Klub Podróży JAREMA na Fejsie

Filipiny - listy z podróży

Listy z podróży Ewy Walacik na Filipiny

Manila, 28.10.2004
Benanue, 29.11.2004
Alona Beach, 3.11.2004
Legaspi, 10.11.2004
Boracay, 18.11.2004
Warszawa, 26.11.2004

Manila, 28.10.2004

Witam wszystkich!

No i jestem na Filipinach! Pierwsze wrażenia po wylądowaniu w Manili, to oczywiście gorąco, wilgotno i duszno. Ubranie się do mnie przykleiło i tak jest do dziś, nic nie pomaga! Zimny prysznic daje ulgę tylko na 5 minut. No cóż, tropiki...

Manila jest 8-milionową metropolią pełną samochodów, ruchu, hałasu, klaksonów i smogu, wszędzie są ogromne korki, szybciej jest niekiedy dojść na piechotę niż przebijać się przez zapchane ulice.

Manila zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Chyba ze względu na religię i ogromne wpływy amerykańskie. Juz w taksówce z lotniska szczęka mi opadła, gdy kierowca puścił amerykańskie kolędy... Dzisiaj widziałam plastykowego świętego Mikołaja obwieszonego lampkami przed salonem samochodowym. No i te jeepneje... Każdy ma inny malunek z boku np. Matka Boska a obok Myszka Miki. Po prostu czad! Jest dużo kościołów, zwiedziliśmy już kilka. Właściwie przez 2 dni obejrzeliśmy już wszystkie atrakcje jakie Manila ma do zaoferowania m. in. Intramorus, Fort Santiago, katedrę, chińską dzielnicę i chiński cmentarz.

Poza tym jest bardzo mało turystów, przynajmniej białych. Być może w związku z tym Filipińczycy traktują nas bardzo przyjaźnie i są wyjątkowo pomocni, ciągle do nas machają, wołają "Hej Joe", uśmiechają się, pytają czy w czymś pomoc itp. Czuje się tu bardzo bezpiecznie np. zostawiłam wodę mineralną na dworcu i byłam przekonana, że już po niej, tymczasem po 8 godzinach, gdy wróciliśmy na dworzec, moja leżała na moim plecaku, nietknięta (plecaki oddaliśmy tam na przechowanie, za friko). Za to jest bardzo dużo policjantów i ochroniarzy, dosłownie na każdym kroku. Nikt nas nie chce oszukać ani naciągnąć, uliczni sprzedawcy też nie są zbyt natrętni, jestem pozytywnie zaskoczona.

Dziś wieczorem wyruszamy nocnym autobusem do Banaue, na północ, gdzie są słynne tarasy ryżowe, podróż zajmie 9 godzin.

Jak na razie dużo pozytywnych wrażeń, aczkolwiek cieszę się, że już stąd wyjeżdżamy, bo jestem zmęczona Manilą.
Pozdrawiam ciepło,
Ewa Walacik

Benanue, 29.10.2004

Jesteśmy już w Bananue!
Tak jak pisałam poprzednio, wybraliśmy się nocnym autobusem o swojskiej nazwie "Autobus" na północ do Bananue. Podróż nie była nawet taka straszna, każdy miał numerowane miejsce (za wyjątkiem tych nieszczęśników, którzy siedzieli w przejściu), fotele się rozkładały i można było się przespać. Z przodu autobusu wisiał wielki telewizor i przez pierwszą godzinę leciał jakiś amerykański film w stylu Bonda, potem projekcja nagle się urwała w trakcie, za to kierowca zaczął puszczać stare amerykańskie przeboje w stylu słodkich i ckliwych piosenek o miłości z lat 60 i 70. Ale klimat! Od razu po zajęciu miejsca zaprzyjaźniłam się z sąsiadką z tyłu, Sue, bo jak już pisałam, Filipińczycy są bardzo otwarci i nie ma mowy aby nie nawiązać z nimi jakiejś przyjacielskiej pogawędki. Sue mówiła doskonałą angielszczyzną, okazało się, że była w Manili na kongresie, a gdy ja zapytałam czym się zajmuje, powiedziała, że jest "Ministry of gun"... Bardzo mnie to zdziwiło i zaczęłam wypytywać czym się dokładniej zajmuje w TAKIM ministerstwie, ale szybko się wyjaśniło, że Sue jest "Ministrant of God" i pracuje "in Church", gdzie nawraca młodzież na dobrą drogę i stara się przeciwdziałać narkomanii, która tutaj się niezmiernie rozprzestrzeniła. Sue powiedziała też, że sama była kiedyś "drug-addicted" i "head of a gang" ale nawróciła się na ścieżkę Boga i zmieniła swoje życie. Aż mi ciarki przeszły po plecach, bo Sue zupełnie nie wyglądała na przywódczynię gangu tylko na przykładną żonę i matkę (ma czworo dzieci). Dużo też mówiła o wybaczaniu grzechów i nadstawianiu drugiego policzka i gdy to mówiła, to było widać, że rzeczywiście w to wierzy i tym żyje.

