowania

Marcin Kulik: Arturo, a Ty się tak łatwo godzisz na koniec czata ;)) ?

 

Kangding, 15.10.2002 po powrocie z TaGong

Cześć!
Trzy dni temu pojechaliśmy o 6.30 rano autobusem do TaGong. Autobus w półtorej godziny wspiął się stromą zalesioną doliną, piękną drogą po serpentynach z Kangding (2600 m) na przełęcz (4298 m). Na przełęczy już rosła tylko trawa, i leżało trochę śniegu. Po drugiej stronie ujrzeliśmy łagodne stoki płaskowyżu Tybetańskiego. W dali widać było śnieżne pięcio i sześciotysięczniki.

Zjechaliśmy w szeroką dolinę porośniętą trawą, i okazało się, ze tu budynki są zupełnie inne, kamienne, tybetańskie, ze zdobionymi oknami i płaskimi dachami. Wokoło na stokach pasły się stada jaków, a gdzieniegdzie były białe, buddyjskie stupy. Droga asfaltowa, lecz wyboista obsadzona była topolami, a obok spokojnie płynął strumień.

Po dwóch godzinach od przełęczy dotarliśmy do TaGong. Jest to wioska położona wśród trawiastych wzgórz na
3800 m. Jest tu zimne powietrze, a słońce świeci bardzo intensywnie. Mieszkańcy mają szerokie twarze spalone słońcem. To już Tybet, nie ma tu Chińczyków. Wokoło na lakach rozstawione są namioty nomadów wypasających jaki. Jeszcze nigdy nie widzieliśmy tylu jaków na raz. Namioty są czarne, wełniane, w środku jest palenisko, w każdym namiocie nocuje kilkunastu Tybetańczyków. Nomadzi są bardzo przyjacielscy, zapraszali nas do środka, częstowali herbatą.

Stroje i wygląd tu mieszkających Tybetańczyków zapiera dech w piersiach. Mężczyźni noszą długie czarne włosy, rozpuszczane lub w warkoczu, na to zakładają kowbojski kapelusz na bakier. Twarze niektórych przypominają czarne charaktery z filmów, ale uśmiechnięte. Długie czarne lub brązowe płaszcze od środka wełniane, przepasane są kolorową szarfą. Jeden rękaw zamiast założony na rękę zwisa do samej ziemi. Za pazucha obowiązkowy wielki
nóż w zdobionej pochwie. Wielu jeździło konno. Kobiety maja długie czarne włosy splecione w warkocze. Do tych warkoczy dopleciony jest warkocz z różowo czerwono czarnej wełny ozdobiony srebrnymi ozdobami z kamieniami szlachetnymi. Długie czarne suknie przepasane są wielkimi ozdobnymi pasami. W uszach duże kolczyki, kolorowe pierścionki na palcach. Pod spodem wystaje długa spódnica. To wszystko trudno opisać, staraliśmy się więc wszystko sfotografować, a wszyscy chętni do pozowania, tylko niektóre dziewczyny lekko nieśmiałe odwracały
głowę.

W środku TaGong stoi piękny, średniowieczny klasztor Buddyjski. Wokoło muru klasztoru prowadzi ścieżka z młynkami modlitewnymi, którą wędrują rzesze wiernych. Klasztor jest drewniany, pięknie zachowany, bogato
zdobiony, wewnątrz mnisi odprawiają modły. Za klasztorem ogród klasztorny a w nim 140 białych lub kamiennych buddyjskich stup.

Nad TaGong wznoszą się trzy trawiaste wzgórza których zbocza udekorowane są wielkimi modlitewnymi flagami
ustawione we wzory symbolizujące rożne buddyjskie motywy. 

W oddali widać świętą śnieżną górę, pod którą jest podobno 15 gorących źródeł, lecz tam nie wybraliśmy się. Po południu poszliśmy na spacer wzdłuż strumienia, który po godzinie zaprowadził nas do ruin klasztoru, dziko położonego na odludziu. Zupełnie zaginiony i zapomniany świat. Wewnątrz odrestaurowano trzy ogromne młyny modlitewne, a wokoło niszczejące stupy pokryto kamiennymi daszkami. Bardzo ciekawe były skórzane młynki modlitewne, uszkodzone w wielu miejscach, dzięki czemu można było zobaczyć zwoje papieru zapisane mantrami, gdy kreci się młynkiem modlitwa odprawia się tyle razy ile razy napisana jest mantra.

