Klub Podróży JAREMA na Fejsie

Syria i Jordania na rowerze - część 2 (2009)

Zarka, 25 października

Do granicy jordańskiej zostało 30 km. Przejście graniczne na autostradzie jest głównie okupowane przez tiry i autobusy z Ammanu do Damaszku. Odprawiłem się na części syryjskiej (wiza wyjazdowa 500 SYP). Na przejściu jordańskim wymieniłem pieniądze (1 FJ = 1, 5 USD), kupiłem wizę i pojechałem dalej. Niestety, skończyła mi się syrkola, a jorkoli jeszcze nie zdążyłem zrobić, co okazało się bardzo brzemienne w skutkach. Przez pograniczników jordańskich byłem bardzo miło witany. W końcu rzadko się im zdarza widok takiego tira jak mój rower :) Opuściłem przejście i ruszyłem w stronę Ammanu, a dokładnie Madaby, gdzie miałem się spotkać ze znajomym z pracy - Zijadem. Kiedyś razem pracowaliśmy w firmie. Po roku, On wrócił do Jordanii. Do Madaby miałem w sumie 150 km. Nie byłem w stanie tego pokonać w 1 dzień. Więc stwierdziłem, że przenocuję na przedmieściach Ammanu w mieścinie Zarka, skąd do Madaby zostało jakieś 60 km. Dojechałem, znalazłem hotel i poszedłem na browarka. Niestety, zamiast wypić jorkolę (której jeszcze nie wyprodukowałem) zadowoliłem się piwkiem. No i dostałem za swoje. Do tego nałożyło się jeszcze 100km w słońcu (35st) i w jeździe pod wiatr, no i dostałem jakiejś paskudnej wysokiej temperatury. Czułem się tak, jakbym miał przynajmniej 40 st gorączki. Już myślałem, że nie będę w stanie ruszyć się przez następny dzień. Organizm chyba był już dość osłabiony. Teren nie był łatwy, upał był, ale ze względu na wiatr, wcale go nie czułem, a do tego jedzenie w postaci 2 falafeli przez cały dzień. No i brak jorkoli. Oj czułem się strasznie. Na szczęście mam silny chyba organizm. Nad ranem zmoczyłem potem poduszkę i rano czułem się już znacznie lepiej. Poduszkę można było zapewne wykręcać. Ciekaw jestem, czy zmienili poszewkę dla następnego gościa :) Po wjeździe do Jordanii od razu widać różnicę. Nie ma tu wszechobecnych w Syrii portretów imć jaśnie panującego prezydenta i jego ojca. Podobno, następcą Asada miał być młodszy syn, ale zginął tragicznie na autostradzie mając w bagażniku sporo heroiny i wioząc panienki. No i następcą tatusia musiał zostać drugi synek. W Jordanii w zasadzie głównie w urzędach państwowych i wojsku są plakaty z podobiznami króla i jego ojca. A jak wskazują źródła historyczne, poprzedni król Jordanii był orędownikiem i w zasadzie twórcą demokracji w tym państwie.

Madaba, 26 października

Ok. 11 ruszyłem do Madaby. Teren był paskudny. Raz się wznosił, a raz opadał. Raz bylem na 700 m n.p.m., a za chwilę na prawie 1000. I tak przez jakieś 40 km. Na szczęście nie było wiatru w ryj, tylko był trochę z boku, a czasami i z tyłu. Co jakiś czas robiłem odpoczynek. W końcu po co się spieszyć. 60 km da się zrobić nawet na rowerku dziecinnym :) Jedynym mankamentem, jaki mnie irytował, to miliardy ciężarówek, huczących i dymiących. Normalnie nie da w takich warunkach jechać rowerem, na szczęście miałem słuchawki i zapuszczałem kawałki, Karola Płudowskiego, Daukszewicza, Wałów Jagiellońskich czy Grupy Bez Jacka. I po kilku godzinach dotarłem do Madaby, gdzie na stacji benzynowej u swoich kuzynów czekał Zijad. Wieczorem poszliśmy na spacer po Madabie. Zijad przedstawił mnie swojej rodzinie, poopowiadał o mieście, o zabytkach, o mozaikach. Pokazał, co mam jutro zobaczyć. Nie wiem, czy będę w stanie jutro się gdziekolwiek ruszyć, ale kto wie.

Madaba, 27 października

Jednak udało się i znalazłem nieco siły na zwiedzanie Madaby. Dużo tego nie ma. W zasadzie niewiele. Miasto nocą prezentuje się znacznie lepiej niż w dzień. Główną atrakcją są, a w zasadzie jest, mozaika w kościele prawosławnym przedstawiająca mapę ówczesnego świata chrześcijańskiego. A przynajmniej mi się tak wydaje. Wszędzie się rozpisują, jak ona nie jest wspaniała. A jak ją zobaczyłem, to nieco się uśmiechnąłem. Taka jakaś mikra jest już teraz. Podobno kiedyś była olbrzymia i składała się z chyba ok. 2 mln części. A teraz to takie 2 kawałki i do tego poprzecinane wstawkami z betonu. No ale jak się już jest, to trzeba zobaczyć. Warto nawet dla samego kościoła i mozaik tam wywieszonych. One zrobiły na mnie większe wrażenie, niż reklamowa mozaika na podłodze. Później kolega mi opowiadał, że dopiero od niedawna jest wśród Jordańczyków świadomość historyczno-turystyczna. Kiedyś za jego dzieciństwa, to wydłubywali kawałki z takich mozaik i się nimi bawili. A dlaczego? Ano dlatego, że nikt im nie powiedział, że źle robią. Nie mieli nauczyciela, który ze świadomością podchodził do takich zabytków. Na szczęście teraz są już chronione i coraz większe pieniądze rząd wykłada na ich udostępnianie i rekonstrukcje.