Tak więc podróż upływała w miłej atmosferze i 9 godzin minęło jak z bicza strzelił. O ósmej rano oczom naszym ukazało się Bananue, a raczej zasnuwające go chmury i gesty deszcz. Z pomocą Sue szybko trafiliśmy do hotelu, gdzie dostaliśmy pokój, zjedliśmy śniadanie razem z dwiema sympatycznymi Włoszkami poznanymi w autobusie, Claudią i Manuelą oraz wzięliśmy nasz lariam (cotygodniowy przykry obowiązek). Z hotelu roztaczał się fantastyczny widok na tarasy ryżowe, w dodatku zaczęło się przejaśniać. Tak więc jak najszybciej wyruszyliśmy w trasę, początkowo tricyklami, którymi miejscowi przewodnicy obwozili nas po tarasach ryżowych (wszędzie były dosyć dobre, bite lub nawet betonowe drogi). Trwało to bardzo długo i tricykle już ciężko rzęziły, ale kierowcy ich nie oszczędzali. A same tarasy... Wow, mówi się, że są one ósmym cudem świata i coś w tym jest... Co prawda nie widziałam pozostałych 7 cudów więc nie mogę porównać, ale tarasy zrobiły na mnie naprawdę niesamowite wrażenie. Są piękne. I takie ogromne! Wyglądają jak z bajki, aż trudno uwierzyć, ze są zrobione ludzką ręką... Mam je obfotografowane ze wszystkich stron!

W końcu nasi przewodnicy zawieźli nas na Viewpoint i widok stamtąd też był fantastyczny. Zaopatrzyliśmy się tam w licznych sklepikach w kilka pamiątek i tu, uwaga, mile zaskoczenie, Filipińczycy się nie targują! Ceny są wszędzie te same i sprzedawcy byli trochę zaskoczeni, gdy usiłowaliśmy je zbijać. Bardzo to mile.

Do Bananue wracaliśmy na piechotę, pomiędzy tarasami. Wioskę widać było w dole i wydawało się, że nie da się zabłądzić, a jednak... W plątaninie tarasów zgubiliśmy drogę. Na szczęście od razu, jak spod ziemi, wyrósł jakiś miły chłopak, który natychmiast zaoferował nam swoje usługi przewodnika i za jedyne 100 peso doprowadził nas do domu. Droga powrotna, po murkach miedzy tarasami, wąskich, śliskich i pochylonych (najczęściej w stronę przepaści), trwała dosyć długo, bo 2 godziny i nie raz udało się nam stracić równowagę. Cali ubłoceni, mokrzy, ale za to niezmiernie szczęśliwi, dotarliśmy do Bananue przed samym zmrokiem.

A teraz, gdy siedzę w kafejce internetowej, przewodnik, który nas wcześniej oprowadzał, a teraz wskazał mi tą kafejkę, siedzi za moimi plecami i pilnuje mnie, chyba, żebym nie robiła błędów ortograficznych... Czeka, żeby mnie odprowadzić do hotelu i zaczął już trochę wzdychać.
Kończę więc moją relację w tym miejscu i pozdrawiam wszystkich serdecznie,
Ewa

Alona Beach, 3.11.2004

Witam wszystkich!
Jeśli pisałam w poprzednim liście, że tarasy ryżowe w Bananue są zachwycające, to muszę przyznać, że te w Batad są jeszcze piękniejsze.

