Klub Podróży JAREMA na Fejsie

Syria i Jordania na rowerze - część 1 (2009)

Nadszedł październik. Przesiedziałem całe wakacje w Polsce i czas się było gdzieś wreszcie ruszyć na rowerku. Bylem co prawda w styczniu w Etiopii, ale niestety bez grata. Tym razem nie popełniłem tego błędu i grata zabrałem. Mam nadzieje, ze doleci ze mną do Syrii :))

Wpadłem na pomysł, aby przejechać przez kraje arabskie. Długo zastanawiałem się, gdzie uderzyć. W pierwszej wersji, chciałem pojechać dopiero w styczniu do Ameryki Południowej, ale po rozmowie z Piotrkiem Milaniakiem, padło na Syrię, a później i Jordanię.

Jest tam jeszcze dość ciepło, ale już nie gorąco i jest poza sezonem.

Wcześniej nie miałem nawet czasu na przejrzenie przewodnika. Ot tak, pojechałem w zasadzie na rympał. Nawet nie miałem nerwa przed wylotem.

Obudziłem się dziś jak zwykle o 7, a o 10 jechałem na lotnisko, by o 13.40 siedzieć w samolocie tureckich linii do Istambułu i dalej do Damaszku. W samolocie poczytałem przewodnik i już wiem mniej-więcej, jaki kierunek obiorę. Najpierw nad Morze Śródziemne, zabytki krzyżowców i do Aleppo, a później dolina Eufratu w okolice granicy z Irakiem przez Palmirę do Damaszku. Po Damaszku do Jordanii. Madaba, Wadi Rum może i powrót do Damaszku.

A co z tego wyjdzie, to jak zwykle się zobaczy.

Na lotnisku w Damaszku, a w zasadzie pod Damaszkiem wylądowaliśmy zgodnie z planem i ok. 2 byłem już po odprawie. Rower przyleciał w zasadzie cały, a i bagaż nie został uszkodzony. Więc zabrałem się za skręcanie i pakowanie. Wzbudziłem niezłe zainteresowanie swoją obecnością wśród tubylców. Bardzo chetnie pomagali mi w przygotowaniu pojazdu, nawet brali czynny udział.

Ok. 4 rano ruszyłem w trasę. Była jeszcze ciemna noc, a ja musiałem przeskoczyć przez Damaszek. Za cel obrałem sobie monastyry chrześcijańskie w Sajdanaja i Malula. W tym pierwszym jak głosi legenda jest przechowywana skromna ikona Matki Boskiej, wykonana przez św. Łukasza. Jest to miejsce pielgrzymek także i muzułmanów. Klasztor mieści się na wzgórzu 1500 m n.p.m. i łatwo się tam rowerkiem wjechać nie da.

Przez Damaszek udało mi jakoś przejechać jeszcze przed szczytem komunikacyjnym. Z lotniska do Damaszku jest jakieś 25 km. Kiedy już dotarłem pod wzgórze klasztorne w Sajdanie, zatrzymałem się przy sklepiku z pamiątkami, skąd wychodził prawosławny pop. Obok niego stal mężczyzna, który zagadał do mnie po angielsku i powiedział, że jest z Jordanii. A ja mu, że mam w Jordanii znajomego - dr Zijada. Jak to usłyszał, to zaniemówił, ja zresztą za chwilkę też. Ten jegomość stwierdził, że jest wujkiem Zijada. Hm, świat jest niesamowicie mały. Sam klasztor - zamek jest niewielkim obiektem, ale widok z niego jest bardzo miły i roztacza się na całą dolinę.

Potem udałem się dalej. Miałem zamiar dotrzeć do miejscowości Malula, gdzie także jest monastyr. Ten dość sławny klasztor i świątynia pod wezwaniem św. Tekli jest dość specyficznym miejscem. Został wybudowany w zasadzie w jarze skalnym, w miejscu, gdzie była niegdyś pustelnia św. Tekli. Jest to ostatnie miejsce, gdzie mówi się w języku Jezusa, czyli po aramejsku.

Nocleg znalazłem u sióstr w konwencie. Pokoje wchodzące w skały, łóżka dość wygodne z czystą pościelą. We wspólnych łazienkach gorąca woda.

Dziś też jadłem coś, co się nazywa HUMUS. I żeby było weselej z ogórkami kiszonymi. Tak więc, kiszone to nie tylko nasza domena. Nadmieniam również, że wczoraj robiłem SYRkolę i już ją piję :))

Po drodze byłem kilkakrotnie zapraszany na kawę i herbatę. Proponowano mi także i nocleg. Okazuje się, że Syryjczycy to bardzo sympatyczni i gościnni ludzie. Przejechałem prawie 100 km, a w pionie wzniosłem się na 1300 m. Jak na 1 dzień pobytu, to całkiem spory odcinek.

Hama, 10 października

Oj żarko żarko. Zwiedziłem Hims, ale w zasadzie nic tam nie ma ciekawego i pojechałem do Homs. Tu są zajefajne, jak mówi dzisiejsza młodzież, koła wodne. Jest ich kilka, wielkie, duże i mniejsze. Nazywają się norie. Kiedyś napędzały chyba młyny, a teraz pyrczą silniki spalinowe i udają, że to natura. Generalnie wyglądają całkiem fajnie. Nie zrobiłem zastraszającej ilości km. ok. 80, co i tak jest sporo jak na 3ci dzień. Średnia wychodzi prawie 100. Nocleg znalazłem w Cairo Hotel na dachu. Targałem rower chyba na 5 piętro. Za to prawie za darmo ten nocleg. 200 ichniejszych pieniążków, czyli 4$. A do tego gorąca woda.

W przewodniku wyczytałem, ze w 1998 roku chyba, miasto się zbuntowało i separatystyczni muzułmanie zaczęli podskakiwać. No to ówczesny prezydent się lekko wkurzył i im z armatek przywalił. I gdzie tu są ci terroryści?
Zaraz idę na kolację i na wieczorny obchód :) miasta.

No i wróciłem cały i zdrowy. Zjadłem pyszne lody, a później kebaba z piwem syryjskim. Nawet nadawało się do picia, choć procentów jak na lekarstwo. 3-4%. I smakowało jak jakiś ginger. Ale z braku laku :)) Byłem też u golibrody. Kurcze, oni mają talent do golenia. Za 2$ ogolił mnie i napachnił, że hoho :)) Zastanawiam się, czy nie taniej będzie raz na jakiś czas wyskoczyć do Arabów na golenie :))

Połaziłem se po nocy po mieście i spotkałem całe chmary kobiet w czerni. Wyglądają jak w Polsce siostry zakonne, tylko brakuje im białej obwódki dookoła twarzy. Tak sobie łaziłem i myślałem, że one mają całkiem dobrze za tymi chustami. W zasadzie ich nie widać, choć po oczach można dostrzec całkiem ładną osobę, za to one mogą oglądać cały świat i nikt im tego nie zabroni :)) to jest dopiero równouprawnienie :))

Aleppo,11 października

Dzień w zasadzie minął bez żadnych ekscesów, gdyby :) Jechałem sobie spokojnie główną drogą z Damaszku do Aleppo. Jechałem, jechałem, jechałem i dojechałem.

Huk na ulicy był dość duży. Gdyby nie słuchawki na uszach i muzyka starych dobrych Wałów Jagiellońskich, to pewnie by mnie szlag trafił. Choć muszę przyznać, że kierowcy syryjscy jeżdżą dość uważnie i jak na kraje arabskie nie nadużywają zbytnio klaksonu, czym byłem zdumiony. Choć po Maroku, to już mało mnie może zdziwić. Nasi szoferowie, bo tak ich można tylko nazwać, mogliby się uczyć i od Marokańczyków i od Syryjczyków jazdy i obchodzenia się z rowerzystami.