Odwiedziłem jeszcze kilka miejsc z mozaikami. Całkiem spore kawałki się zachowały. Madaba od niedawna zaczyna żyć życiem miasteczka turystycznego. Wpompowano podobno ok. 17 mln JP w renowacje ulic i infrastruktury. Teraz, zanim się coś nowego wybuduje w centrum, komisja rządowa musi zbadać, czy nie ma tam jakiś mozaik czy innych zabytków. Coś jak przy naszych, pożal się boże, autostradach.

Wieczorkiem pojechaliśmy do źródeł Mojżesza. To jest miejsce opisywane w Biblii, gdzie Mojżesz uderzył laską w skałę i wypłynęła woda. Czy tak było, to już tylko on wie :)) Dla mnie to zwykle źródełko, choć o bardzo smacznej wodzie. Obok niego jest jeszcze kilkanaście innych źródeł, skąd dziadek mojego kolegi kilkadziesiąt lat temu sprowadził wodę do Madaby. Dzięki temu, jak sądzę, zyskał szacunek do dzisiejszego dnia. A rodzina Kolegi znana jest nie tylko w Madabie. Dowiedziałem się, że jak ktoś był majętny w Madabie, to budował dość wysokie domy. Znaczy wysokie w sensie wysokich pomieszczeń w tych domostwach. Coś jak w Polsce stare budownictwo. Wysokość to ponad 4 m.

Wieczorkiem zostaliśmy zaproszeni na imprezę do braci Zijada. Zeszła się rodzina, przyjaciele. Impreza odbywała się na dachu budynku. Grillowane mięso jagnięce, kurczak, czosnek i cebula były bardzo smaczne. Do tego napitki w postaci araku lub innych alkoholi, dodawały jeszcze większego smaku.
Imprezowaliśmy do 12. Najważniejsze w Jordanii są więzy rodzinne. Jeżeli gość przyjeżdża do jednego członka rodziny, to tak, jakby przyjechał do całej rodziny i obowiązkiem wszystkich jest dbać o gościa w należyty sposób. Istnieje polskie przysłowie o gościnności, ale nasza gościnność, zwłaszcza teraz jest żadną w porównaniu do tutejszej.

Madaba, 28 października

O 8 wyjazd na północ od Ammanu, najpierw na panoramę jeziora Genezaret, a później do zamków Ajlan i ruin miasta Jarash. Panorama na jezioro była całkiem fajna, choć powietrze niekoniecznie idealnie przejrzyste. W oddali można było dostrzec także Nazaret.

Zamek Ajlan położony jest w fantastycznym miejscu, na wysokiej górze w scenerii bardziej zielonej niż gdzie indziej. Widok z niego roztacza się bardzo przyjemny dla oka widok. Cały czas jest restaurowany i odbudowywane są kolejne jego fragmenty. Jordańczycy robią to nieco bardziej delikatnie niż Syryjczycy. Tu nie widać tak wlewanego wszędzie betonu. Ten zamek na mapie widnieje jako Qalat al-Rabad.

Później pojechaliśmy do ruin miasta Jerash. Po obejrzeniu sanktuarium św. Szymona Słupnika i Palmiry nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Jednak jest na co popatrzeć. Ruiny zostały zachowane w całkiem niezłej formie i świadczą o ogromie tego miejsca za czasów świetności miasta. Zachowany w dobrej kondycji amfiteatr czy kolumnada, świadczą o ogromie tego, co było setki lat temu. Największe wrażenie robi brama Hadriana, na samym początku ruin. Olbrzymia kamienna budowla robi nie mniejsze wrażenie. Spacer zajmuje ok. 1 do 1,5 godziny. Warto to obejrzeć.

Po powrocie do Madaby poszliśmy wieczorkiem na sziszę do lokalnej "spelunki". Najciekawsze było to, że siedziało tam może ze 20 facetów, grało w karty (odmiana miejscowa remika), paliło szisze i oczywiście nie było alkoholu. Co nie znaczy, że Jordańczycy nie piją. Jednak w tym miejscu nie widać było ani grama agresji. Co ciekawe, karty były tak zajmujące, że nawet znaleźli się obserwatorzy tej gry. Był taki jeden Jordańczyk mocno kudłaty, który z otwartą gębą obserwował grę raz przy jednym stoliku, a raz przy drugim. Był bardzo zafascynowany rozdaniami. A gra generalnie wcale nie jest trudna.

