Klub Podróży JAREMA na Fejsie

Maroko - listy z podróży

Listy z podróży Malwiny, Artura i półtorarocznego Piotrusia Flaczyńskich do Maroka

Warszawa, 21.06.2002
Agadir, 26.06.2002
Marrakesz, 28.06.2002
Marrakesz, 30.06.2002
Meknes 6.07.2002
Fez, 8.07.2002
Rabat, 10.07.2002
Essaoiura, 13.07.2002  
Warszawa, 22.07.2002

 Warszawa, 21.06.2002

Cześć,
W poniedziałek wyruszamy z Warszawy, aby po kilkunastu godzinach dojechać do Hamburga, skąd udamy się samolotem czarterowym do Adagiru w Maroku. Nasza podróż jest poniekąd debiutem. Po raz pierwszy jedziemy w pozaeuropejską podróż z małym dzieckiem. Nasz synek podczas podróży skończy 17 miesięcy. Oczywiście zwykle pojawia się mnóstwo pytań w rodzaju, czy należy brać w daleką podróż tak małe dziecko. My stwierdziliśmy, że tak. Nie chcemy rozstawać się z synkiem i mamy nadzieję, że trudy podróży nie zmogą małego Piotrusia. Bo nawet, jeśli będzie bardzo gorąco, daleko od domu, męcząco i głośno, to przecież będzie z rodzicami. No i może zobaczy największą piaskownicę na świecie. Po raz pierwszy będziemy też w kraju afrykańskim. Do tej pory podróżowaliśmy tylko po Azji. W Maroku będziemy próbować porozumiewać się po angielski, co zapewne będzie proste w miejscach bardziej turystycznych. W miejscach mniej turystycznych i zarazem bardziej konserwatywnych łatwiej będzie się porozumieć w języku francuskim. Niestety w tym języku potrafi się porozumieć tylko Malwinka, co nie ułatwi rozmowy z tubylcami. Ale Piotruś może być bardzo pomocny w nawiązywaniu znajomości i rozmowach.

Ponieważ jedziemy z Piotrusiem nie mamy wytyczonych szczegółowo planów. Owszem, chcemy zobaczyć Marrakech, Fez, Meknes, pojechać na wschód zobaczyć pustynię, choć pustynię skalistą, czyli hammany. Ale też nie mamy planów, gdzie zatrzymamy się na dłużej. Wszystko zależy od tego, jak będziemy się czuli w Maroku. Prognozy meteorologiczne przewidują na sobotę 39 stopniowy upał w Marrakechu i burzę. Jak będzie to znosił Piotruś. Tego wszystkiego dowiemy się na miejscu. I od tego właśnie uzależnimy nasze plany podróży. Do napisania z Maroka

Artur Flaczyński

 Agadir, 26.06.2002

Jesteśmy w Maroku!!!!
Bardzo nam się tu podoba, chociaż klawiatura całkiem inna i trudno się pisze, ale powoli się przyzwyczajamy. Podróż przebiegła dobrze, nawet mieliśmy przystanek na spanie po drodze (godzinkę). Lot był krótki, Piotruś znosił świetnie podróż, nawet zmiany wysokości. Lotnisko w Agadirze bardzo nam się spodobało - pięknie wyłożony kafelkami budynek. Już pięć metrów od budynku lotniska dostaliśmy pierwsze zaproszenie do marokańskiego domu. Zaprosił nas policjant, którego zapytaliśmy o drogę do autobusu. Autobus był pełen pięknie ubranych pań z wymalowanymi henną rękami (z których jedna rozmawiała przez komórkę). Potem znaleźliśmy hotel i poszliśmy na plażę. Agadir jest miejscem turystycznym, ale to jednak Marokańczycy stanowią zdecydowaną większość wypoczywających. Oprócz młodych dziewcząt ubranych w bikini, opalają się panie zakrywające głowę oraz każdy inny kawałek ciała. Niektóre z tych młodych pań schodząc z plaży również nakrywają głowę. Dzisiejszy dzień spędziliśmy na plażowaniu. Chcieliśmy spacerować, ale Piotruś nam nie dał. Chciał bawić się w tej pięknej, wielkiej piaskownicy i zachwycony był całym otoczeniem - wspaniale uśmiechającymi sie ludźmi, którzy chcieli się z nim bawić. Stwierdziliśmy też, że moglibyśmy łatwo zarobić fortunę każąc sobie płacić po 10 dirhamów za całowanie Piotrusia. Dziś Piotruś był pierwszy raz w życiu w ZOO. Najbardziej podobały mu się papużki inseparabolki i kozy. Jutro jedziemy na wycieczkę oglądać małą Saharę i flamingi w Wadi Massa. Po drodze zahaczamy o targ, wioski rybackie i berberyjskie. A pojutrze, jedziemy do Marrakeszu.