No ale. Dzień chylił się ku końcowi, a ja sobie spokojnie jechałem. Popijając co jakiś czas dla wzmocnienia żołądka syrkolę (dla niewtajemniczonych, jest to lekarstwo na ewentualne arabskie dolegliwości żołądkowe, czyli spirytus z kolą). Zawsze jak jadę w świat, to piję takie lekarstwo i dzięki temu nie mam dolegliwości żołądkowych, a w zasadzie jem wszystko, co mam pod gębą :)) Mój żołądek przyjmuje wszystko i nie narzeka, jak na razie.

Wczoraj zapomniałem dopisać, że jak byłem w Malula i spałem w Klasztorze sióstr chyba od św. Tekli, to nocleg w zasadzie był darmowy. Oczywiście stała u siostrzyczki skarbonka z napisem donation, co jest wiadome, że chodzi o co łaska. I nie jest tak jak u nas, co łaska, ale nie mniej niż, ale tam faktycznie co łaska. I to co łaska mnie lekko zdrzaźniło. Nie żebym był skąpy, co to to nie, za taki nocleg należy się opłata. Jak już odbierałem paszport, to ze mną odbierała swoje para ubranych po arabsku ... Szwajcarów. I do tej skarbonki włożyli każdy po 100 dolców. I nie mam do nich żadnych pretensji, że dają kasę, tylko, że później jak się gdzieś jedzie, to się narzeka, że tu drogo, tam od białasa chcą ileś tam razy więcej, a tam znowu łapy po kasę wyciągają. A skąd to się bierze? Ano stąd, że my sami, te właśnie białasy uczymy tubylców, że to my białasy mamy kasę, że to my białasy możemy zapłacić za wszystko nawet 100 razy więcej. Jednym słowem sami jesteśmy sobie winni.

Kiedyś miałem taką przygodę w Kirgizji. Jak zobaczyli, że zaczynam się z taksówkarzem targować, to się zdziwili, bo myśleli, że jak biały, to pewnie hamerykanin i płaci za wszystko po stokroć więcej, bo co to dla niego. A nauka płynie taka, że jak nie chcemy narzekać, że jest drogo, to nie uczmy tambylców, że nas stać na to. Po co robić im i sobie krzywdę. Uff, wkurzyłem się, ale już mi chyba przeszło.

Kiedy zacząłem rozglądać się już za noclegiem, zza krzaków usłyszałem wołające mnie po arabsku głosy. Kawa to kawa. Nie ma ze boli. Ja tam piję kawę nawet i w nocy, a że naród syryjski jest bardzo gościnny, toż i mnie poczęstowali. Od słowa do słowa. Trochę po ingleze, trochę po arabsku dogadalim się i zostałem zaproszony na nocleg. Kolacja była świetna, jajecznica, ryż, pomidorki, sól, papryka i oczywiście podpłomyki. Jedzenie to u nich ceremonia. A przed nią, gospodarz kilka razy ukłonił się i zmówił chyba jakieś modły. Nie przeszkadzało to ani jemu, ani zgromadzonym w pokoju.

Po kolacji zaczęliśmy dyskutować o wszystkim. Co ciekawe, Ibrahim, bo tak ma na imię gospodarz, nie ma ani uprzedzeń do Amerykanów, ani do innych nacji (o Żydach nie rozmawiałem, nie wiem jakby się zachował, choć myślę, że normalnie). Stwierdził, ze Bush jest be, Bin Laden też jest be, a normalni ludzie są wszędzie. I w USA i w Afganistanie i wszędzie. To ja się teraz pytam, gdzie do jasnej cholery są ci terroryści, którymi straszą nas pieprzone media. Ale jak tak się popatrzy może nieco z boku, to fanatycy są wszędzie. Idę o zakład, że jak pan Rydzyk by ogłosił krucjatę, to te "nasze" rodzime chrześcijany (specjalnie tak pisze) poszłyby w bój. I w imię Boga praliby każdego. Absurd! A przecież nie o to chodzi. Po co produkować sobie wrogów, skoro ich w zasadzie nie ma?

W pokoju siedzieli sami faceci, nie licząc dziewczynek kilkuletnich. Kobiety oczywiście były gdzie indziej. Ale jak się później dowiedziałem z ust Ibrahima, to w domu kobieta rządzi. Stwierdził, że kobieta u nich w domu to jak king, a facet musi zarabiać :)) Czyżby już za Mahometa widzieli tam reklamę banku?

Po raz drugi już, stałem się na potrzeby wycieczki żonatym facetem z dwójką dzieci :)) Dla nich, jak facet ma żonę i dzieci, to jest gut :)) No to się wirtualnie ożeniłem. A co tam. Mówisz i masz :))
Wyjaśniliśmy sobie też kwestie kasy. Okazuje się, że w Polsce wcale nie jest tak różowo, jak na początku tu myślą.

Spanko było wygodne, a kibelek mimo, że arabski, miał pewne zachodnie udogodnienie. Zamiast muszli, żelazne krzesło bez siedziska z owiniętą wokół "dziury" gąbką i taśmą. Ot takie przydatne na dłuższe posiedzenie urządzenie.

Apamea, 12 października

Z Hamy wyruszyłem wcześnie rano, a w zasadzie obudziłem się jeszcze jak nie było słoneczka. Szybkie pakowanie i znoszenie dobytku z dachu hotelu na ulice. Spróbowałem też wybrać kasę z bankomatu, ale niestety mój bank, który w reklamie twierdzi, że ze wszystkich bankomatów na świecie kasę można wybrać za darmochę, jak się okazało kłamie. Oj będę reklamował :))

W Hamie zjadłem jeszcze śniadanie, jakiś sandwicz z mięchem z barana i z wątróbką. Całkiem smaczne. I udałem się w stronę północną do Apamei. Wcześniej zawitałem do ruin zamczyska Qala'at at Sheiser. Wielkie zamczysko na skale. Budowla była potężna. Oparła się trzykrotnie krzyżowcom, pomimo, że zdobyli już okoliczne warownie.

Teraz w zasadzie nie ma co tam oglądać. Ot trochę kamyków poukładanych i porozrzucanych po okolicy. Trwają tam też prace archeologiczne. Może z czasem coś odrestaurują. Po obejrzeniu grodziska ruszyłem dalej w stronę Apamei. Miejsce to jest dziwne. W szczerym polu stoi najdłuższa kolumnada. Znaczy nie cała stoi, oczywiście, że w części leży :) Niemniej jest to najdłuższa kolumnada, jaka została odkryta. Prawie 2 km kolumn, portali, łaźni itp. Nie zachowało się zbyt wiele z tego, ale i tak robi to wrażenie. Musiało tu być niezłe miasto. W przewodniku piszą, że założył je I władca dynastii Selucydów, Seleukos I Nikator.

Po zwiedzaniu ruin, miałem już dość jazdy, a i wieczór się zbliżał, więc zostałem w ruinach i nockę spędziłem przy budce strażnika :) Oprócz tego, ze komary nieco "gryzły" to noc minęła całkiem miło.

między Apameą a Tartusem, 13 października

A dziś to dostałem w dupsko dość ostro, ale o tym za chwilkę :)
Obudziłem się dość wcześnie jak na Syrię, bo ok. 6. Było jeszcze ciemno, więc powoli zacząłem składać majdan i szukać zasięgu :)
Ruszyłem ok. 7 szybkim zjazdem spod kolumnady w Apamei. Myślałem, że o wschodzie słońca będzie to wyglądało efektownie, ale nie wyglądało wcale. Zamiast słońca, była jakaś mgiełka.
Co do tej kolumnady. W przewodniku Pascala (bo takim się tu posługuję) piszą, że wstęp coś tam kosztuje, ale że generalnie teren nie jest ogrodzony. W domyśle, że można wejść i nie płacić. Takie podejście dziwi mnie poniekąd. Chcielibyśmy, aby zabytki były utrzymywane i restaurowane, a sam przewodnik pisze, że "i tak nie musicie płacić, przecież nikt tego nie pilnuje". A żeby było śmiesznie, to koszt wejścia to jakieś 9 zł. Więc bez jaj. Mogliby sobie darować takie wstawki.