Madaba, 29 października

Na początku Góra Nebo 10 km od Madaby. Szczerze, to nie jest ona warta zachodu. Choć widok z tarasu jest całkiem miły, to wszystko jest tam w remoncie, a w kibelku nie ma ani papieru, ani węży z wodą. Jest natomiast sporo pamiątek po wizycie Jana Pawla II, obelisk upamiętniający ten moment.
Wg Biblii z Góry Nebo Mojżesz zobaczył Ziemię Obiecaną po 40-letniej wędrówce po pustyni. Nigdy jednak do niej nie wszedł. Do tej pory nie jest wiadomo, gdzie jest pochowany.
Zakładając, że wcześniej, za czasów Mojżesza, te tereny były bardziej zielone, to po kilkudziesięciu latach włóczęgi po pustyni (choć można ją było przejść w kilka miesięcy), jak stanął na tej górze i zobaczył krajobraz, to mógł się zachwycić i dojść do wniosku, że to jest właśnie Kanaan.
Czasami zadaję sobie pytanie, po co gonił swoich ziomków przez 40 lat po pustyni. I wreszcie znalazłem odpowiedź. Patrząc na to, co dzieje się w naszym kraju. Ano gonił ich po to, aby wymarły 2 pokolenia, aby to następne pokolenie nie było skażone naleciałościami sprzed "podróży". To samo musi się stać w naszym kraju. Aby transformacja została w pełni zrealizowana, musi upłynąć nie 40, a przynajmniej 60 lat. Długość życia teraz się zmieniła. Moje pokolenia pamięta jeszcze poprzedni system, rodzice w nim żyli, dzieci, jeszcze będą lekko skażone, natomiast dopiero ich dzieci będą uwolnione od tego, co stało się w Polsce i w Europie kilkadziesiąt lat temu, a politycznie skończyło się przed 20 laty.

Najważniejszym punktem programu było oczywiście Morze Martwe, wcześniej jednak udaliśmy się do miejsca, gdzie Jan Chrzciciel dokonał chrztu Chrystusa. To jest dokładnie na granicy Jordańsko - Izraelskiej. Generalnie Jordan to teraz taka mała rzeczka, o brązowym zabarwieniu. Miejsce to nosi nazwę Baptism Site. Stoi tam kościół, zresztą chyba nowy. Całość jest udostępniona dla turystów oczywiście. Są ścieżki, które prowadzą do rzeki. Na jej brzegach, po obu stronach są pomosty, skąd można wejść do Jordanu. Tak po stronie jordańskiej, jak i izraelskiej cały czas dokonywane są chrzty całozanurzeniowe. Tak, jak to ma miejsce w kościołach protestanckich.

Duża część wycieczek, to wycieczki rosyjskie. Nawet przewodnicy mówią płynnie po rosyjsku, a grupy zza naszej wschodniej, a w zasadzie północnej granicy można rozpoznać na kilometr :) Nawet będą tam budować jakiś kościół czy cały kompleks. Tak przynajmniej jest napisane na plakacie. Dla mnie, to miejsce bardziej przedstawia szopkę turystyczną, niż coś mistycznego. Ale to są tylko moje odczucia.

Dopełnieniem tego dnia była kąpiel w Morzu Martwym. Wreszcie mogłem poleżeć na wodzie i nie ruszając się zbytnio, obserwować to bajoro i ludzi w nim się taplających. Morze Martwe to słone jezioro bezodpływowe położone w tektonicznym Rowie Jordanu, na pograniczu Izraela, Autonomii Palestyńskiej i Jordanii.
Generalnie to jest to najzwyklejszy nasycony roztwór solanki. Pomimo, że kilka rzek ma ujście w tym jeziorze, to nie ma z niego odpływu. Wysoka temperatura powoduje olbrzymie parowanie wody, a sól wymywana przez te rzeki z gruntów, przez które przepływa, zostaje w Morzu Martwym. Konsystencja tej brei jest taka, jakbyśmy do szklanki wody wsypali przynajmniej drugą szklankę soli. Smak jest obrzydliwy i trzeba bardzo chronić oczy, aby woda się nie dostała do nich.

Ostatnimi czasy badacze archeolodzy, obciążeni dodatkowym balastem szukali na dnie Morza Martwego szczątków mitycznej Sodomy i Gomory, ale jak dotąd nic nie znaleźli. Długo nie da się w tej brei wytrzymać i po kilkunastu minutach należy wyjść i dokładnie spłukać się słodką wodą. Zawsze miałem ochotę wykapać się właśnie w tym miejscu. Miałem ochotę położyć się na "wodzie" i bez ruchu leżeć. Frajda jest niesamowita. Koleżanka mi napisała, że tam może mnie zaatakować jedynie dmuchany rekin :)

Później pojechaliśmy na punkt widokowy, z którego roztaczał się wspaniały widok i na Morze Martwe, i na Izrael, i na to, co poniżej. Różnica wysokości to coś kolo 600 m, droga wzdłuż Morza wyglądała jak wstążka makaronu, a samochody jak zabawki. Do tego niesamowite wąwozy i odcienie skal. Mógłbym tam siedzieć dość długo i wpatrywać się w dół. Brakowało mi tylko zieleni.