Atmosfera w TaGong jest podobno bardziej tybetańska niż w niejednym miejscu w samym Tybecie.

Rano wsiedliśmy do busiku wyjeżdżającego z klasztoru, obsługiwanego przez mnichów, który zawiózł nas z powrotem w 3,5 godziny do Kangding. Podróżowaliśmy tym razem wśród Tybetańczyków i mnichów. Mnisi w trakcie
jazdy odprawiali mantry, a Tybetańczycy w ludowych strojach uśmiechali się. TaGong był dla nas niezwykłym przeżyciem.

W Kangding udało nam się przedłużyć wizę chińską o kolejny miesiąc, do 21 listopada. W Kangding, w górnej części miasteczka są dwa buddyjskie klasztory, w tym jeden bardzo żywy, z niezwykłą kaplicą demonów, gdzie na ścianach są bardzo groźne malowidła, stoją straszliwe posagi wielorękich demonów z okrutnymi twarzami i wieloma oczami i rękami. Do tego mnich odprawia modlitwę jakby był w transie nieustannie bijąc w basowy bęben. W głównym klasztorze mnisi modlili się pod przewodnictwem lamy siedzącego na wysokim tronie, grając na przeróżnych instrumentach.

W centrum Kangding jest niewielki klasztor, gdzie na dziedzińcu grupy rzeźbiarzy tworzą miedziane rzeźby Buddy i świętych buddyjskich, które potem zapewne posłużą do odtworzenia wnętrz licznych okolicznych klasztorów.

W Kangding jest tez kościół Katolicki! Na parterze są sklepy, na 1 piętrze pomieszczenia kościelne, a na 2 piętrze całkiem pokaźny kościół z bardzo dużą liczbą ławek. Na ołtarzu krzyż, z boku Matka Boska, wystrój ubogi.

Dzisiaj, za godzinę, zmierzamy do Leshan, podroż autobusami powinna nam zając 18-20 godzin. Leshan leży na nizinie u podnóża gór, 200km na południe od Chengdu i jest tam największy na świecie, kamienny posag Buddy
spoglądającego na rzekę.

Pozdrawiamy,
Iwona i Jurek

Chengdu, 23.10.2002 po Leshan i Emei Shan

Cześć!
Nasza podróż z Kangding do Leshan trwała 16 godzin, w tym pierwsze 50 km 7 godzin ze względu na roboty drogowe i godzinne postoje co parę kilometrów, zaś pozostałe 500 km w 7 godzin, większość autostradami. 2 godziny czekaliśmy na przesiadce na bezpośredni autobus do Leshan.

Leshan to 3 milionowe miasto u zbiegu dwóch dużych rzek, a w miejscu gdzie te rzeki się łącza jest wysoki skalisty brzeg. W skale z czerwonego piaskowca jest wyrzeźbiony Budda wielkości dwudziestopiętrowego wieżowca (71m), siedzący na krzesełku i spoglądający spokojnym wzrokiem na rzekę. Budda został wyrzeźbiony 1200 lat temu aby nie było powodzi i aby łódki nie tonęły w wirach łączących się rzek. Na początku XX wieku porośnięty był dżunglą, ze starych fotografii widać jak niesamowicie to wyglądało. Teraz jest odrestaurowany, a wokoło kłębi się wielotysięczny tłum chińskich turystów, a na rzece często jest równocześnie kilka statków wycieczkowych.

Wokoło Buddy jest kompleks ciekawych świątyń w leśnym otoczeniu. Rozmiary Buddy można docenić, gdy idzie się wąską ścieżką w skale od głowy do stop. Buddę w całości najlepiej widać gdy dopłynie się na kamienista łachę na środku rzeki. My mieliśmy niestety dość mglistą pogodę, i jak widać było wielką stopę Buddy, to głowa niknęła we mgle i na odwrót.

Z Leshan pojechaliśmy do świętej góry buddystów chińskich Emei Shan. To skalisty, postrzępiony szczyt porośnięty tropikalną dżunglą, wyrastający z równiny 500 m npm, a sięgający 3099 m npm. W wielu miejscach rozrzucone są niewielkie klasztory buddyjskie, jest ich kilkanaście. Wędruje się ścieżką, po tysiącach schodów, przez mokrą dżunglę i nagle wychodzi się na piękny klasztor. Wokoło śpiewają ptaki, biegają wiewiórki i małpy, nad skalistymi wierzchołkami przewijają się chmury. Jest to góra bardzo mokra i deszczowa. Podobno szczyt przez 95% czasu ukryty jest w chmurze. My też mieliśmy deszcz i chmurę.