Ruszyłem w dół na polowanie. Upolowałem kawał ciasta smażonego jak nasze pączki i do tego jeszcze w lukrze. Dobre to nawet było, ale do łap się kleiło. Dostałem trochę energii zanim dopadłem kanapkę z jakimś mięchem i browarka. Browarek syryjskiej produkcji, słabowity taki, ale przynajmniej zimny był. Kanapkę wsunąłem, browarkiem popiłem i pojechałem dalej do Masjaf. Tam znajdują się ruiny, całkiem nieźle odrestaurowane (w przewodniku podają błędnie, że są dziury i że można do nich wpaść. Dziury są, ale już z kratkami i wpaść się nie da). Forteca zwie się Qala'at Masjaf. Z drogi prezentuje się całkiem okazale. W środku już nieco mniej, ale też robi wrażenie. Coś jak nasze zamki na szlaku orlich gniazd. Musiała to być niezła imprezownia :))
Po krzyżowcach, którzy zajęli ją w 1103 r, przejęli twierdzę źli Asasyni. Uciekali oni przed prześladowaniami sunnitów. Szefem przez jakiś czas tego zamku był niejaki Sinan zwany przez przyjaciół Starcem z Gór.

Nie zajęło mi sporo czasu zwiedzenie tego zamczyska. Wsiadłem na rowerek i pojechałem dalej, by zatrzymać się za chwilkę na syryjskiej pizzy, prosto z pieca. Piec obsługiwały dwie kobiety, zapewne matka i wnuczka. Zresztą wnuczka całkiem całkiem :))

Wypiekały podpłomyki, a na nich dopiekały jakieś specyfiki. Smakowało to jak nasz dawny cebulak :) tylko ciasto nieco cieńsze i pomidorów było więcej. Piec też wyglądał dość dziwnie. Taka wielka gorąca dziura ustawiona pod katem może 60 st. od poziomu. Wyglądał dość zabawnie i kojarzył mi się z bajkami o Muminkach.

Pizza dobra, napełniła mój żołądek, do tego łyk syrkoli na dobre trawienie i w dalszą drogę. Celem miały być okolice Krak des Chevaliers, czyli największej i chyba najlepiej podobno zachowanej twierdzy krzyżowców. Podobno, bo wlali tam sporo betonu w restaurację. Jutro może sprawdzę to na własne oczy :)

Teoretycznie odległość nie była zabójcza. Raptem jakieś 50 km. Jakieś, gdyby nie francowaty teren. Oj, dawno już tak w dupsko nie dostałem. Na szczęście nie było już tak gorąco i dało się jechać. Droga zresztą wiodła przez zadbane wioski. Ba, były nawet tabliczki, aby śmieci wyrzucać do śmietników. Co chyba czyniono, bo jakoś ich było mniej niż gdzie indziej. Asfalcik tez był nówka sztuka.

Tak sobie jechałem, trochę kląłem, trochę się śmiałem, aż zajechałem do jednej z wiosek i zauważyłem ciekawy dom, jak nie stąd. Cały był obrośnięty winoroślą. Zatrzymałem się na focenie rzecz jasna. Od razu obległy mnie dzieciaki i zaczęły pokazywać źródełko. A później wyszły mamusie tych dzieciaków i zaproponowały posiłek. Ryż i sos z pomidorem był świetny, zwłaszcza, ze mój silnik jechał na rezerwie i szukałem jakiegoś paliwka. Obfociłem dom i dzieciaki rzecz jasna. Mamusie też, znaczy jedną z nich, bo druga stwierdziła, że jakaś taka nieumalowana jest i że się do zdjęć dziś nie nadaje. Poprosiłem później o adres, mówiąc, że im fotki przyślę i tu wyszło szydło z worka. Mamuśki fotki owszem, ale tylko z dziećmi. Ze sobą to nie za bardzo, bo co by mąż powiedział. :)) Niemniej jednak agentki z nich były niezłe. Ich mężowie to bracia :)) Mają przynajmniej tę samą teściową :)))

Paliwko uzupełnione, mogę ruszać. Zaczynało się już ściemniać, więc zacząłem rozglądać się za jakimś fundokiem, czyli po ichniejszemu hotelem. Oczywiście, jak się pytałem, ile do hotelu, to co rusz, każdy mówił co innego. Nagle jak się do niego zbliżałem, to on w opowieściach tubylców się oddalał. Ciekawe zjawisko. Ale chyba znane wszędzie. Im częściej się pytasz o drogę, tym jest ona coraz dłuższa.

W końcu dojechałem. Przede mną wizja negocjacji cenowych. Pan, właściciel hoteliku, inżynier chyba sadownictwa (tak się przedstawił, a na dowód przyniósł mi później 4 jabłka) zaczął z górnej półki od 2000 ichniejszych pieniążków. Na początku powiedział 200, ale chyba faktycznie się pomylił. 2000 to stanowczo za dużo, więc powiedziałem 500. Pan się już nawet powoływał na krzyż i robił znak krzyża na piersiach, ale nie cholery nie mógł ze mnie zedrzeć nawet 1000. W końcu jak powiedziałem kilka razy, że biorę manele i żeby mi dał paszport i że mam gdzie spać (pokazałem mu karimatę i śpiwór) stanęło na 700 ichniejszych pieniążkach. Każdy z nas wygrał (czyli jak mawiają w języku szkolących win-win) i tak w końcu być powinno. Należy pamiętać, ze w krajach arabskich targowanie się to rytuał i w zasadzie zawsze kupujący i sprzedający są zadowoleni. No chyba, że trafi się na idiotę, który da każde pieniądze, jaki mu sprzedający krzyknie.

Po drodze jak to już zazwyczaj tu bywa, zapraszano mnie kilkakrotnie na kawę czy herbatę. Chyba nawet ze dwa razy proponowano mi nocleg. Pewnie bym się skusił, ale ze byli to sami faceci, to pojechałem do hotelu :)))

Krak des Chevaliers, 14 października

Dla wielu, np. dla mojego serdecznego kolegi Komisarza, to straszny dzień. Dla mnie to normalny dzień, ba nawet lepszy niż inne. W końcu urodziłem się 13 i to w piątek.

Dzień rozpoczął się całkiem dobrze. Rano wyjechałem zadowolony, choć o pustym żołądku z noclegowni - apartamentu i podążałem ku fortecy krzyżowców Krak des Chevaliers. Trasa nie była wcale łatwa. Podjazdy bardzo strome. Co się wzbiłem na pewną wysokość, to znów droga zjeżdżała w dół. I tak przez 20 km. Po drodze dopadłem sklepik, gdzie nabyłem i skonsumowałem 4 duże ciacha, popiłem kolą i hajda dalej.

Wreszcie dojechałem do miejsca, skąd rozpościerał się widok na fortecę. Z oddali przedstawia się dość imponująco, jakby biała skala na czubku zielonej góry. Forteca wznosi się nad naturalną bramą pomiędzy górami Libanu na południu a górami Dżabal an-Nusajrijja. Wzniesiona jest na wysokości 750 m n.p.m. Żeby się tam dostać, trzeba pokonać 300 m w pionie. Mnie taka męka już przestała przerażać. Tu można kondycję roweru i swoją nieźle wypróbować. W połowie podjazdu nakarmiłem kichy humusem i cieciorką. Wreszcie chyba już wiem, z czego się ten humus robi.