Całujemy gorąco

Malwinka, Artur i Piotruś

 Marrakesz, 28.06.2002.

cześć, cześć, witajcie!
Dotarliśmy do tego pięknego miasta i jakoś dotąd zaczepił nas tylko jeden naciągacz, co zadaje kłam obiegowym opiniom, rozpowszechnianym również przez nasz przewodnik! Oto sprawozdanie z naszej dotychczasowej działalności: Odbyliśmy wycieczkę z grupą niemieckich turystów (mieli być Francuzi, ale coś się zmieniło...) Trasa: jezioro sztuczne Massa, mała Sahara, Tiznit, Wadi Massa i targ w Inezgane. Flamingów nie było - może schowały się przed upałem; na nic nasze poświęcenie. Jeziorko takie sobie; mała Sahara to kilka wydm porośniętych z rzadka jakimiś krzaczkami; z fauny kozy i pilnujący ich homo sapiens. Tiznit byłoby dużo ciekawsze, gdyby nie współpasażerowie - wszyscy nas brali za Niemców i to nie było miłe. Ale medina ładna i autentyczna, normalni ludzie, bez cepelii. Targ był fajny, acz z tym samym zastrzeżeniem co Tiznit. Jeszcze się tam przejdziemy przed odlotem. 

Agadir pożegnało nas jak starych znajomych; kelner w knajpce, w której jedliśmy coś dwa razy, podawał nam ręce; pani w cukierni dała Piotrkowi gratis ciacho i w ogóle. Nasza opinia o tym mieście będzie chyba różna od obiegowych. Mieszkaliśmy w dzielnicy tanich hotelików, w których zatrzymują się Marokańczycy, a nie zachodni turyści. Blisko meczet, daleko od plaży, ale klimat wspaniały i autentyczny; bez folkloru pod przyjezdnych, bez pokazów, pseudonarodowych strojów itp. Panie zakutane od stóp do głów, czasem z zakrytymi twarzami, czasem ubrane po europejsku, ale przyzwoicie. Panowie noszą się zarówno po europejsku, jak i po tamtejszemu - burnus itp. 

Dojechaliśmy do Marrakeszu, gdzie jest już porządnie ciepło - nie wiemy ile stopni, niestety nie ma już tego przyjemnego wiaterku, ale jest znośnie. Piotrek drogę zniósł niezle, bawił się z marokańską dziewczynką, trochę od niego młodszą. Zamieszkaliśmy w hotelu na medinie - jest fajnie, blisko słynnego placu Dzema el-Fna. Wszędzie mamy blisko, a Marokańczycy potwierdzają naszą opinię o nich jako o ogromnie gościnnym, przyjaznym turystom (zwłaszcza z dziećmi) narodem. Wszyscy chcą się bawić z Piotrkiem, całują, śmieją się, zagadują itp. Właśnie jakaś pani poi Piotrusia Fantą z własnej butelki... A może to tylko soczek pomarańczowy - wolę się łudzić... A nie, pani mówi, że to "jus", czyli sok. Jednym słowem, podoba nam się i to ogromnie.