Batad, tradycyjna wioska ludu Ifugao, gdzie wszystko toczy się jak przed wiekami, ludzie ciężko pracują uprawiając ryż, mieszkają w drewnianych chatkach i nadal nie mając drogi dojazdowej nosząc wszystko na plecach, oddalona jest od Bananue o 40 minut jazdy i 2 godziny marszu. Aby się tam dostać, pojechaliśmy tricyklem z Rhensonem, naszym zaprzyjaźnionym przewodnikiem do Batad Junction. Następnie wspięliśmy się ostro pod górę w 30 stopniowym upale na przełęcz, aby po drugiej stronie zejść stromo w dół po kamiennych schodkach. W końcu dotarliśmy do wioski Batad i oczom naszym ukazał się zapierający dech w piersiach widok. Po lewej stronie wznosił się amfiteatr tarasów ryżowych, wykutych na całej szerokości zbocza, u podnóża leżała cicho, otulona poletkami wioska, a wszystko wokół otoczone było masywnymi górami, porośniętymi gęstym lasem tropikalnym i zasnutymi gęstymi chmurami. Przepiękny widok! Zeszliśmy na sam dól do podnóża tarasów, aby następnie skierować się nieco do góry w kierunku schowanego za wioska wodospadu Tapia. Wtedy złapała nas pierwsza ulewa i kompletnie przemoczeni schroniliśmy się pod dachem najbliższego zabudowania. Tam oczekując na ciepłą herbatę (nietypowe zamówienie - czekaliśmy ok. 30 minut), szybko zaprzyjaźniliśmy się z liczną gromadką dzieci gospodyni. W końcu doszliśmy jakoś do siebie i udaliśmy się nad wodospad Tapia. Długie i bardzo strome zejście po kamiennych schodach i... jest, nareszcie jest, ogromny, piękny, oszałamiający. Jak z folderu biur podróży... U podnóża wodospadu utworzyło się jezioro, do którego natychmiast wskoczyliśmy, aby pluskać się i pływać w krystalicznie czystej i przyjemnie chłodnej wodzie. Wszyscy cieszyliśmy się jak dzieci! Podpłynęłam pod sam wodospad, już prawie nie było czym oddychać, bo wszędzie była tylko woda, spadająca z hukiem z ogromnej wysokości. Oprócz naszej grupki nie było tam nikogo, żadnych innych turystów. TAKIE miejsce, a zupełnie puste i dzikie... Niewiarygodne. W drodze powrotnej złapały nas jeszcze dwie ulewy, które musieliśmy przeczekać, szybko zapadł zmrok i z przełęczy schodziliśmy już w całkowitych ciemnościach. Na szczęście miałam ze sobą czołówkę. Rhenson trochę się z nami przekomarzał i nie chciał powiedzieć, czy jego motor Kawasaki ma sprawne światła, co więcej, zaczął coś przy nim dłubać, wyciągać jakieś rurki, coś sprawdzać, a ja przez chwilę pomyślałam, że rzeczywiście nie mamy świateł i będziemy wracać w świetle czołówki... Na szczęście wszystko było OK, tricykl działał bez zarzutu i szczęśliwie wróciliśmy do Bananue, przemoknięci, zmarznięci, okropnie zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi. Na kolacje udaliśmy się do Las Vegas, najfajniejszej knajpy w okolicy, gdzie trwała impreza na całego przy muzyce na żywo, właściciel knajpy i jego 2 znajomych, Ben i Derek, grali na gitarze i śpiewali amerykańskie przeboje na życzenie, a repertuar mieli naprawdę szeroki... namawiali mnie żebym zagrała i zaśpiewała coś po polsku, mógł być nawet hymn...