Nakarmiony ruszyłem z pełnym zapałem dalej. Ostatnie 200 m, było przeokrutnie strome. Takiej stromizny jeszcze nie zaliczałem. No ale udało się. Zdobyłem zamek :))

Chwila odpoczynku i trzeba zobaczyć te kamyki, jak się już tu jest. Wstęp 150 pieniążków.
Forteca z bliska także robi wrażenie, choć już mniejsze. Faktycznie jest w sporej części odrestaurowana, do czego zużyto sporo kamienia świeżego i betonu, ale jako że nie jestem ani historykiem, ani archeologiem, nie przeszkadzało mi to zbytnio. W zasadzie jak ktoś się nie wpatruje i nie szuka betonu, to jest ok. W końcu te kamyki mają już kolo 1000 lat. Pierwsze wzmianki dotyczą 1031 roku, kiedy niejaki emir Hims zainstalował tu oddział Kordów i wybudował pierwsze umocnienia. W 1099 r. zaczęli władać nim krzyżowcy, no i jak to rycerze, którzy nieśli miłość i nową religię z umocnień emira Himsu pobudowali wielką twierdzę. W XII w. zamek został przekazany zakonowi joannitów. Po zakończeniu okresu krucjat zamek został zdobyty przez sułtana Bajbarsa i stracił na ważności. 1934 rok, to data, kiedy podjęto decyzję przez kolonialne władze francuskie o jego odbudowie - renowacji.

Połaziłem trochę po tym zamku i faktycznie wydaje się spory. Jest utrzymany w porządku, choć dzieci samych bez opieki pozostawiać nie można. Są miejsca niezabezpieczone, skąd łatwo spaść kilka, kilkanaście metrów w dół. W środku zorganizowana jest restauracja. Nie wchodziłem, bo i po co. Podczas zwiedzania, natknąłem się na polską wycieczkę. Hałasowali prawie jak Włosi. A to wycieczka starszych osób. Ot, chyba hasło: "wesołe jest życie staruszka" tu się sprawdziło. Ekipa była pełna wigoru i bardzo ruchliwa.

Tartus, 15 października

Zamek zdobyty i porzucony. Udałem się w stronę Tartusu. Zjazd spod zamku z 750 m n.p.m. na niecałe 300 m, był całkiem fajny, gdyby nie zdarzenie, które mogło przekreślić moją dalszą podróż po Syrii.

Zaczął dochodzić z mojego tylnego koła niezbyt miły dźwięk przy hamowaniu. Dodatkowo odbijało mi szczęki. Były to objawy wybrzuszenia na obręczy. I jak się później okazało, była to najgorsza z możliwych rzeczy, jaka się może rowerzyście przytrafić. Pękła mi pancerna obręcz Mavic 521 wzdłuż. Szczelina miała ok. 15 cm długości. Szlag mnie trafił, ale cóż było robić. Takie rzeczy się zdarzają, tylko dlaczego akurat mi. Może wreszcie ten 13 się zmaterializował w postaci pękniętej obręczy? Z tego wqrwienia pociągnąłem sporawy łyk syrkoli i ruszyłem. Jechać się dało, tylko nie można było hamować tylnym hamulcem.

Do Tartusu zostało mi 50 km. Snułem już czarne myśli o końcu podroży, ale i o możliwości sprowadzenia obręczy z Polski (7 dni czekania i 1000 zł - no way). Jakieś 20 km przed Tartusem spytałem się mechaników, co można z tym zrobić. Odpowiedzieli, że to aluminium i ze oni nic nie mogą, ale w Tartusie jest sklep rowerowy i są mechanicy. To mnie pocieszyło. Jeżeli jest sklep, jakikolwiek rowerowy, to się coś wymyśli. Szczelina w obręczy się powiększała, ale miałem już to i tak gdzieś. 13-ty jednak zaczynał być dla mnie szczęśliwym.

W mieście w zasadzie od razu trafiłem do sklepu. Chłopaki, jak zobaczyli mój rower, to najpierw przez 20 min go oglądali. Jak już im zachwyt się znudził, to zaczęliśmy radzić co z obręczą zrobić. Dodatkowym problemem jest fakt, że ja mam kółka na 32 szprychy, a nie na 36. No, ale i z tym problemem się zmierzyli. Wygrzebali skądś jakieś kółka na 32 szprychy. Miałem już obręcz. Ale jest ona za cienka, żeby była na tyle. Więc obmyśliłem, żeby z przodu obręcz wstawić na tył, a tę "nową" na przód. Uradziliśmy i za 100$ sprzedadzą mi koło i zamienią tak jak chcę. Naprawa trwała chyba z 5 godzin, ale się udała (mam przynajmniej taką nadzieję). Warsztat mają dość ciekawy. A centrownica jest ekstra. Lepsza niż niejedna markowa za 300USD. Obiecałem, że podeślę im kilka sztuk kluczy do szprych, bo się chłopaki męczyli jakimś chińskim badziewiem. W każdym bądź razie, grat został naprawiony i jeździ. Mechanik, który ostatni został w warsztacie i w zasadzie głownie on naprawiał jest nie lada magikiem. A do tego bardzo uczciwy. Kiedy zapłaciłem jego koledze 100 i on pojechał to zostaliśmy tylko we 2. Jeszcze posiedzieliśmy ok. godziny nad sprawami kosmetycznymi, pakowaniem itp. Chciałem ekstra dać chłopakowi 500 ichnich pieniędzy, ale kategorycznie odmówił.

Kurcze, oni są tu uczciwi do bólu. Zaprosił mnie oczywiście jutro na herbatkę z czego oczywiście skorzystam. I tak zakończył się szczęśliwie 13 października.

Postanowiłem zostać 1 dzień w Tartusie i na spokojnie pozwiedzać miasteczko, napić się kawy/piwa i sprawdzić rowerek. Może popłynę na wysepkę/wioskę Arwad - fenicki ośrodek.

Lattakia, 16 października

Dziś był dzień dość monotonny, no chyba że wieczór. A to już inna sprawa :) Z Tartusu wyruszyłem o przyzwoitej porze. Wyjechałem na autostradę, gdzie oczywiście można jeździć rowerkiem, pod prąd i zatrzymywać się w zasadzie wszędzie. Ale życzyłbym sobie takich dróg w Polsce, jak są w Syrii.

Późnym popołudniem dojechałem boczną drogą na 5 km przed Lattakią. Zatrzymałem się na posiłek w lokalnym klubie piłkarskim :)) Znaczy piłkarzykowym. Jak się zatrzymałem, to tam posiedziałem dobre 1,5 godziny. Dowiedziałem się ciekawych rzeczy związanych ze starożytną historią regionu. W knajpie tej siedział starszy facet, który coś tam mówił po angielsku i był fanem historii i geografii. Nawet troszeczkę historii Europy znał. Zostałem poczęstowany sziszą, piwem i falafelem. A na zakończenie rozegrałem mecz w piłkarzyki. I nawet udało mi się strzelić 2 bramki. Oni tam grają cały czas, a ja raz na kilka miesięcy, więc i tak miałem niezły wynik.

Dzisiejszy dzień zakończyłem w Lattakii. Dziwne to miasto. Nie mieści się w standardach syryjskich. Jakoś tu tak europejsko. W knajpach jest alkohol, dziewczyny chodzą prawie porozbierane. Ech, znów się rozmarzyłem :))
No dobra idę spać. Jutro w drogę do Aleppo, gdzie pewnie posiedzę ze 2 dni.

między Lattakią a Alleppo, 17 października

Wracając jeszcze do wieczornego spaceru po Lattakii. W przewodniku pisali, że jest to dość liberalne miasto jak na Syrię. Ale to, co zobaczyłem, przerosło moje wyobrażenia. Wczoraj był czwartek, więc to tak, jak u nas piątek. Tu w Syrii piątek jest dniem wolnym. Zatem cała chyba młodzież lattakijska wyległa na ulice by świętować weekend. Nawet w Warszawie nie widziałem takich tłumów młodych ludzi zgromadzonych przed klubami i pubami. Tak pubami, w których podają normalnie alkohol. Sam zresztą zasiadłem w pizzerii Italian Corner i zamówiłem jak najbardziej normalnie 100 g wódki i puszkę koli. W sklepach już kupowałem alkohol, ale żeby normalnie w normalnej knajpie nabyć, tego jeszcze nie było :)) Chciałem co prawda zamówić lokalne wino, ale pan kelner stwierdził, że się skończyło.