Najpierw 1 dzień przeczekiwaliśmy deszcz, zwiedziliśmy więc ciekawy klasztor Fuhu, z salą z posągami 500 mnichów, każdy o innym wyrazie twarzy, nawet kilku ciemnoskórych.

Następnego dnia wyruszyliśmy rano z wioski Baoguo u podnóża, przypominającej mały kurort, i dotarliśmy do punktu poboru opłat (wstęp 10 USD od osoby). Tu zamiast kupować bilet, powędrowaliśmy boczną ścieżką upatrzona dnia poprzedniego, wraz z ludźmi zmierzającymi do źródła górskiego 200 m wyżej po wódę. Odbiliśmy na małą przełączkę, wśród wiejskich chat, i przedostaliśmy się do kolejnej doliny. W dolinie tej są 2 klasztory, i wkrótce dołączyliśmy do głównej ścieżki. Ścieżka prowadziła przez kolejną przełączkę, gdzie niespodzianka - punkt kontroli biletów. Obeszliśmy go przedzierając się przez mokrą dżunglę (10 minut, kilka pajęczyn, krótki dupozjazd w błocie i już).

Dalej trasa prowadziła pięknym wapiennym przełomem, koło świątyni na wodzie, wieloma mostkami aż do miejsca obserwacji małp. Małpy (makaki) chętnie przychodzą do ludzi po żywność, widzieliśmy ich kilkadziesiąt. Dalej zrobiło się zupełnie dziko, a ścieżka pięła się w gorę przez piękny las. Przeróżne gatunki drzew, odgłosy dżungli, zielone ściany roślinności otaczające nas zewsząd a w dole niewidoczne, szumiące strumienie. Nagle piękny klasztor Honchuping. Wędrujemy dalej. Przed zmrokiem znajdujemy malutką restauracyjkę nad potokiem, na 1500 m npm. Właścicielka udostępnia nam strych z pryczami na nocleg. Szum strumienia, nocne odgłosy zwierząt.

Rano kontynuujemy wędrówkę, ścieżką pnie się zakosami w góre, trawersujemy pod pionowymi ścianami, z których zwisają liany, wszystko porastają mchy. Docieramy do Klasztoru Magicznego Szczytu, nad którym wznosi się strzelisty skalny wierzchołek. Doszliśmy dalej tylko do 1900 m npm. Wyżej była już tylko chmura, zaczął mżyć deszcz. Postanowiliśmy zejść inną ścieżką oglądając kolejne ukryte w dżungli klasztory. Przed zmrokiem dotarliśmy na dół, akurat w porę, bo rozpadał się ulewny deszcz.

Wczoraj wróciliśmy do Chengdu, gdzie wciąż padał deszcz, poszliśmy do biura turystycznego i zakupiliśmy bileciki lotnicze Chngdu-Lhasa na 24 października. 
Dobra wiadomość dla podróżników. Opłaty za wjazd do Tybetu zmalały w tym roku. Samolot z Chengdu kosztuje teraz ok. 210 USD zaś autobus z Golmud tylko ok. 100 USD.

Wczoraj wieczorem udało nam się jeszcze zaliczyć Operę Syczuańską. Jest to zupełnie cos innego niż Opera Pekińska, składa się z występów rożnych artystów: magików zmieniających maski na twarzy, teatru kukieł, teatru cieni, zespołów muzycznych i tancerzy akrobatów w kolorowych strojach.

Dziś przygotowujemy się i robimy zakupy przed wjazdem do Tybetu, i mamy nadzieje, ze internet przynajmniej w Lhasie będzie działał jak należy.

Pozdrawiamy,
Iwona i Jurek        

 

Część 2: Tybet, Nepa, Goa

sitemap-2sitemap-1sitemap-2sitemap-2sitemap-10sitemap-1sitemap-2sitemap-5sitemap-4sitemap-2sitemap-9sitemap-1sitemap-1sitemap-9homesitemap-2sitemap-3sitemap-6sitemap-6rsssitemap-3sitemap-5homesitemap-6homesitemap-7sitemap-7sitemap-5sitemap-4sitemap-6rsssitemap-1sitemap-10sitemap-6sitemap-7sitemap-10sitemap-2sitemap-8sitemap-7sitemap-5sitemap-9sitemap-6sitemap-7sitemap-3sitemap-6sitemap-8sitemap-5sitemap-1sitemap-9sitemap-6sitemap-6