Relacja z podróży Malwiny, Artura, Piotrusia (7 lat), Agusi (5 lat) i Alicji (8 miesięcy) Flaczyńskich z podróży do basenu Morza Czerwonego.

 

Ostatnie 4 miejsca w samolocie wykupiliśmy kilka dni przed wyjazdem. We wtorek 22.07 około północy mieliśmy wylot z Gdańska do Sharm el Sheikh. Ostatnie godzinki przed wylotem spędziliśmy na miłym spacerze po gdańskiej marinie i starówce, bardzo pięknej i niezbyt tłocznej w wakacyjne popołudnie (zawsze dotąd bywaliśmy razem w Gdańsku podczas Jarmarku Dominikańskiego, gdy przewalają się tłumy - pustki na Długim Targu i Mariackiej były dla nas zatem miłą niespodzianką).

Po tym przyjemnym spacerku trzeba było poddać się niestety mniej przyjemnym procedurom na lotnisku, zapiąć pasy (Alisia została pominięta, Malwina przywiązała ją zatem do siebie chustą) i pocieszać starszaki, którym podczas lotu zatykały się uszy.

Do Sharm dolecieliśmy wczesnym rankiem we środę, lotnisko było prawie puste. Współpasażerowie skierowali się ze swoimi walizami do pięęęęknych hotelowych autobusów, a my z plecakami ruszyliśmy na poszukiwanie przystanku autobusowego. Z naszych dotychczasowych doświadczeń wynika, że przy każdym nawet kurortowatym lotnisku musi być przystanek, należy tylko wykazać się odpowiednią determinacją w poszukiwaniach, a sojusznikami w tychże będą miejscowi policjanci. I tu niestety zawiedliśmy się - zagadnięty policjant z piękną naszywką  "tourist police" zaprowadził nas do taksówki i próbował wmówić, że 100 EP to uczciwa cena za przejazd kilku kilometrów do dworca autobusowego. Ponieważ przystanku nigdzie nie było widać, a kolejne taksówki zatrzymywały się obok nas, wreszcie skorzystaliśmy z ich oferty. Na dworzec autobusowy dojechaliśmy za 30 EP  - facet próbował nam wmówić, że umawialiśmy się na 30 EP od osoby, ale go zignorowaliśmy. Nie podjechał do obok stojących policjantów. Czyli przepłaciliśmy  :-( .

Na dworcu zakupiliśmy bilety do przygranicznej miejscowości Taba, duuużo wody i po dwugodzinnym oczekiwaniu wsiedliśmy do dość rozklekotanego autobusu. Powiózł nas piękną drogą, wiodącą przez pustynię, wśród skalistych ścian i nad morzem na północ, w kierunku granicy z Izraelem. Za radą Mariusza zdecydowaliśmy się na lądowy wariant trasy do Jordanii, czyli przejście przez granicę Taba/Eliat/Akaba (są bezpośrednie promy z Taby do jordańskiej Akaby, ale pływają wolno, są drogie i skandalicznie się spóźniają). Nie znaczy to jednak, że droga lądowa jest wiele lepsza. Przekraczanie granic trwało w sumie 3 godziny, z czego zdecydowanie najprzyjemniejszym przeżyciem była jazda taksówką przez izraelski przygraniczny Eliat. Poza taksówką temperatura w cieniu wynosiła 43 stopnie w cieniu... Tuż po przejściu granicy izraelsko-jordańskiej Alisia zaczęła mocno marudzić.  Jak się targować o cenę taksówki, gdy dziecko płacze? Dopiero w samochodzie zauważyliśmy ten pierwszy ząbek, który właśnie się wyrżnął...

Planowaliśmy dojechać do centrum Akaby i złapać autobus na północ, do stolicy Jordanii Ammanu, ale w ciągu kwadransa jazdy starszaki zasnęły, Isia marudziła coraz bardziej - i w ten sposób nastąpiła błyskawiczna zmiana planów, dogadaliśmy się z taksówkarzem na rozsądną kwotę 40JD, za którą jego kolega zawiózł nas do Wadi Musa - niewielkiej miejscowości na wyżynie, koło ruin Petry. Dotarliśmy tam już wieczorem - mijając spacerujące po szosie wielbłądy i podziwiając suche, skaliste zbocza. Cały dzień był zdecydowanie najbardziej męczący i najmniej ciekawy z całej wyprawy.