Dziewczyny były ubrane po europejsku, nie w jakieś czadory. No czasami miewały chusty, ale to w niczym im nie przeszkadzało, aby używać Lattakii. Sporo osób piło jakieś alkohole i paliło szisze. Nawet kobiety paliły, czego wcześniej nie widziałem. Wydawało mi się, że przyuważyłem lekko zawianych ze dwóch obywateli. Ale byli bardzo grzeczni :)) Do knajp chodzą całymi rodzinami. Sklepy są otwarte do późnych godzin. Pewnie dlatego, że i knajpy są pootwierane. Zauważyłem też, że te lokale bardziej tradycyjne świecą pustkami. Siedziało w nich kilku smutnych Syryjczyków buchając szisze. Pan z recepcji hotelu też stwierdził, ze to bardzo liberalne miasto. To samo powiedzieli sprzedawcy kawy dziś rano, jak się zatrzymałem pytając o drogę, oczywiście dostałem kubek kawy gratis :)

Dzisiejszy dzień był jakiś taki niemrawy. Coś mi się nie chciało jechać. Pomimo, że wyjechałem dość wcześnie, ok. 8, a nawet chwilkę przed, to szło to jak po grudzie. Droga nie była za trudna, troszeczkę pod górkę. W końcu odjeżdżałem od morza w kierunku lądu do Aleppo. Moim wrogiem była temperatura (ok. 30 st - hihihi, wiem, z PL jest zima i śnieżyce i jak zwykle wszystkich zaskoczyła ta nasza coroczna zima) i niestety wiatr. Wiatr wiał z góry w kierunku morza, więc jak zwykle rowerzyście w ryj. I tak jakoś nie ujechałem za wiele. Ale zawsze te 50 km jest do przodu. Ok. 15 zatrzymałem się na obiad. Zamówiłem jajecznicę z baraniną i warzywka. Do każdego zestawu zawsze podają sól, wodę i podpłomyki.

Posiedziałem ok. godzinę. Jako, że nie miałem ochoty na dalsza jazdę, szukałem pretekstu, aby nie jechać. No i pretekst sam się znalazł. Naprzeciwko lokalu postanowił pojawić się hotel :))) Moje wewnętrzne jedno ja wzięło górę nad drugim i wylądowałem w hotelu. Hotel jest jeszcze w budowie, ale gości już przyjmuje. Utargowałem połowę ceny wyjściowej za pokój i zasnąłem. Obudziłem się ok. 19. Może jutro dotrę nieco bliżej Aleppo. No chyba że moje leniwe ja weźmie górę nad tym drugim, niekoniecznie lepszym :)))

Niestety nadchodzi nieuchronnie następna tragedia. Kończy mi się wkład do syrkoli. Może jeszcze starczy na tydzień, ale nie wiem co będzie później. Strasznie mnie to martwi i popadam na samą myśl o tym w ciężką depresje ;)

Idlib, 18 października

Dziś było już lepiej niż wczoraj. Wyjechałem na tyle wcześnie, że jeszcze miałem sporo chłodu i udało mi się zrobić całkiem sporo km zanim słoneczko zaczęło przygrzewać. Jechałem sobie w zasadzie bezboleśnie, obserwując zbiory oliwek. Żeby móc potem te owoce zjeść, nieźle należy się namęczyć. W skwarze i upale zrywa się je w zasadzie jak śliwki. A że są to dość małe owoce, to robota jest dość upierdliwa. Potem ładuje się je w worki jutowe i np. motorkiem gdzieś się wywozi. Albo zapewne do jakiegoś skupu, albo do domu. Przy takim zbiorze pracują całe rodziny. Nie ma czasu na to, aby plony pozostawić na drzewkach. Bo albo je ptaszyska zeżrą, albo zgniją. A jak sadzę, są to dość drogie produkty, przynajmniej dla rolników (a może sadowników?)
Jadąc dziś do Idlib, mijałem takie gaje oliwne co chwilkę. Można by rzec, że one się nie kończyły wcale. Każde miejsce było wykorzystane przez sadowników na drzewka..

Przy pierwszym dłuższym przystanku, pan Syryjczyk wskazując mi dalszą drogę stwierdził, że lepiej dla mnie będzie jechać nową drogą, niż starą. Stara wije się i co chwilkę się wznosi i opada, a nowa jest w zasadzie w miarę równa. Ta nowa droga, to autostrada. Miałem więc autostradę przez ponad 50 km w zasadzie tylko dla siebie. Czasami przejeżdżali nią miejscowi, albo jakieś taksówki, ale ruch na niej był mizerny. 50 km szerokiej, 3-pasmowej wstęgi asfaltowej, wykorzystywanej przez marnego rowerzystę z Bulandy. Coś takiego nigdy mi się jeszcze nie zdarzyło. No, ale jak mówią stare przysłowia mrówek, zawsze musi być ten pierwszy raz. No i był ten pierwszy raz, a że akurat w Syrii...

Niestety, stała się tez rzecz straszna. Dziś po raz ostatni zrobiłem syrkole ze składnika, przywiezionego z Polski. Nie przypuszczałem, że litr spirytusu wystarczy mi na tak krotko. Wychodzi na to, ze jestem straszny pijak :)))
Ale dzięki temu, nie mam żadnych problemów żołądkowych. A zjadam wszystko, co jest serwowane. Pójdę jednak za radą mojego kolegi z Warszawy o ptasim nazwisku, który stwierdził, że do syrkoli nadaje się wszystko, co ma powyżej 40% zawartości alkoholu. Na szczęście tu są takie produkty dostępne i do tego po przystępnej cenie. Zatem za kilka dni, będę musiał zrobić modyfikację mojego przepisu. Zastanawiam się czy wykorzystać do tego celu ichniejszą gorzałkę arakową, czy jakąś inną wódeczkę bądź whisky. Się obaczy. Arak zresztą nie jest taki zły. Częstowali mnie nim mechanicy rowerowi w Tartusie. Dodać należy, że się o mnie martwili i kilka razy dzwonili do mnie i pytali się, czy wszystko z bicykletem gut. No ta ja im smsem, że bicyklet gut. Mam trochę szpeju rowerowego niepotrzebnego w domu i jak przesyłka nie będzie za droga, to im to wyślę. Myślę, że się im przyda.

Po zrobieniu ok. 90 km, zakotwiczyłem się w obskurnym hoteliku w Idlib. Wykapawszy się, ruszyłem na zwiedzanie miasta i w poszukiwaniu drugiego składnika do syrkoli, czyli koli.

Główna ulica i boczne też tego miasteczka to same sklepiki. Po 20 przestałem liczyć. Tu są chyba w większości sklepiki z telefonami komórkowymi i butami. Widziałem też Nokie N97, te z GPSem. A ponoć GPS jest tu zakazany. Żeby nie mieć ewentualnych problemów, to jak podjeżdżam do policji, aby się zapytać o drogę/hotel, to maszynkę chowam w kieszeń. Nie wiem jak mogą się zachować, więc lepiej nie prowokować. Choć nie sadzę, aby robili problemy. Oni są bardzo mili i pomocni. Choć wszędzie jest ich pełno. Policji i wszelkiej maści portretów, grafik i pomników poprzedniego prezydenta i obecnego. Łączy tych dwóch panów szczególna więź. Pierwszy jest ojcem drugiego. Jak tak się przyglądałem tym portretom, to w zasadzie różnią się one tylko ubraniem. Wyraz twarzy jest dość stały i można go policzyć na palcach jednej reki. Choć dwa dni temu widziałem portret obecnego prezydenta zamyślony. Miał taka zafrasowaną minę, jakby przed chwilą dostał zadanie rozwiązania węzła gordyjskiego. Ale to był tylko jeden taki przypadek na tysiące innych, jakie tu widzę codziennie.