Amman, 30 października

Wycieczka do Ammanu.
Generalnie to Amman to bardzo nowoczesne miasto o sporej dysproporcji. Przejeżdżałem obok wielkich luksusowych willi, ale też obok malutkich domków. Największe wrażenie zrobiła na mnie wielkość ambasady amerykańskiej. Oni to mają rozmach. Olbrzymi gmach, a w zasadzie kilka gmachów. To jest większe kilka razy niż ambasada rosyjska w czasach świetności poprzedniego ustroju w Polsce. I do tego cała masa wojska z karabinami, a na samochodach opancerzonych karabiny maszynowe dużego kalibru. Oczywiście zakaz fotografowania. Nawet część dwupasmowej drogi jest zamknięta, bo to przecież za blisko bramy i jakiś terrorysta mógłby zbliżyć się za bardzo. Ciekawe jest to, że tylko ta ambasada jest tak strzeżona. Amerykanie mają chyba jakaś manię prześladowczą. Boją się wszędzie i wszystkiego na całym świecie. A przecież to państwo niesie gołąbek pokoju światu i tak upragnioną demokrację. Teraz przypomniała mi się piosenka sp. Jacka Kaczmarskiego "W porcie w Amsterdamie" Czy jakoś podobnie.

Niestety w zwiedzaniu Ammanu przeszkodził nam deszcz, a w zasadzie ulewa. Po raz pierwszy na tym wyjeździe spotkałem się z opadami. Poszliśmy zatem do muzeum motoryzacji Króla Husajna. Był on zagorzałym fanem i uczestnikiem wyścigów samochodowych, a w swej kolekcji zgromadził sporo ciekawych egzemplarzy.

Potem udaliśmy się z wizytą do domu przyjaciela Zijada - Osamy. Tam przeczekaliśmy deszcz rozmawiając i jedząc smaczny obiad. Jak się przychodzi do kogoś w Jordanii, to nie ma możliwości, aby wyjść bez posiłku. Tu jest to normalne. Po raz pierwszy jadłem świnie. Jako, że i Syria i Jordania to kraje zdecydowanie muzułmańskie, to świń tu jest b. mało. A ostatnio podobno wybili ich znaczna część w związku z grypą.

Świnia była rewelacyjna. Wielokrotnie Osama powtarzał, że mam się czuć jak u siebie w domu. To jest tu taki zwyczaj, że jak jest się gościem u przyjaciela, u kogoś z rodziny, to automatycznie jest się gościem u jego przyjaciół i rodziny.

Niestety, deszcze przestał padać dopiero późnym wieczorem i z wycieczki dalszej nici. Nie żałuję zresztą, bo wielkie miasta mnie nie kręcą. W zasadzie wszystkie są takie same.

Petra. Wadi Ram, 31 października

Rano pobudka o 4. Do tego zmiana czasu, więc obudziłem się o 3, aby o 5 wyjechać na południe do Petry i Wadi Rum. Jechaliśmy drogą królewską. Piękna widokowo trasa. Albo się wznosi, albo opada. Serpentyny i fantastyczne widoki. Nieco dłuższa i wolniejsza od autostrady pustynnej, ale warta przejechania. Aż żal, że samochodem, a nie rowerem. Ale rowerem by się nią jechało dobrych kilka dni, a ja nie mam już czasu na wędrówki rowerowe. Za 4 dni wsiadam w samolot i wracam do zimnej Polski, gdzie znów zaleje mnie cała rzeka informacji, kto z kim i dlaczego. Chyba wyrzucę telewizor przez okno :))

Po 5 godzinach dojechaliśmy do Petry. W czasach antycznych, w okresie od III w. p.n.e. do I w. n.e., miasto przeżywało czasy swojej świetności, będąc stolicą królestwa Nabatejczyków. Sami Nabatejczycy zwali Petrę Rqm (Rakmu), co oznacza "wielobarwna". Bilet jednodniowy za chyba 21 JD. No i ruszyłem na zwiedzanie tego wyrzeźbionego w skalach miasta. Od razu dał się zauważyć wielki ruch turystyczny, w zasadzie wcale niekontrolowany. Ile wlezie, tyle będzie.

Aby dojść do świątyni znanej z przygód Indiany Jonesa z pierwszej części (Chazne - zwana przez Beduinów ?Skarbcem Faraona" - wykuta w skale piętrowa budowla powstała ok. I-II w. n.e), schodzi się fantastycznym wąwozem w dół (wąwóz As-Sik). Niestety, jest to już tak uczęszczana ścieżka, że czasami ciężko przejść spokojnie. Konie, wielbłądy, dorożki i co tam jeszcze ma możliwość noszenia turystów, a nie ma silników spalinowych. Zapewne niebawem będą tam i pojazdy elektryczne. To tylko kwestia czasu.