Malwinka, Arturek i Piotruś

 Marrakesz, 30.06.2002

Salam alejkum!
Marrakesz to piękne miasto magiczne i stajemy w szranki z każdym, kto twierdziłby inaczej! Wczorajszy dzień spędziliśmy włócząc się po suku i po całej medinie, byliśmy na targu kowali, skórzanym itp. Tylko nie trafiliśmy na suk farbiarzy, wobec niezgodności obrazka w przewodniku z kierunkiem wskazywanym przez naganiaczy. Odwiedziliśmy też medresę Ali ben Yussufa oraz grobowce Saadytówa Medresa zrobiła na nas kolosalne wrażenie. Oba te miejsca są oazami spokoju w chaotycznym mieście.

Dziś pojechaliśmy do wodospadów Uzud. Jest to wspaniałe miejsce oddalone od Marrakeszu o 160 km. Woda kaskadami spada z wysokości ok.110 m. Droga była nieco uciążliwa, ale ciekawa - jechaliśmy lokalnym autobusem z tubylcami i parą innych turystów. Udało nam się raz nie zapłacić napiwku za wsadzenie naszych bagaży do bagażnika - na dworzec autobusowy dotarliśmy w ostatniej chwili. Wodospady będą nam się śniły po nocach - w Marrakeszu oboje mamy niesamowite sny). Jutro ruszamy w drogę na pustynie. Planujemy dotrzeć do Warzazat na południe od Marrakeszu, a stamtąd przez wąwóz Todra pojechać do Merzugi - wioski położonej w pobliżu ciekawych wydm i jeziora okresowego, które mamy nadzieję, że będzie.

Trzymajcie się i nie martwcie się o nas. Napiszemy jak dojedziemy gdzieś, gdzie będzie internet.

Malwinka, Arturek i Piotruś

 Meknes, 06.07.2002

Siedzimy właśnie w tragicznej kafei internetowej w Meknes, gdzie internet wysyłany jest chyba gołębiem. Ale mamy nadzieję, że uda nam się coś wysłać. Z Marrakeszu pojechaliśmy autobusem na południowy wschód do Warzazat, gdzie przespaliśmy noc i skąd szybko pojechaliśmy do wąwozu Todry - wspaniałej osobliwości Maroka. Wąwóz ma do 300 m głębokości, a w najwęższym miejscu jedynie 10 m szerokości. Wspaniałe, pionowe ściany w rudym kolorze, kontrastują z niebem. Todra jest niewielką, ale wartką rzeczką, nawadniającą okoliczne pola. Po pobycie w wąwozie Todry pojechaliśmy w daleką drogę na pustynie!!!! Dotarliśmy aż do Merzugi, gdzie znajdują się piaszczyste wydmy, w tym słynny Erg Chebi. Temperatury na pustyni były bardzo wysokie, ale dało się wytrzymać. Najgorsze godziny spędziliśmy w pokoju. O zachodzie słońca wyszliśmy na wydmy. Było to niesamowite przeżycie - jedyne w swoim rodzaju. Na szczycie wydmy wyjęliśmy łopatkę, grabki i foremki, po czym całą trójką bawiliśmy się piaskiem. Wcześniej Artur był na samotnej wycieczce na pustyni. Było to tuż przed południem. Wściekle gorąco, słońce parzyło, a usta i gardło stawały się momentalnie suche. Ale to właśnie czuli zapewne dawni odkrywcy, przemierzający pustynie. Ja czułem się podobnie jak Stanley lub Livingstone!!!! Idąc na pustynie celowo nie wziąłem wody. Jeszcze dziś czuje popękane usta i ciągłe pragnienie, a była to przecież tylko krótka wycieczka. Jakie pragnienie czuli dawni odkrywcy? Najpierw sól w ustach, potem przyjemna gorycz, potem już coraz mniej przyjemnie...