Czwartek i piątek spędziliśmy na uganianiu się po Petrze, która podobała się nam ogromnie, warto wydać tych 26 JD za wstęp (bilet dwudniowy, dzieci do 15 lat gratis). Potężne, wykute w skale świątynie i grobowce robią naprawdę niesamowite wrażenie, a otaczające je wąwozy i stoki są piękne same w sobie. W ruinach toczy się życie - nie tylko sklepiki z pamiątkami i restauracyjki, ale też rozmaite szopy i składziki w jaskiniach. A w tych lepiej ukrytych przez wzrokiem turystów stoją terenowe samochody sprzedawców  ;-)  Jeszcze do niedawna w jaskiniach normalnie mieszkali ludzie. Pan, który wiózł nasze dzieci na osiołku mówił, że sam urodził się w jednej z nich. I tu dochodzimy do rewelacyjnej atrakcji dla naszych dzieci - osiołków, z których grzbietu można zwiedzać ruiny (rozrzucone na sporym obszarze). Można w tym celu skorzystać jeszcze z konnej bryczki, grzbietu konia lub wielbłąda, jednak nasze starszaki pokochały osiołki i część trasy (np. męczącą wspinaczkę do Monastyru) pokonały na ośle. Isia miała własnego wierzchowca, czyli Malwinę - podróżowała po skalistych ścieżkach w chuście, a wcześniej, po wyboistej drodze po płaskim - w wózku (specjalne kupionym na tę wyprawę).

W sobotę wynajętym samochodem z kierowcą wyruszyliśmy na północ. Zwiedziliśmy ruiny zamku Ash-Shawbak (całkiem ładna kupa kamieni), znacznie lepiej zachowane ruinki zamku krzyżowców Kerak (duża kupa kamieni), odpoczęliśmy nad Morzem Martwym (trochę szczypie) wjechaliśmy na Górę Nebo, gdzie ponoć pochowany jest Mojżesz (kościółek na szczycie zamknięty z powodu remontu, ale otaczający ogród i widok na Jordanię i Izrael b. ładny) i na koniec obejrzeliśmy jeszcze jedną z najstarszych na świecie map - mozaikę w kościele św. Jerzego w Madabie. Cała wycieczka, około 400 km, kosztowała nas 125 JD + 40 ekstra dla kierowcy za dojazd do dodatkowych miejsc + bilety wstępu: M. Martwe: 12 JD/dorosłego, 8 JD za Piotrka,  Kerak: 1 JD za dorosłego, Madaba: 1 JD za dorosłego, Nebo 1 JD, Shawbak wejście bezpłatne. Do tego koszt dobrego obiadu 10 JD od osoby dorosłej. Zwiedzanie większości atrakcji turystycznych dla dzieci jest gratis.

Niedzielę spędziliśmy na przejażdżce jeepem po pustyni w rezerwacie Wadi Ramm. Piaszczystych wydm jest tu niewiele (chociaż są, i to b. widowiskowe), więcej skalistych masywów z rzadka porośniętych drzewami w okolicach źródeł. Oprócz atrakcji przyrodniczych można na pustyni zobaczyć wykute w skale inskrypcje (z czasów, gdy była tu sawanna i biegały żyrafy). Nocowaliśmy w namiocie beduińskim na pustyni, pod rozgwieżdżonym niebem co określa się jako million-star hotel  :)  Koszt wycieczki: 6 JD dojazd z Wadi Musa, 2 JD za bilet wstępu od osoby dorosłej, 35 JD za przejazd, posiłki i nocleg.

W poniedziałek wyruszyliśmy z pustyni do Akaby (taksówka 20 JD, podzieliliśmy się kosztami po połowie z parą sympatycznych Francuzów), przekroczyliśmy znowu granicę (z lekkimi problemami - na izraelskim przejściu zabrakło prądu), spotkaliśmy znajomego sympatycznego taksówkarza, który zawiózł nas do granicy egipskiej (75 szekli taksówka, opłata wyjazdowa 55,5 szekli, dzieci do 2 lat gratis) i już wkrótce siedzieliśmy w minibusie jadącym do Dahab (30 EP za każdego z wyjątkiem Alicji). To niewielka w sumie mieścina, żyjąca z turystów-plecakowiczów, surfingowców, nurków itp. Tu mieliśmy trochę dolce vita, plaża, ciepłe morze, kolorowe rybki, muszelki i koralowce, które podziwialiśmy z łodzi ze szklanym dnem (120 EP dorosły, dzieci 60 EP - godzinny rejs z miejscowymi turystami).

Po sympatycznym choć turystycznym Dahab lotnisko w Sharm było koszmarne - najczęściej słyszanym słowem był "bakszisz", zupełnie nieobecne podczas wcześniejszej podróży. W banku nie potrafili wymienić egipskich funtów na dolary ("I don't have"). Na dodatek nie pozwolono nam zabrać zakupionej sziszy z bagażem podręcznym, co bardzo źle się dla niej skończyło. W Gdańsku nie było wiele lepiej. Jakoś tak sympatyczniej leciało się z Niemiec - bez kolejki po stempelki, głupich pytań w rodzaju "a z kim to dziecko leciałeś", szczegółowego kartkowania paszportów, a przede wszystkim problemów z przepchaniem się do malutkiego kawałka taśmy z bagażami. A potem już w samochodzie tylko dziwiliśmy się, jak to jest, że drogi jordańskie i egipskie są tak równiutkie w porównaniu do naszej międzynarodowej "siódemki".

Malwina i Artur oraz Piotruś (7 lat), Agusia (5 lat) i Alicja (8 miesięcy) www.flaczynscy.art.pl