Przy świątyni całe stado ludzi i sporo straganów z pamiątkami. Na szczęście sprzedający nie są tak nachalni. Nie chcesz kupić, to cie nie męczą i nie łażą za tobą. Świątynia budzi respekt i szacunek dla jej wykonawców. Włożyli masę pracy i serca w to, aby tak wyglądała. Żadne zdjęcia nie oddadzą tego, co widzi się w rzeczywistości. Martwi mnie tylko to, że za kilka lat, zostanie to miejsce zadeptane. Potem ruszyłem dalej, aby zobaczyć inne pozostałości poprzednich epok. Reszta nie jest już tak dobrze zachowana jak Chazne. Podobno spora część Petry została zniszczona przez kilka trzęsień ziemi w latach 110, 303, 363, 505 i 551.

Przy końcu doliny są oczywiście restauracje i stado osłów, na grzbietach których tambylcy proponują przejażdżkę do Klasztoru. Ja niestety z uwagi na brak czasu nie wdrapałem się do Klasztoru. Może kiedyś w przyszłości to nadrobię.

Spędziłem w dolinie i wąwozie ok. 4 godzin, co jest stanowczo za mało, aby poznać to miejsce, ale wystarczająco dużo, aby mieć pojecie, co to jest ta Petra. Można oczywiście wykupić bilet nawet na 3 dni i oddawać się przyjemnościom obcowania ze starożytnością, ale to już dla innych. W pewnym sensie te 4 godziny są dla mnie wystarczające.

Chciałem jeszcze zobaczyć choć niewielki kawałek tak osławionej Wadi Rum. Wszyscy znajomi mówili, że to trzeba zobaczyć, że to jest kwintesencja Jordanii. Pomimo, ze w planach nie miałem ani Petry ani Wadi Rum, jak już byłem w Jordanii i mogłem korzystać z samochodu, to czemu nie zobaczyć. Do Wadi Rum wjechaliśmy ok. 14,30. Było jeszcze na tyle czasu, aby choć cokolwiek zobaczyć. Zdaję sobie sprawę, że żeby poczuć klimat tego miejsca, to trzeba tam posiedzieć przynajmniej 2 dni. Ja tyle nie miałem. Może też innym razem. Bilety do Jordanii nie są takie drogie, więc można spokojnie na tydzień udać się w rejon Petry czy Wadi Rum.

Zdezelowanym dżipem, a w zasadzie Toyotą pojechałem z Beduinem na pustynię. W zasadzie to na chyba sam jej początek. Przez 4 godziny co można zobaczyć. Ale dla mnie na tyle dużo, że mam ochotę poświęcić kiedyś temu miejscu nieco więcej czasu. Choć zdaję sobie też sprawę, że jeszcze nie udało mi się wrócić po raz kolejny w miejsce, w którym kiedyś już bylem.

Samo miejsce jest świetne. Tylko te olbrzymie rzesze turystów, a wśród nich umalowane paniusie z Rosji. Brakuje im tylko szpileczek na nogach. Ech. Generalnie to już nie pustynia, to kombinat do robienia wielkiej kasy przez miejscowych Beduinów. Tam jest nawet sieć komórkowa i internet. Siedzisz sobie na skale i możesz odbierać maila. Cała pustynia jest pocięta szlakami samochodowymi. No ale taka jest cena popularności. Gdyby nie niejaki Lawrence z Arabii, kto wie, czy dziś byłby tam taki kombinat. Pewnie tak.

Auta zjeżdżają do bazy dopiero po zachodzie słońca, który faktycznie wygląda imponująco, a pustynia zmienia kolory w zależności od wysokości słońca. Ja siedziałem sobie na skale do momentu, aż słoneczko zaszło całkowicie i pan Beduin musiał wracać na światłach do bazy. A co tam. W końcu niecodziennie jest się w takim uroczym miejscu. A dodatkowo ucichł zgiełk i prawie wszyscy zaraz po zachodzie słoneczka wracali do bazy. Więc miałem przez krótką chwilkę kawałek pustyni dla siebie.

Madaba, 1 listopada

A dziś mam lenia i nie chce mi się nic robić. No oprócz tego, że muszę spakować całość, bo jutro wracam do Damaszku. O ile uda się kupić bilet na autobus z Ammanu.

Generalnie Jordania jest o wiele droższa niż Syria. Ludzie są jednakowo mili i gościnni. Poza tym, Jordania to państwo o zgoła innym systemie. Syria to dyktatura, Jordania to monarchia demokratyczna o dobrym spojrzeniu w stronę najuboższej klasy społecznej. Gdzie obecny król Abdullah dba o tych najuboższych właśnie. Mankamentem jest to, że jak się dowiedziałem, nie ma obowiązku kształcenia dzieci. A w każdym, no może prawie każdym, jordańskim domu jest działająca broń palna. Przekonałem się o tym wracając z Wadi Rum do Madaby. Trafiliśmy na korek na autostradzie. Okazało się, że Beduini mają wesele, a na wiwat strzelali nawet z karabinów maszynowych. Ot, taka miejscowa tradycja :))

Sporo też dowiedziałem się o kulturze, więzach rodzinnych i tradycjach Jordańczyków. O ich polityce i spojrzeniu na świat ten ich bliski, i ten daleki. Nie wszyscy Jordańczycy to terroryści i zagorzali przeciwnicy USA czy Izraela. W końcu świat kreują nie zwykli obywatele, a ich przywódcy.