Wczoraj przyjemnym, klimatyzowanym autobusem dotarliśmy do Meknes. Podróż trwała ponad 10 godzin i na początku wymagała walki o miejsca siedzące. Autobus zatrzymywał się zdecydowanie za często, jak na nasze pragnienia i droga trwała 4 godziny dłużej niż podawał przewodnik. Dobrze, że autobus był klimatyzowany i było dużo miejsca na nogi!!! Poza tym, panował pełny, marokański folklor. Wcześniej jednak, trzeba było dojechać do autobusu. Do Merzugi nie dochodzi droga, trzeba jechać Landroverem lub busem przez pustynie. To było dopiero przeżycie!!!! Meknes jest małym miastem, położonym niedaleko Fezu. Jest przyjemnie chłodniej i wilgotniej. Dziś byliśmy w ZOO i w parku, po zakończeniu listu udamy się na obiadek i zakupy. A jutro planujemy jechać zobaczyć ruiny rzymskiego miasta Volubilis oraz islamskie sanktuarium w Mulaj Idris. Więcej napiszemy już poza Meknes, bo godzina na otwarcie poczty to stanowczo zbyt kiepski wynik.

Pozdrawiamy gorąco
Malwinka, Artur i Piotruś

 Fez, 08.07.2002

Cześć Kochani,

W Fezie internet jest równie okropny jak w Meknes. Wczorajszy list poszedł po prostu w diabły. Szkoda, tak ładnie napisałem.

Wczoraj byliśmy w małym miasteczku Mulaj Idris, w którym znajduje się sanktuarium islamskie. Miasteczko polecane jest jako bardzo ciekawe. Niestety, do samego sanktuarium niemuzułmanie nie mają wejścia. Jednakże, nawet przed szlabanem sanktuarium robiło duże wrażenie. Wspaniałe mozaiki, barwni ludzie. Szkoda, że na zewnątrz i ludzie nie chcą dawać się fotografować. Przewodnik poleca tarasy, z których można zobaczyć sanktuarium z góry. My nie polecamy. Po krótkiej wizycie w Mulaj Idris pojechaliśmy do Volubilis. Są to ruiny rzymskiego miasta, najlepiej zachowane w całym Maroku. Po syryjskich Bosrze, Palmirze, a nawet Afamii, Volubilis nie zrobiło na mnie zbyt dużego wrażenia. Na Malwince, która ruiny rzymskiego miasta widziała pierszy raz - i owszem. Na pewno Volubilis jest świetnym miejscem na wypoczynek od zgiełku miasta. Potem wróciliśmy do Meknes. Meknes jest niespokojnym, żywym miasteczkiem o sporym zgiełku i mnóstwie stoisk handlowych na każdej ulicy mediny. Handluje się wszędzie i wszystkim. Wieczorami odpoczywaliśmy na tarasie na dachu hotelu, skąd rozlegał się ciekawy widok i dokąd dochodziły nas wołania muezzinów. Dziś rano wsiedliśmy w pociąg do Fezu i po godzince komfortowej jazdy klimatyzowanymi wagonami, podobnymi do polskich (a może i nawet polskimi - podobno, polskie wagony eksportowano do Maroka) dojechaliśmy do tego miasta. Miasto robi pozytywne wrażenie. Minusem jest mnóstwo przewodników bardzo natrętnie oferujących swoje usługi. Ale więcej napiszemy po jakimkolwiek dłuższym spacerze po Fezie. Tak więc do napisania.

Artur z rodzinką

 Rabat, 10.07.2002

Cześć kochani !!!!!

Dotarliśmy tu i chyba nie ma dla nas nic niemożliwego !!! (wreszcie dorwała się do klawiatury Malwinka i będzie mogła sama popisać i wreszcie normalnie chodzi internet !!!)