Następnego dnia spotkaliśmy się z Sue, pochodziliśmy z nią trochę po okolicy, dużo się od niej dowiedzieliśmy o miejscowych zwyczajach no i w końcu trzeba było się rozstać. Pożegnaniom i serdecznościom nie było końca, Sue obiecała, że wyśle długi list, ja obiecałam, że przyślę jej zdjęcia (nie wiem jak to zrobię, bo mam same slajdy...), Sue powiedziała "God bless you" i poszliśmy na autobus do Manili. Okazało się, że jest "fully blocked", bez szans nawet na te rozkładane krzesełka w przejściu i Rhenson zawiózł nas do Lagawe oddalonego o godzinę jazdy, skąd odchodził puściejszy autobus do Manili. Z Rhensonem żegnaliśmy się też z łezką w oku, bo bardzo go polubiliśmy. Ach, Ci Filipińczycy...

Po 9 godzinach jazdy byliśmy z powrotem w Manili. Od razu udaliśmy się na lotnisko, bo już wcześniej zarezerwowaliśmy sobie lot do Cebu lokalnymi liniami "Cebu Pacific" (mocne przeżycie). Dzięki temu uniknęliśmy noclegu w Manili oraz kolejnych wielu godzin w podróży i znaleźliśmy się od razu w centrum Visayas.

Cebu, drugie co do wielkości miasto Filipin, jest zupełnie inne niż Manila. Przypomina trochę Stany. Te szerokie ulice, duże samochody, spokój, powolna jazda, zastanawialiśmy się, czy my w ogóle jesteśmy w Azji... Poza tym był 1.11 i większość sklepów i punktów usługowych była pozamykana. Miasto wyglądało jak wymarłe. Ludzie gromadzili się w kościołach na mszach, modlili się, palili świeczki za swoich bliskich. Prawie tak samo jak u nas.

Następnego dnia udaliśmy się promem na wyspę Bohol i dotarliśmy tricyklem na połączoną z nią mostem wyspę Panglao. A tutaj... tutaj jest rajska plaża Alona Beach. Wow, nie wierzyłam, że takie miejsca istnieją w rzeczywistości! Bezkresny Pacyfik we wszystkich odcieniach granatu, biała plaża, zacumowane przy brzegu lodzie i katamarany a wszystko skąpane w zachodzącym, ciepłym słońcu. Niezapomniany widok... Woda w oceanie jest bardzo ciepła, trudno się w niej ochłodzić, dno jest fantastyczne, kolorowe ryby, rozgwiazdy, muszle, można pływać godzinami obserwując podwodne życie. Jest tu raj dla nurków i w ogóle dla turystów, mnóstwo knajpek z pysznymi owocami morza, stoliki ustawione wprost na plaży pod palmami. Do tego wszystkiego mamy fantastyczne hotel, duży pokój, czysto, schludnie, żadnych jaszczurek na ścianach ani karaluchów w toalecie. Czy to w ogóle jest Azja?...

Pozdrawiam ciepło,
Ewa.

Legaspi, 10.11.2004

Witam wszystkich!
Wreszcie trafiłam na jakieś względnie szybkie łącze w kafejce internetowej, ale za to panuje tu niezmierny huk, czuje się jak pod ostrzałem artyleryjskim... Liczna grupa nastolatków gra tu w jakąś strzelaninę, nastawili głośniki na maxa i wrzeszczą przy tym niemiłosiernie. A Lonely Planet doradzał, żeby idąc do kafejki zabierać ze sobą stopery do uszu... Następnym razem tak zrobię.