Jako, że dziś 1 listopada - Święto Zmarłych, naszła mnie taka refleksja. Bardzo lubię oglądać cmentarze tam, gdzie akurat przebywam. Cmentarz sporo mówi o tradycji danej kultury.

Patrząc na cmentarze islamskie, nie doszukałem się grobów, które wyglądają jak wielkie mauzolea. Wręcz przeciwnie, są to skromne pochówki. Nie jestem religioznawcą, ale staram się obserwować wszystko, co mnie otacza podczas moich podróży. W islamie, podobnie w pewnym sensie jak w religiach chrześcijańskich, po śmierci następuje zmartwychwstanie, po śmierci człowiek, a w zasadzie jego duch, przechodzi do lepszego świata, pod opiekę Boga.

Zastanawiam się zatem, skąd w naszym społeczeństwie, z gruntu katolickim, istnieje chęć "zaistnienia" właśnie podczas tego święta? Po co wydaje się grube pieniądze, aby przystroić groby bliskich? Przecież im jest już od dawna lepiej niż nam, tu na świecie doczesnym. Powinniśmy się cieszyć, może wzorem Romów, że Ten Ktoś odszedł do lepszego życia. Że gdzieś Tam ma szczęście i spokój. Wydaje mi się, że ta nasza swoista "rewia mody" na cmentarzach bardziej pokazuje w pewnym sensie naszą próżność, a nie dbałość o zmarłych. Nie lubię tego święta, nie lubię w tym czasie cmentarzy. Zmarłych należy wspominać stale, wtedy będą żyli nadal. I to od naszej pamięci o Nich zależy, czy będą żyli tu, wśród nas, czy odejdą w zapomnienie świata doczesnego.

Ot, to taka moja refleksja.

Damaszek, dni ostatnie

W końcu dotarłem późnym wieczorem do zalanego deszczem Damaszku. Na granicy syryjsko - jordańskiej nie wiedzieć czemu staliśmy ponad 1,5 godziny, pomimo że w autobusie było 7 osób. Wiza wyjazdowa z Jordanii 5 JD. Może ktoś nie miał wizy. Nie wiem. Droga wlokła się niesamowicie. Przejechałem ją już rowerkiem w stronę Jordanii, więc pewne szczegóły zapamiętałem.

W końcu dojechaliśmy. Autobus dalej popędził do Bejrutu, wysadzając mnie nie na tym dworcu, na który przyjeżdżają busy z Ammanu. No i heca. Basil, który na mnie miał czekać i u którego miałem wynająć pokój w Damaszku jakby był, a go nie było. Nie znałem gościa, dostałem tel. od poznanych wcześniej miłego rodzeństwa z miasta pana Rydzyka, a w zasadzie to Kopernika. Jak się okazało, Basil czekał 2 godziny i się nie doczekał - ale na innym dworcu. Ale to żaden problem w Syrii. Telefon do niego i już miejscowy dowiedział się, gdzie ma mnie w tym deszczu zawieźć. No i zawiózł.

Domek okazał się całkiem przyzwoity. Pokój wielki, 2 łóżka i stargowałem z 1000 na 800 SYP za noc. A miałem całość dla siebie. Było jeszcze na tyle wcześnie, choć już ciemno, że poszedłem kupić coś do picia. Oczywiście nie wziąłem adresu, a na samym początku bytności na starym mieście każdego arabskiego miasta, można się zgubić. Pomimo, że w zasadzie układ jest dość prosty, ale o tym przekonałem się dnia następnego. Kupiłem co potrzeba i zacząłem szukać drogi powrotnej. No i nie znalazłem. Ale nic to w Syrii. Od czego są przyjaźni ludzie i telefony. Telefon do Basila i już jakiś miejscowy zaprowadził mnie na miejsce. Drugiego dnia poszło mi już łatwiej, bo miałem adres po arabsku napisany. Ale każdy następny raz był już bardzo prosty. W zasadzie później zgubić się nie było możliwe. Zawsze doszło się do punktu wyjścia. Trzeba tylko zapamiętać kilka szczegółów. Ja zapamiętałem śmietnik i zepsutego Volkswagena Golfa, takiego jak mój stary Sztrucel. Przez 2 następne dni włóczyłem się po Damaszku. W zasadzie bez celu. Znaczy cel był, połazić i zobaczyć co się da po drodze. Przewodnik Pascala można sobie w d... włożyć. Napisali tam może 1,5 strony o Damaszku. Kpina jakaś. Nie polecam tego badziewia nikomu.