Ostatniego maila Artur pisał z Fezu, ale niewiele napisał na temat samego miasta. Otóż jest to miasto magiczne, niezwykłe i niesamowite. Medina wygląda starożytnie; jak z bajki, mnóstwo ludzi, gwar, osiołki obładowane wszystkim, czym tylko można obładować osiołka, stragany, wózki (namiętność Piotrusia - bawił się ręcznymi wózkami, takimi do pchania przed sobą, ale nie do przewożenia dzieci, tylko do wożenia towarów, np: arbuzów, szkła, itp. Ciekawe, czy to wyjdzie na zdjęciach?!) Najbardziej niesamowite jest to, że prosto z targu - rozkrzyczanego tłumu - wchodzi się np. do medresy, czyli szkoły koranicznej wyższego stopnia. Taka medresa, to po prostu oaza spokoju, piękne arabeski, rzeźbienia, fontanny, kafelki, itp. I cisza. A za drzwiami - "...one dirham, kup to, kup tamto, czemu nie chcesz kupić, tylko 20 dh, kup, kup..." Czasem głowa pęka. Pięknie zdobione były też bramy miasta, bramy meczetów (niestety, nie wolno nam ich przekroczyć), a nawet bramy zwykłych domów. Plątanina uliczek; szerokich uliczek, które czasem wiodą donikąd, wąskich uliczek, które są ważnymi przejściami, średnich uliczek, zarośniętych podwórek, placyków, na których pracują rzemieślnicy...

Strasznie żałujemy, ale z tej podróży będziemy mieli chyba mało zdjęć ludzi. Trochę się wstydzimy, trochę boimy konsekwencji dla fotografowanych (teoretycznie, wymiana spojrzeń z cudzoziemcem może być podstawą do rozwodu), trochę nie chcemy płacić za zdjęcia (a często trzeba), a czasami - wcale nierzadko - ludzie uciekają na widok aparatu, odwracają się, zakrywają twarze... Zwłaszcza te śliczne panie w duuuugich dżellabach, z dzieciakami na plecach.

Po wspaniałościach Fezu, Rabat wydaje się trochę nieciekawy, dość europejski i trochę zaniedbany. Za szerokie chodniki, za szerokie ulice, za mało osiołków. Ludzie też raczej ubrani po europejsku. Rabat, to po prostu duże miasto o dość europejskim charakterze, a przez to mało ciekawe. Ciekawa jest jednak droga nad morze. Otóż najprościej na plażę idzie się przez... cmentarz. Ciekawie się widzi ludzi z kocami i deskami do windsurfingu wśród nagrobków.

Jutro planujemy jechać do Essaouiry. Zgodnie z przewodnikiem, to urocze nadmorskie miasteczko idealne na odpoczynek dla turystów indywidualnych. Sprawdzimy, czy tak jest w istocie. Być może, po drodze zahaczymy o Marrakesz, jeszcze nie sprecyzowaliśmy naszych planów. Ale mamy ochotę na sok pomarańczowy na placu Dżemaa el Fna.

Pozdrawiamy Was cieplutko
Malwinka, Arturek i Piotruś

 Essaoiura, 13.07.2002

Salam alejkum oj jak wieje i zimno umieramy w tej wietrznej Afryce brrrr!!!!!!!!!!!!