W Idlib niestety, znowu kobiety ubierają się po swojemu. Dziś jak był taki upal zastanawiałem się, jak im jest w takim stroju? I nie chodzi o burki czy czadory. W większości, to panie chodzą tu w płaszczach i do tego czarnych. Nie znam się na materiałach, ale sądzę, że są to jakieś syntetyki. A to oznacza, że nie za bardzo przepuszczają powietrze. A może lubią mieć taką prywatną saunę?

Kiedy poszukiwałem koli do syrkoli, dopadłem kafejkę internetową. Poczytałem, co to się w kraju dzieje. Kurczę, ile razy wyjeżdżam na wakacje, to rząd albo ma kłopoty, albo upada. Hihihihi, ciekawe, czy i tym razem upadnie. Ostatnio, jak jeździłem po deszczowej Norwegii, to koalicja magiczna z Pisem i Samoobrona się rozpadła. Ciekawe, czy i ta się do mojego powrotu rozpadnie?
Przeczytałem też, że w PL jest spory atak zimy. A ja tu mam prawie 40 stopni w południe i ani jednej chmurki. A o deszczu to można zapomnieć. Deszcz to mam tylko pod prysznicem :))))

Aleppo, 19 października

Myślałem, że uda mi się przechytrzyć syryjski klimat i ukształtowanie terenu. Z Idlib ruszyłem o 7 rano w kierunku granicy tureckiej w poszukiwaniu mało eksplorowanych umarłych miast. I znalazłem kilka. Z tym, że dojazd do nich jest nieoznakowany i trzeba ich wypatrywać w terenie. A szkoda, bo to całkiem fajne miejsca. Kiedyś musiały tam stać olbrzymie budowle. Do dziś zachowały się jakieś portale czy narożniki domów. Niemniej każde następne ruiny dla mnie niczym się nie odróżniają od poprzednich. Ot takie kamyki, tylko równo przycięte i poukładane jeden na drugim.

Niestety, droga do nich nie była wcale łatwa. Teren to się wznosił, to znów opadał. Podjazdy były tak strome, że ledwo je pokonywałem. Ale ani razu nie pchałem roweru. Przejeżdżałem przez wioski, w których budziłem ciekawość i zainteresowanie. Chyba nie dotarł tam żaden zroweryzowany turysta, a tym bardziej tak objuczony jak ja. Kilka razy byłem zapraszany na obiad i herbatkę. Niestety tym razem musiałem odmawiać. Za mało miałem dziś czasu na to, aby spędzać go, co prawda w bardzo miłej atmosferze. Wyznaczyłem sobie ambitny cel. Chciałem dotrzeć do siedziby Szymka, który siedział sobie na słupie. Czyli do miejsca, gdzie stała kolumna św. Szymona Słupnika i gdzie później została wybudowana olbrzymia świątynia. Na mapie droga wyglądała dość przyzwoicie, jednak okazało się, że tylko na mapie i zamiast 20 km, przejechałem prawie 40. Do tego był upal sięgający niemalże 40 stopni. Ale dałem radę. Ok. 17, dotarłem pod bramę Szymka.
Bilet kosztuje 150 SYR. O ile dla mnie każdy kamień to to samo, tak tu byłem pod wrażeniem. Ci to co wybudowali mieli niezłą jazdę w głowach. Na szczycie góry postawili olbrzymią świątynię. Do dziś zachowały się kolumny, portale. Tak jakby ktoś powiedzmy zdjął dach, a reszta pozostała. Do tego słońce było już dość nisko, co dawało bardzo plastyczne efekty.

Miałem ochotę tam zostać i przenocować. Ale wcześniej umówiłem się ze znajomymi, których poznałem na lotnisku, że się spotkamy w Aleppo. Miałem już w nogach ponad 90 km. Nie wiem, ile pokonałem w pionie, ale pewnie jakieś 1200 m. A do Aleppo było jeszcze 40 km.

Dzień się kończył, słonko zachodziło, a ja dymałem jak idiota. Na szczęście nie było już takich szaleńczych podjazdów. Znaczy były, ale tylko 2. Pierwszy raz jechałem nocą po Syrii. Na szczęście lampki mi działały, a kierowcy tutejsi jeżdżą naprawdę wspaniale.
Po ok. 2 godzinach dotarłem do hotelu. No i co zrobiłem? Ano skończyłem ze znajomymi syrkolę. Na szczęście w prezencie dostałem buteleczkę Smirnoffa i tym sposobem uzupełniłem braki w syryjskim napitku. Grandziliśmy do 1 w nocy. Dodatkowo w hotelu była grupa Polaków z Poznania. Więc impreza się rozkręciła.
A jutro postaram się pozwiedzać troszeczkę Aleppo. Nie lubię dużych miast. Ale to chyba należy obejrzeć. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że nie mam możliwości poznania go dobrze, ale to co się da, to pewnie zobaczę.

Aleppo, 20 października

Ciężko było ze zwiedzaniem, bo spotkałem się ze znajomymi w hotelu. A jak się już Polacy spotkają, to zazwyczaj łatwo nie jest. No, ale dałem radę. Może nie od samego rana, ale udało mi się dojść do siebie po meczącym dniu i wieczorze tak ok. 10.

O 11 ruszyłem na zwiedzanie. Zacząłem oczywiście od cytadeli, poprzez suki, meczety itp. Nie będę się rozpisywał co i jak, bo to nie ma sensu. Żeby dobrze zwiedzić jakieś miasto, trzeba mu poświęcić sporo czasu. A ja ani się nie interesuje zabytkami, ani historią (Dudzia, musisz mnie dokształcić po powrocie :) . Wiec dla mnie łażenie z przewodnikiem jest bez sensu. Najchętniej korzystam z własnego rozumu i idę przed siebie. Tak też zrobiłem i w Aleppo. A ze przy okazji na coś się natrafiało, to i dobrze.

No i trafiłem na łaźnię męską, czyli hammam. Od zawsze chciałem skorzystać z hammamu w kraju arabskim, a ten jakby wiedział i pojawił się na mojej drodze. Zatem skorzystałem. A co. Przeżycie niesamowite. Szkoda tylko, że zamiast pana "doktora" od skrobania i masażu, nie robiła tego długonoga, ciemnowłosa Tajka :)))
No ale przecież nie można mieć wszystkiego na raz. Pan "doktor", bo tak go tytułowała obsługa miał tak delikatne dłonie, jakby przez cale życie siedział tylko w łaźni :) Może nawet delikatniejsze od wirtualnej Tajki. Hihihi.
Zostałem dokładnie wymyty, wydrapany i wymasowany. Jak później sądziłem, to dało mi energię na następny dzień. W hotelu poznałem też innego szalonego rowerzystę. Myślałem, że to ta jestem tak walnięty, że jeżdżę wypakowanym gratem po końcu świata. A tu niespodzianka. Ten jegomość to Japończyk. Wymieniliśmy się namiarami. Jak będę jechał do Japonii, będzie jak znalazł :)

W stronę Eufratu, 21 października

Dzień rozpoczął się wcześnie rano, bo o 5. Z hotelu wyjechałem o 7.30 i nawet bez większych problemów udało mi się wyjechać z miasta. Ominąłem jeszcze poranny ruch.

Po wczorajszym masażu, czułem się wyśmienicie, więc jechałem, jechałem, jechałem. Droga była w miarę płaskata, wiatr lekko dmuchał raz w plecy, raz w twarz, a to znowu w boki. Ale dało się jechać. Plan zakładał jakieś 120 km. A mi się udało zrobić 160. Co prawda zajechałem już do miasta ok. 20 i było ciemno. Ale mogę być z siebie dumny. Pobiłem swój życiowy rekord w km. Wcześniej 140 km zrobiłem w Nowej Zelandii. Gdy pytałem się po drodze o hotel, odpowiedzi były różne. Jedni twierdzili, że nie ma, inni, że jest. Czułem, że to się dziwnie skończy. Niemniej jednak, wystarczy, że się zatrzymałem na odpoczynek np. na stacji benzynowej, to już mi proponowano nocleg w domu. Tym razem miałem ochotę przespać się w hotelu i być dla siebie panem. Jak cię zapraszają, to jesteś traktowany jak gość specjalny, więc jest dobre jedzenie, goście gospodarza itp. Po 160 km miałem ochotę na kąpiel i szybki sen.