Lepszym przewodnikiem okazał się mój własny nos i nogi. Kręciłem się po mieście, poznawałem zakamarki, czasami trafiałem na jakiś zabytek zabytkowy :)) W Damaszku wszystko podobno jest zabytkiem. Podobno jest to jedno z najstarszych ciągle zamieszkanych miast na świecie. Z zewnątrz niestety wygląda, tak jakby miało się za chwilkę rozpaść. Połatane mury, poszerzone do granic możliwości piętra poprzez dobudowywanie do pięter wypustek, coś jak zabudowany balkon. Te "balkony" podparte są na różnego rodzaju belkach i beleczkach. Starych i połamanych. Tam chyba nie obowiązuje żadne prawo budowlane. Jak jest dziura w ulicy, to albo jest, albo zalepiają ja betonem. Uliczki są na tyle szerokie, oczywiście nie wszystkie, żeby mogły nimi jeździć auta. Co prawda, nie są to krążowniki jakie widać na amerykańskich filmach, a zwykle małe w zasadzie głównie koreańskie ciężaróweczki. A dlaczego małe? Ano dlatego, że przecież i Koreańczycy i Chińczycy do rosłych nie należą. I akurat dobrze się ta "żółta" motoryzacja wpisała w krajobraz Syrii. Trzeba dodać, że jeżdżą bardzo dobrze. Oczywiście są autka poobijane, ale to normalne w takich warunkach. Nie widziałem natomiast żadnego poważniejszego wypadku, ani wrzeszczących na siebie kierowców. U nas wystarczy się nie tak popatrzeć na drugiego szofera i już obrywa się wiązankę słowną. A tam jakoś tego nie zauważyłem, no ale może źle patrzyłem.

Co do zabytków Starego Damaszku, to a i owszem, kilka napatoczyło mi się na oczy i nogi. Ale żebym był nimi zachwycony, to nie powiem. Wrażenie na mnie wywarł meczet Umajjadów (chyba tak się to pisze), zwłaszcza to, co widziałem w środku. Ale żebym był zachwycony, to nie powiem. Chyba jednak w dalszym ciągu pozostanę ignorantem w kwestii historii, zwłaszcza tej starszej.

Zabrałem ze sobą do poczytania książkę o Jezusie i początkach chrześcijaństwa. I całkiem było miło, jak wyczytałem w niej, że spora część rozegrała się właśnie w miejscu, gdzie akurat przebywałem.

Maszerowałem też przez dzielnicę chrześcijańską. Niestety, nie tak jak meczety, kościoły były z zasady pozamykane. Kilka razy udało mi się natknąć na kogoś, kto dysponował kluczem i zaglądałem wtedy do środka. Kościoły są różnych obrządków - grecko - ortodoksyjne, katolickie, ormiańskie, protestanckie i pewnie też i inne. I jakoś nie przeszkadzają sobie wzajemnie. A obok nich, meczety. Niby Syria to państwo muzułmańskie, ale wcale tak chyba nie jest.
Jak zwiedzałem kościoły, to przypomniała mi się paskudna sprawa w moim rodzinnym mieście sprzed kilkunastu już chyba laty. Jak to katolicy rzymscy modlili się o to, aby kościół Karmelitów Bosych nie został przekazany kościołowi grekokatolickiemu. Nie dość, że modlili się do tego samego Boga, to jeszcze mieli tego samego zwierzchnika - Papieża. Poszedłem tam z ciekawości zobaczyć tę całą farsę. I jak to zobaczyłem, to miałem dość. Modlić się o to, żeby inni modlić się nie mogli. Żenada! Wstydziłem się za to, co działo się w moim mieście.

A w Syrii jakoś tego nie zauważyłem. Wszyscy jakoś ze sobą egzystują. W Jordanii zresztą też. Przynajmniej tam gdzie byłem i co obserwowałem. W Etiopii, jak byłem w styczniu, też wiele kościołów istniało obok siebie i nie przeszkadzało sobie wzajemnie.

Oczywiście, zwiedzałem też chyba największy suk (targ) w tej części świata. Łaziłem po zakamarkach i natykałem się a to na łaźnię, na meczety, na schowane wystawy. Oczywiście można tam kupić prawie wszystko. Najwięcej jest szmatek dla kobiet. I zdziwiłby się ktoś, kto myśli, że muzułmanki mają tylko czarne "habity" i chusty lub jak mawia kolega z Madaby - szaliki :) Te ciuchy trącą takim erotyzmem, że w tzw. wyzwolonym świecie o takie niekiedy niełatwo. Natknąłem się nawet na ciuchy rodem z seksszopu.

I nie to, że tylko kobitki ubrane po europejsku kupują w takich sklepach. Najwięcej tam się kłębiło czarnych habitów. Nawet takie tylko z oczami na wierzchu kupowały te seksowne ciuchy. Te kobitki muszą być niezłe, jak już zawieszą ten swój czarny strój na wieszaku w domu.

Niewiele mniej niż naładowanej erotyzmem bielizny jest zachodnich produktów wyrabianych rzecz jasna w Chinach. Wszelkiej maści spodnie i kurtki dżinsowe. Z różnymi świecącymi napisami na nogawkach i na tyłku. Widziałem też czarne habity z wyszytymi napisami "I love You" itp.