No aż tak źle to nie jest, ale to najzimniejsze miejsce w całej podróży!!!! A przyjechaliśmy tu poplażować...
Ale od początku. Z Rabatu pojechaliśmy do Marrakeszu klimatyzowanym pociągiem, całkiem wygodnie (warunki znacznie lepsze niż w PKP, dużo czyściej - to informacja dla tych, którzy nie lubią Arabów i innych czarnuchów i twierdza, ze dlatego, ze są brudni) Rabat nie okazał się zbyt ciekawy, aczkolwiek fajnie było pooddychać świeżym, chłodniejszym i wilgotnym powietrzem nadmorskiej stolicy. Byliśmy tez w supermarkecie, po wilgotne chusteczki do przewijania Piotrka i deserki w słoiczkach dla Piotrka itp; zapłaciliśmy majątek!!! Ale dziecko pluło już na sam widok jogurtu i potrzebowało jakiejś odmiany żywieniowej. Sam supermarket zorganizowany był po europejsku, ale były w nim np. panie z paluszkami na plecach, w pięknych strojach itp. Dopiero w Marrakeszu (niestety!!!) wyjaśniła się zagadka przepełnionych hoteli w Rabacie - otóż KRÓL SIĘ ŻENI odbyło się to wczoraj i trwać będzie jeszcze do jutra, a myśmy nic nie wiedzieli i jak te ślepe komendy wyjechaliśmy z centrum wydarzeń!!!! SZKODA! Tu możemy sfotografować jedynie ludność miejscowa przed portretem króla tudzież jakiegoś wodzireja na festynie ku czci, niby fajne, ale znacznie ciekawiej byłoby tam. Za to kupimy gazetę i będziemy mieli pamiątkę za 20 lat warta miliony dirhamów!!!

Marrakesz byl jak zwykle cudowny, w hotelu powitano nas jak starych znajomych, wypytano, gdzie byliśmy i co widzieliśmy, wyrywano sobie Piotrusia z rak itp. Soczek pomarańczowy na placu był jak zwykle pyszny, zaklinacze węży, akrobaci, małpki, gawędziarze, naciągacze i wszystko piękne i szalone i ciekawe, naprawdę wspaniale; do Maroka warto przyjechać nawet tylko do Marrakeszu. Zrobiliśmy jeszcze jakie takie zakupy i na dworzec autobusowy do Essaouiry.

W autobusie niespodzianka - Polacy! Para młodych ludzi w podróży dookoła... Europy, coś ich tu zagnało, trochę zagubieni i nie całkiem w naszym stylu, odwiedzają miejsca w stylu Monaco i San Remo... No ale zawsze są to rodacy z którymi można trochę pogadać. Tu w Essaouirze jest inaczej niż się spodziewaliśmy, dość ładnie, trochę zabytków (mury miejskie, również od strony morza, armaty itp), ładny port - tylko wieje na potęgę!!! Cale szczęście ze Piotrka mamy w co ubrać tzn długi rękaw i spodenki bo sami trochę marzniemy.
Ale jutro jedziemy naprawdę poplażowaćc do Agadiru, bo Essaouira miasto fajne, ale dla windsurfingowców. Patrzymy z zazdrością na ludzi w swetrach i polarach...

I we wtorek do domku... ¨Takie jest życie. Podsumowując już jakoś ten nasz wyjazd - jest pięknie, kolorowo, powietrze pachnie inaczej i święcą inne gwiazdy. Spotkaliśmy wielu wspaniałych ludzi, doświadczyliśmy zaskakującej nas gościnności i serdeczności. A także potargowaliśmy się zdrowo, pooburzaliśmy na nieuczciwych naciągaczy, którzy niestety się tu zdarzają, powtórzyliśmy niezliczona ilość razy ¨non merci non merci NON MERCI¨... Jak to w Trzecim Świecie. Maroko to świetny kraj na wakacje z dzieckiem, nawet tak małym jak Piotruś i myślimy, ze to również jego zdanie. W tej chwili bawi się z siedzącym przy drugim komputerze chłopcem i kotem, piszczy i się śmieje i większość czasu w Maroku właśnie się śmieje a przynajmniej uśmiecha. Do ludzi na ulicy, w autobusie, w pociągu, do kotków, osiołków, koni, kóz i piesków, do nas, a najbardziej do innych dzieci. Cały wyjazd przyniósł mu chyba jeszcze więcej radości niż nam i to chyba w tym jest najpiękniejsze.