Wjeżdżając do miasta pomyliłem drogi. I zamiast tą do centrum pojechałem tą do przeprawy przez Eufrat. No i na rondzie zapytałem się o hotel. A pan mi na to, ze fundok no. Ale że mnie zaprasza do siebie. W tej sytuacji odmówić nie mogłem, bo i jak. Hotelu nie ma (choć chyba był), dostałem zaproszenie, więc nie mam wyjścia.

Trochę obawiałem się tego rytuału gościnnego. Ale tu akurat było ok. Przede wszystkim nie panowały w tym domu wzory, że tylko mężczyźni zasiadają z gościem. Tu akurat były i kobiety (żona i matka gospodarza, oraz 2 nastoletnie córki. Jedna jak trochę podrośnie, będzie że hoho. W same oczy mógłbym się wpatrywać godzinami). Miały oczywiście chusty, ale nie skrywały twarzy. Nawet rozmawiały ze mną. A przynajmniej starały się ze słownikiem arabsko-angielskim.

Zaobserwowałem też, niewielkie tatuaże na twarzy matki gospodarza. Spotkałem się już z czymś takim w tym rejonie Syrii, ale nie wiem co to oznacza. Podczas kolacji, wszyscy jedliśmy wspólnie. A żona gospodarza karmiła piersią najmłodszego syna. Gospodarz był bardzo dumny ze swojej rodziny. 3 córki i 3 synów. Zauważyłem też, że nie musiał nic mówić, a dzieci dokładnie wiedziały, co robić. Że trzeba to przynieść, a to odnieść, że trzeba polać herbatę itp. Po kolacji się wykąpałem w gorącej wodzie. To było super doznanie po 14 godzinach w podróży i niewiele mniej na siodełku.

Posiedzieliśmy jeszcze trochę, ale widzieli, że jestem zmęczony. Jak na zawołanie wszyscy wyszli z pokoju. Gospodyni posłała łóżko i w kimę. Troszeczkę obawiałem się, że nie będę mógł odpocząć po takim maratonie, ale okazało się, że było bardzo sympatycznie. Ci ludzie są szczerze serdeczni. Nie chcą nic w zamian. Chcą Cię przyjąć i ugościć. A podobno Polska gościnność nie ma sobie równych. A jednak ma i nawet tu w Syrii jest większa.

Qalat Jabar, 22 października

8.30 wyjazd z noclegu w kierunku zapory na Eufracie i dalej do Qalat Jabar. Spokojnie udałem się na zaporę. Przed wjazdem kontrola paszportowa i ruszyłem przez zaporę. Eufrat w tym miejscu tworzy spore jezioro zaporowe. Sama zapora ma też długość kilku kilometrów. Niestety, fotek na nim robić nie można. Po zjeździe z zapory, zatrzymał mnie kierowca malej ciężarówki. Zrobili sobie ze mną kilka fotek, a w prezencie dostałem okulary przeciwsłoneczne :) Nie wiem dlaczego i po co, ale dostałem. Bardzo to miły gest. Będę miał do samochodu w Polsce. O ile po miesiącu mój grat się jeszcze uruchomi :) , bo są z nim podobno problemy. Pewnie akumulator szlag trafił. W końcu po trzech latach mu się należy emerytura.

Z głównej drogi skręciłem na boczną, prowadzącą do zamku Qalat Jabar. Cicha i spokojna okolica. W zasadzie zero turystów. Nad samym jeziorem i niedaleko zamku pole biwakowe, knajpa i smaczna eufracka ryba z grilla. Oj, dawno tak dobrej rybki nie jadłem. Wykąpałem się w Eufracie i odpaliłem wrotki w kierunku na zamek. Zamek, a w zasadzie to co z niego zostało, tylko z zewnątrz i od dołu przedstawia się w miarę ciekawie. Choć i tu władowano już sporo cegieł i betonu. W budce biletera spał sobie kasjer. Zdziwił się bardzo, jak mnie zobaczył. Nabyłem bilet wstępu i nastąpiło "zwiedzanie". Niestety, nie ma tam czego zwiedzać. Zachowały się szczątkowe kawałki murów lub zamku, a w centralnym miejscu przekrzywiająca się wieża. Wokół rumowisko kamieni. Niemniej jednak widok z góry przedstawiał się dość fajny. Teraz, gdy powstało tam jezioro zaporowe, jest naprawdę fantastycznie i nie żałowałem, że tam pojechałem. Wreszcie była cisza i spokój. Daleko od szlaków turystycznych. Tak jakby to nie była Syria. Polecam to miejsce na dłuższy wypoczynek. Restauracja serwuje super smaczne ryby, tureckie piwo Efes, no i można sobie popływać w Eufracie.

Miałem ochotę tam zostać na dłużej, ale już czas zaczyna mi się kurczyć, a chciałbym coś jeszcze zobaczyć i w Syrii i w Jordanii. Ruszyłem zatem w kierunku na wschód. Tam przecież musi być cywilizacja :)) Oczywiście pomyliłem drogi i pojechałem przez wioski, gdzie obejścia były nie z pustaków, ale z cegły mułowej. W zasadzie to tereny rolnicze. Uprawia się tu głównie bawełnę, czasami słonecznik, melony. Sporo jest też hodowli kóz i owiec. Wreszcie zobaczyłem taką Syrię, jaką chciałem zobaczyć. Nie zabytki, kamyki, tylko żywych ludzi :)

Przejeżdżając przez te pipidówy wzbudzałem nie mniejsze zainteresowanie swoją osobą jak oni. Wystarczyło, że się zatrzymałem na chwilkę, a już podjeżdżali do mnie miejscowi i proponowali nocleg. Dzień już powoli się kończył, a ja miałem w zamiarze dojechania do miasteczka Al Raaqqa i przenocowania w hotelu, by do południa pojechać tym razem już busem do Palmiry. Czy się to uda, się zobaczy. Udało mi się też zrobić znowu ok. 100 km. Więc dzień, pomimo, że leniwy, wcale takim nie był :)) W hotelu gorąca woda i w miarę czysta łazienka. Problemem w podróżowaniu w pojedynkę są niestety zwiększone koszty. Ale co robić. I tak wychodzi o wiele taniej, niż balowanie w Polsce :)

Palmira, 23 października

Ok. 9 wyjechałem z hotelu. Nie miałem się gdzie spieszyć. Autobusy, a w zasadzie busiki są co godzinę do Dayar az Zawr. Znalazłem dworzec z pomocą kilku miejscowych. Musiałem niestety wykupić dla mojego grata nie 1 miejsce a 3 :) Siedział zatem jak król w ostatnim rzędzie busika. I za niecałe 2 godziny byłem w mieście. Szybko zajechałem na dworzec dla wielkich autobusów, gdzie mnie dopadła chmara naganiaczy. Zdecydowałem się na pierwszego z brzegu i za 250 ichnich pieniążków jechałem wygodnie do Palmiry, a rowerek siedział, a w zasadzie leżał w luku bagażowym. Steward roznosił cukierki i wodę. Dobrze, że skorzystałem z autobusu. Jak wyglądałem przez okno, to nie było po drodze nic ciekawego, nie licząc upału i pustyni. Raz tylko zarejestrowałem pasące się kamele.

W sumie po 4 godzinach dotarłem dom Palmiry. Czysty hotelik z działającą lodówką, gdzie schowałem resztki syrkoli (zmrożona smakuje całkiem nieźle). Udałem się na zwiedzanie ruin. Myślałem, że nie jest w stanie mnie żaden kamyk zaskoczyć. Te jednak zrobiły na mnie nie mniejsze wrażenie, jak święty Szymek od siedzenia na słupie.