Jesteśmy już w Legaspi, u podnóża czynnego wulkanu Mt Mayon. Przyjechaliśmy tu z Cebu po 12 godzinach podróży nocnym promem do Calbayog (niezapomniane przeżycie, czego tam było na tym statku, ładunki wszelkiej maści, m. in. koguty w koszykach - rano wszystkie piały na pokładzie) oraz po 8 godzinach jazdy autobusem w 30 stopniowym upale. Dotarliśmy kompletnie wykończeni, ale opłacało się! Zobaczyliśmy go już z okien autobusu. Idealnie symetryczny stożek wulkanu wyrastający z równiny porośniętej palmami i usłanej poletkami ryżowymi. Górujący nad całą okolicą (2462m) na tle czystego, wieczornego nieba, przykryty małą czapeczką chmury. Niesamowity, nierealny, jakby miał zaraz zniknąć... Jego nazwa pochodzi od słowa magayon czyli piękny. Wg legendy Mayon był królem, którego piękna siostrzenica uciekła z młodym wojownikiem, król nie mógł się z tym pogodzić i wciąż wrze ze złości gotów wybuchnąć w każdej chwili. No właśnie, ostatnia erupcja była w czerwcu 2001. Mt Mayon jest jednym z najbardziej aktywnych wulkanów na świecie. Aktualnie jest alert level nr 2 więc można wchodzić, jak się dowiedzieliśmy w Department of Tourism. Jutro zamierzamy na niego wejść. Mamy juz umówionego guide'a, przyjeżdża po nas o 3.30 w nocy. Mam nadzieje, ze uda nam się wspiąć na wulkan i chociaż raz go jeszcze zobaczyć w całej okazałości, bo niestety od dzisiaj od godziny 10 jest spowity gęstymi chmurami.

Pozdrowienia i uściski,
Ewa.

P.S. Zaległa relacje z Chocolate Hills prześlę w późniejszym terminie, bo z powodu trudności obiektywnych - brak kafejki a jak już była to zabrakło prądu - jeszcze jej nie napisałam.

Boracay, 18.11.2004

Witam!
Zdobyliśmy wulkan Mt Mayon! Dotarliśmy do knife edge czyli najwyżej jak tylko się dało. Niestety pogoda była fatalna i nic nie było widać, usiłowałam zajrzeć do krateru, ale widziałam tylko mgłę i chmury, a deszcz zalewał mi oczy. Wejście zajęło nam 7 godzin, startowaliśmy niemal z poziomu morza a knife edge jest na wysokości ok. 2400. Zejście było znacznie trudniejsze z powodu deszczu, śliskich skal i niestabilnego podłoża, które wyjeżdżało spod nóg i zajęło nam 9 godzin. Tak więc była to niezwykle wyczerpująca wyprawa. Mi osobiście ta góra dała w kość jak chyba żadna inna... Do dzisiaj czuje jeszcze ból w mięśniach nóg, a minął już prawie tydzień. Następnie ruszyliśmy w kierunku Boracay i po 3 dniach podróży lokalnymi busami i małymi promami wreszcie tu dotarliśmy. Boracay to najsłynniejsza plaża Filipin, jest to wyspa o wymiarach 9 na 1 km, z fantastyczna plażą, otoczoną rafami koralowymi i prawie cała zabudowana hotelami, taki tutejszy Sopot. Przez kilka pierwszych dni w okolicy szalał tajfun, więc pogoda nie była zbyt dobra, ale od dzisiaj jest piękne słońce. Spędziłam dzisiaj dzień na plaży leząc na ciepłym, białym piasku, pływając w cudownym morzu, skacząc po falach itp. Boracay to bardzo turystyczne miejsce, dużo białych, Koreańczyków i. in. tak więc jest tu mnóstwo kafejek (parzona kawa!), restauracji (bufety z owocami morza), barów i wszelkich udogodnień i usług dla turystów, jedzenie jest naprawdę pyszne i niezwykle tanie, wieczorami kwitnie tu życie towarzyskie. Wczoraj byliśmy na nurkowaniu w kilku miejscach wokół wyspy, m. in. w jaskiniach. Wow, to było fantastyczne, czułam się jakbym pływała w akwarium, rafa jest taka piękna! Jutro już wyjeżdżamy z tego raju aby udać się promem do Manili (17 godzin!) a następnie lokalnym samolotem do Puerta Princessa na Palawanie.