Dalsze podsumowania i opowieści zostawiamy sobie na pokaz slajdowy, bo jak wszystko opowiemy to będzie nudno i jeszcze nikt nie przyjdzie...;-)))

Pozdrawiamy
Malwinka, Arturek i El-Piotrus El-Mansur

 Warszawa, 22.07.2002

Witajcie,
No to wróciliśmy do domu. Ostatni dzień spędziliśmy na odpoczynku i plażowaniu. Warunki były bardzo bałtyckie. W Essoiurze było naprawdę zimno. Agadir był zdecydowanie cieplejszy, tym niemniej temperatura 12 stopni wyświetlana o godzinie 18 przez zegar banku BMCE w Agadirze zaskoczyła nas. Trochę zaziębiliśmy się w tej Afryce. A potem było już przyjazne lotnisko, dość dokładna kontrola przy wejściu do samolotu (dopiero w kraju dowiedzieliśmy się o konflikcie hiszpańsko-marokańskim o Pietruszkę) i czterogodzinny lot do Hamburga. W Hamburgu Piotruś z odległości 20 metrów poznał samochód!!! Zaczął podskakiwać w wózku, piszczeć i pokazywać palcem nasze autko postawione wśród innych samochodów na parkingu. Po zmianie ubranek wyruszyliśmy w długą 12-godzinną podróż do Warszawy.

Maroko jest ciekawym krajem do podróżowania z dzieckiem. Położone jest dość blisko - na tyle, aby rozważać podróż własnym samochodem. Wiele razy na miejscu żałowaliśmy, że nie mieliśmy własnego autka. Kieruje się na drogach marokańskich nie najgorzej, tzn. czasem nawet przestrzega się przepisów. Jako kraj wydało nam się Maroko dość drogie. Nie jest to Europa przytłaczająca cenami za usługi, ale nie jest to również Azja, gdzie za małe pieniądze można żyć w dobrych warunkach. Denerwowały ceny dla białych, konieczność częstego sprawdzania uczciwości sprzedawców, sklepikarzy. Zdecydowaną większość Marokańczyków stanowią wspaniali i przyjaźni ludzie, którzy chętnie pomogą w każdej sytuacji, a już na pewno chętnie zabawią się z dzieckiem. Gorzej wspominać będziemy marokańską kuchnię. Zarówno kus-kus, jak i tadżin rzadko miały jakiś smak. Wydawało się, że przyprawy są nieznane Marokańczykom, a przecież jedliśmy też kilka znakomitych posiłków w Maroku. Długo będziemy pamiętać tadżin z cytruną i oliwkami, albo z rodzynkami i melonem w Marrakeszu, omlet berberyjski w Warzazat, czy kalię na pustyni. Ale o wielu posiłkach chcielibyśmy zapomnieć. Do Maroka pojechaliśmy myśląc o zaoszczędzeniu kilku groszy, przy jednoczesnym wyjeździe poza Europę. Pod tym względem nie był to dobry pomysł. W Maroku wydawaliśmy średnio 40-50 dolarów na 2 osoby, co jest dość wysoką stawką. To, co widzieliśmy i przeżylismy nie można jednak zmierzyć żadną miarą. Zobaczcie sami i przekonajcie się. ZAPRASZAMY NA SLAJDY!!!

Pozdrawiam
Artur

sitemap-5sitemap-5sitemap-9sitemap-10sitemap-3sitemap-1sitemap-1sitemap-3sitemap-2sitemap-4sitemap-4rsssitemap-8homesitemap-1sitemap-7sitemap-2sitemap-5sitemap-7rsssitemap-8sitemap-9sitemap-9homesitemap-4sitemap-5sitemap-1sitemap-5sitemap-10homesitemap-6sitemap-1sitemap-1sitemap-3homesitemap-6sitemap-9homesitemap-7sitemap-2homesitemap-6homehomesitemap-10sitemap-2sitemap-8sitemap-7sitemap-2homesitemap-6