Trzecią kategoria są oczywiście buty. Głównie męskie, wszelkiej maści. Najmodniejsze to chyba takie w szpic. Wyglądają koszmarnie, ale sporo facetów je nosi. Sam mam takie, ale założyłem je może 2 razy. Ohyda.

Następną kategorią są oczywiście przyprawy ze wszystkiego co się może jako przyprawa nadać.

Na targu owocowym, oczywiście owoce i warzywa. Mieści się on nie w głównej części targowiska. Trzeba przejść przez główną ulicę. Pokręciłem się tam także. Ten suk miesza się z targiem różnego rodzaju badziewia technicznego. Wreszcie nabyłem to, co już dawno chciałem kupić, czyli zmywak tyłka. Chciałem kupić i kupiłem, teraz jeszcze tylko montaż w domku i papier toaletowy będzie zbędny :))

Zapomniałem dodać, że jedna z większych kategorii bazarowych, to oczywiście wszelkiego rodzaju świecidełka ze złota czy ewentualnie srebra. W końcu pod tymi czarnymi habitami i szalikami na głowie, są piękne kobiety, które lubią, jak większość błyskotki.

Błyskotek nie kupowałem, jakoś nie lubię złota, ale inne sprawunki poczyniłem oczywiście.

Pisałem wcześniej, że bardzo spodobał mi się sposób dbania o swój zarost w krajach arabskich. Tak mi się to spodobało, że i teraz skorzystałem z fryzjera-golibrody. Ogoliłem się na 0 i na czubku głowy i na twarzy. Pan fryzjer żartobliwie spytał się, czy brwi też ma ogolić :)) Przed wyjazdem wyczyściłem sobie buty, znaczy nie ja tylko czyściciel uliczny. Tak mi wyglancował moje stare adidaski, że są jak nowe. Znalazłem też łaźnię, z której oczywiście skorzystałem. Tym razem była to łaźnia nie tylko dla turystów. W rzeczy samej, korzystali z niej głownie miejscowi. Sympatyczniejsza od tej w Aleppo i o połowę tańsza.

W zasadzie byłem jak nowy i gotowy do powrotu z małym tylko wyjątkiem. Nie zdążyłem kupić żadnej koszuli. Znaczy nie znalazłem czegoś, co nie jest babską szmatką. No i wsiadłem do samolotu w koszuli sprzed 2 tygodni :))) Na szczęście jest to koszula z czystej wełny i nie śmierdzi tak, jak bawełna. Można w niej spać i jeździć i chodzić i w zasadzie da się wytrzymać. Nawet sąsiedzi się nie krzywią :)) Polecam, wełna z baranów merynosów jest absolutnie rewelacyjna.

Na lotnisku w Damaszku jest totalna abstrakcja. W myśl zasady hiszpańskiej zasady: fiesta, sjesta i maniana. Jakoś nigdzie się tam nikomu nie spieszy, rzecz jasna o urzędników chodzi. Informacji, że nie wszyscy muszą płacić 1500 SYP taksy wyjazdowej nigdzie nie ma. Zresztą w ambasadzie syryjskiej w Polsce, też niczego nie mówią. Mam wrażenie, że tam pracują osoby z niepełną świadomością. Odprawa paszportowa ciągnęła się w nieskończoność. Za to bagaż pojechał szybko, tylko jak zwykle z rowerem był problem. Najpierw koleżka przeczytał na bilecie, że rower może lecieć, ale 26 września. Więc mu wytłumaczyłem, że to data zakupu biletu. Nie dał za wygraną i dzwonił do koompla ważniejszego. Ten ważniejszy przyznał, że ja mam rację. Ale to oczywiście nie koniec. Mówię gościowi, że rower się nie zmieści na normalnej bagażowej taśmie, a on że się zmieści. No i się nie zmieścił i musiał przyjść następny kolega i zabrać rower ręczną maszynką do przenoszenia większych gabarytów, czyli jeszcze następnym kolegą. No ale z rowerem to mam zawsze przeboje, więc już się niczemu nie dziwię. Mam nadzieję, że go odbiorę i całą resztę bagażu w niezmienionej formie. Teraz siedzę na lotnisku w Istambule i oczekuję na lot do zimnej Warszawy. Mam zamiar dziś zjeść schabowego z kapustą i ziemniakami i zapić to wszystko zimną polską wódką.

Czas niestety wracać do rzeczywistości.
Od kilku dni męczą mnie telefonami z roboty, niestety. Brrrrrrrrrrrrrrrrrrrr

 

czytaj część 1 listów

sitemap-7sitemap-8sitemap-5sitemap-3sitemap-5sitemap-10sitemap-9sitemap-10sitemap-1sitemap-6sitemap-8sitemap-5sitemap-6sitemap-7sitemap-5sitemap-6sitemap-5sitemap-9sitemap-10sitemap-6sitemap-4sitemap-1sitemap-9homesitemap-6sitemap-6sitemap-2sitemap-6sitemap-6sitemap-5sitemap-2sitemap-10sitemap-8sitemap-3sitemap-1sitemap-8rsshomehomesitemap-10rsssitemap-8sitemap-7sitemap-3homersshomesitemap-3sitemap-3sitemap-9sitemap-4