Pozdrowienia,
Ewa

Warszawa, 26.11.2004

Witam!
Jestem już w Warszawie. Przeżyłam szok temperaturowy wracając ze słonecznych, gorących, barwnych Filipin do zimnej, ponurej i pokrytej śniegiem Polski. Postanowiłam więc nie wychodzić z domu przez cały weekend, zamierzam siedzieć pod kołdrą i kocem, może jakoś przetrwam i zaadoptuję się do nowej rzeczywistości ;-).

A jeszcze kilka dni temu nurkowałam w przejrzystych, ciepłych wodach El Nido zachwycając się rafą koralową, obserwując kolorowe ryby (najładniejsze były zielone z różowo niebieskimi płetwami i żółtym ogonem) i inne stworzenia żyjące w morzu, o których nawet nie wiedziałam, że takie istnieją. Na Palawanie zwiedziłam także Sabang, gdzie jest podziemna rzeka, po której można pływać łodzią na odcinku ok. 2 km, w jaskini znajdują się przepiękne formacje skalne np. ta przypominająca Świętą Rodzinę.

Podróż z Sabang do El Nido zajęła mi 2 dni pomimo, że na mapie nie jest to zbyt duży odcinek. Szczególnie ostatniego etapu z Taytay do El Nido nie zapomnę do końca życia. Ponad 4 godziny spędzone w jeepneju załadowanym do granic przyzwoitości i żeby tego było mało w pewnym momencie dosiadł się jeszcze jeden pasażer ze świnią na sznurku, Filipińczycy usiłowali umieścić świnię na dachu ale ona strasznie się opierała i kwiczała, w końcu jakoś się udało. Silnik jeepneja ciągle się grzał i co chwila kierowca zatrzymywał się przy rzece, nabierał wody do wiadra i wlewał do chłodnicy (wlot był umieszczony na dachu więc przy okazji pasażerowie siedzący poniżej mieli darmową kąpiel). Jeepnej rzęził, wydawał okropne dźwięki i raz po raz coś się urywało lub spadało. Ale dojechał! Następnego dnia kierowca, zupełnie nie speszony stanem technicznym swojego pojazdu, z uśmiechem na ustach wybierał się w kolejną podróż do Taytay i z powrotem, jak co dzień. I za to lubię Filipińczyków! Zawsze patrzą na świat optymistycznie!

Po powrocie do Manili udało mi się jeszcze zwiedzić pobliski wulkan Taal, który znajduje się na wyspie a wewnątrz krateru ma jezioro z małą, malowniczą wysepką. Wulkan jest czynny, ziemia jest tam bardzo gorąca, w kilku miejscach dymi a woda w jeziorze się gotuje.

Smutno mi było rozstawać się wczoraj z Filipinami. Jest tam jeszcze tyle rzeczy, których nie widziałam a chętnie bym zobaczyła. Po Filipinach podróżuje się bardzo przyjemnie, ludzie są niezwykle otwarci, uprzejmi, życzliwi, pomocni i przyjacielscy. Są też bardzo ciekawi i gdy widzą obcokrajowców nie mogą się powstrzymać od zadania im kilku pytań i rozpoczęcia krótkiej pogawędki. Czytałam gdzieś, że Filipińczycy są najbardziej szczęśliwym narodem na całej kuli ziemskiej. I muszę stwierdzić, że rzeczywiście coś w tym jest. Pomimo biedy i trudnych warunków życia są zawsze uśmiechnięci, spokojni i zachowują pogodę ducha w każdej sytuacji.

Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze wrócę na Filipiny. Mabuhay!
Pozdrawiam wszystkich serdecznie,
Ewa Walacik.

sitemap-5sitemap-5sitemap-9sitemap-10sitemap-3sitemap-1sitemap-1sitemap-3sitemap-2sitemap-4sitemap-4rsssitemap-8homesitemap-1sitemap-7sitemap-2sitemap-5sitemap-7rsssitemap-8sitemap-9sitemap-9homesitemap-4sitemap-5sitemap-1sitemap-5sitemap-10homesitemap-6sitemap-1sitemap-1sitemap-3homesitemap-6sitemap-9homesitemap-7sitemap-2homesitemap-6homehomesitemap-10sitemap-2sitemap-8sitemap-7sitemap-2homesitemap-6