Pani Zenobia, królowa tych ziem jakiś czas temu, miała chyba spore kohones :) Budując na takim zadupiu olbrzymią twierdzę. Nie wiem, po co jej to było. No ale, jak to moja koleżanka dziś stwierdziła, cyt. "no dała radę zbudować, bo kobiety są twarde", dodam, że ona jest nauczycielem historii w moim rodzinnym mieście. Nic to, że podobno zamordowała swojego małżonka. No przecież była twarda :)

Ruiny są nawet w dobrej kondycji. A w nocy wyglądają jeszcze lepiej niż za dnia. Są odpowiednio oświetlone, co robi niepowtarzalną atmosferę. W dzień są to tylko kamyki, w nocy zaczyna się widowisko świateł. Nad Palmirą góruje wielka cytadela, także wspaniale oświetlona. Okazuje się, że jak się chce, to można i z kamyków zrobić widowisko :) Ruiny są dostępne za darmochę. Płaci się tylko 150 SYP za wejście na teren świątyni Baala, czy jakoś tak.

Zostaję tu na jeszcze jeden dzień. A potem ruszam do Damaszku i dalej znowu rowerkiem do Jordanii odwiedzając przy okazji Bosrę. Podobno też fajne kamyki. Ciekaw jestem, czy po tej historycznej wycieczce zmienię zdanie o zabytkach, czy nadal pozostanę ignorantem w tej materii :))

Palmira, 24 października

I zostałem jeszcze 1 dzień w Palmirze. Hotelik całkiem niezły w miarę za rozsądne pieniądze 800 SYP. Ok. 10 udałem się na zwiedzanie Palmiry. Miałem sporo czasu, więc nigdzie mi się nie spieszyło. Na początku udałem się w kierunku cytadeli, która wznosi się okazale nad całą doliną. Wlazłem na nią pieszo. Trochę było trudno, ale się udało. Widok z góry był całkiem miły. Jednak sama cytadela zrobiła na mnie mniej miłe wrażenie. Syryjczycy mają to do siebie, że jak biorą się za rekonstrukcję zabytków, to używają do tego celu całej masy betonu. W tym przypadku także nie zrezygnowali ze swoich upodobań. Wylali kilkadziesiąt ton betonu i zrobili z tego równą posadzkę na cytadeli. Same mury także są w znacznej części odbudowane. Nie wiem co jest lepsze, czy zrujnowane zabytki przez czas, czy odbudowa za pomocą nowoczesnych materiałów. Koszt wejścia na cytadelę to 70 SYP. Trochę także zniesmaczył mnie widok jakiegoś Syryjczyka, który w centralnym miejscu na murze cytadeli wypisywał coś swoimi szlaczkami i nie przejmował się tym, że ktoś to widzi. A strażnik siedział sobie w cieniu i sprzedawał kolę. Napisy na murach zabytków to jak się okazuje sprawa znana w całym świecie niestety. Po zejściu w cytadeli polazłem w okolice wież grobowych. Na początku nie wiedziałem, co to są za budowle, ale wieczorkiem spotkałem polskich archeologów, którzy mi pewne aspekty wyjaśnili przy piwku i sziszy. W końcu wtedy, tak jak i dzisiaj, kto miał kasę, ten po śmierci chciał mieć duuuży grobowiec. No i stąd te wieże. Gość miał kasę, to kazał po śmierci wystawić spory pomnik. W naszym świecie jest zresztą chyba tak samo. Wystarczy niebawem przejść się po cmentarzach. Kto ma największe grobowce? Ci, co mieli kasę. Tylko po co im po śmierci taka chałupa? Okazało się, że mamy wspólnego znajomego, niejakiego Kalafiora :)) Ów osobnik jak się okazuje znany jest w światku archeologów Bliskiego Wschodu i Afryki. Połaziłem po całej dolinie, znaczy tej jej części, którą miałem w zasięgu moich butów. A wieczorkiem udałem się po raz kolejny na nocne focenie Palmiry.

Miskin, 25 października

Pobudka ok. 6. O 7 wyjazd na dworzec a o 8,40 siedziałem już w wygodnym wielkim autobusie w drodze do Damaszku. Koszt to 250 SYP. Jazda zajęła ok. 3 godzin. I już ok. 11 byłem na dworcu pod Damaszkiem, skąd pojechałem przez centrum w kierunku granicy z Jordanią. Niestety spotkała mnie znowu awaria. Tym razem zerwała się śruba w lewym pedale. Czułem, że to się zdarzy, czekałem tylko momentu, kiedy. Na szczęście zerwała się przy warsztatach. Śrubka ta, ma niestety gwint angielski, a nie metryczny i nie miałem takiej w zapasie. Pedały wyglądały na pancerne i podobno są używane do downhilu. Ale jak się okazało, ja mam większą siłę i pokonałem je. Muszę pomyśleć o takich pedałach, które można naprawić w 10 min i są na kilku łożyskach, a nie na jednym. Nie miałem na szczęście żadnego stresu związanego z awarią. Wiedziałem, że sprytni mechanicy naprawią ją w kilka chwil. Tak też i było. Nie wiem, co zrobili, ale za ok. godzinę miałem skręcony pedał. Nie chcieli też ani grosza. Ruszyłem w stronę granicy. Niestety musiałem ominąć Bosrę. Drogi w Syrii nie należą do dobrze oznakowanych i zamiast na Bosrę pojechałem na Jordan. Ale co tam, wszystkie kamyki są podobno takie same :)) Po drodze w zasadzie nie było nic ciekawego. Przejeżdżałem przez tereny stricte rolnicze. Uprawiano tam pomidory, jakieś warzywa, czasami oliwki. Jest to chyba najbardziej urodzajne teren Syrii. Ziemia też jakaś taka inna, bardziej brunatna. Przy drodze wystawione były skrzynki z pomidorami, bakłażanami i innymi dobrociami. Coś jak przy drodze z Warszawy do Radomia. Po drodze dostałem kilka owoców. Z herbatek musiałem rezygnować. Czasu miałem niewiele, a chciałem jeszcze troszeczkę przepedałować. I przepedałowałem jakieś 100 km. Szukając hotelu skierowałem się do miasteczka Shaykh Miskin. Podobno tam miał być hotelik. Od policjantów dostałem namiar na doktora, który może mi pomoc. W drodze do Miskin przyplątał się do mnie jakiś oszołom na motorku, który coś tam marudził po angielsku. Niestety, zadawał zbyt dużo pytań czy np. mam laptopa, gdzie pracuję itp. Ponadto twierdził, że Syryjczycy to źli ludzie i żebym uważał. Wzmogło to moją czujność i pomimo, że zapraszam mnie do siebie stanowczo odmówiłem. Zaprowadził mnie do doktora, ale ten wskazał hotel za 1500 SYP, na co postukałem się w głowę i grzecznie, acz stanowczo podziękowałem mojemu "opiekunowi". Wolę sobie sam poradzić, niż być zdanym na jakiegoś oszołoma. No i poradziłem sobie. Przenocowałem u jakichś gospodarzy za niewielką opłatę. Dostałem posiłek, wyrko, a rano o 7 ruszyłem dalej.

 

czytaj listy z dalszej części podróży

 

sitemap-8sitemap-6rsssitemap-1rsshomesitemap-9rsshomesitemap-4sitemap-3sitemap-8sitemap-7sitemap-9sitemap-10sitemap-10sitemap-8sitemap-7sitemap-2sitemap-5sitemap-4sitemap-7sitemap-3homersssitemap-10sitemap-7sitemap-5sitemap-4sitemap-10rsssitemap-10sitemap-8sitemap-6sitemap-1rsssitemap-7sitemap-2sitemap-6sitemap-1homesitemap-4sitemap-6sitemap-9sitemap-6sitemap-4sitemap-7sitemap-10sitemap-7sitemap-3sitemap-3