Uroczysko Dąbrowa
Wyjazd do Puszczy Białowieskiej
7-8 czerwca 2003
Już po ognisku w Puszczy Białowieskiej 7-8 czerwca. Dziękujemy za wszystkie podziękowania, nawał pracy utrudnił szybkie odpisanie.
A było tak:
W weekend 26-27 kwietnia wybraliśmy się do Puszczy Białowieskiej
z rowerami i przy okazji wypatrzyliśmy agroturystykę w Uroczysku Dąbrowa,
gdzie wydawało się, że uda się zorganizować ognisko. Spodziewaliśmy się
do 20 osób, co już trochę przerażało gospodarzy, gdyż dotąd największe
imprezy miały tam co najwyżej 15 osób.
3 czerwca zadzwoniliśmy późno wieczorem na kwaterę informując, że osób będzie
27. Od tej chwili gospodarze mieli kłopot ze spokojnym snem.
W piątek dotarli pierwsi goście Yarisowcy. W sobotę dojechali kolejni, w
sumie było 28 dorosłych, 7 dzieci i wielki pies Bary. My dojechaliśmy na tyle
późno, że po odwiedzeniu kwatery już tylko pozostał czas na obiad w
restauracji w pensjonacie Unikat w Białowieży. Jaremowska grupa była na tyle
duża, że część osób nie zmieściła się na tarasie restauracji, a panie
kelnerki biegały jak księgowe przy zamykaniu bilansu.
O 15 byliśmy umówieni pod DW PTTK z przewodnikiem w celu wejścia do rezerwatu
ścisłego. Próbą dla wszystkich kierowców, eliminującą mięczaków, była
konieczność pokonania bramy z zakazem wjazdu i dopiskiem „Nie dotyczy pojazdów
BPN”. Próbę wszyscy przeszli pozytywnie.
Pani przewodnik tak dużo opowiadała przez 4 godziny, że nie sposób tego
spamiętać. W rezerwacie ścisłym widzieliśmy:
a) wygrzewającego się w słonku zaskrońca,
b) wiele pomnikowych drzew, często już obumarłych
Wykończeni wielokilometrowym spacerem z radością wsiedliśmy do samochodów.
Grupa Zbyszkowców i Poldolota przejechała się do zabytkowej stacji kolejowej
Białowieża Towarowa, gdzie drewniany piękny budynek stacyjny, w tej chwili
nie użytkowany, stoi obok zarastającgo młodym lasem rdzewiejącego toru.
Miejsce warte odwiedzenia. Następnie podjechaliśmy do OEL Jagiellońskie, to
dwór z 1924 roku, dawna siedziba nadleśnictwa w środku lasu. Jest tu teraz
muzeum-wystawa, wstęp wolny i można się dowiedzieć co nieco o puszczy białowieskiej.
Od OEL Jagiellońskie udaliśmy się leśnym trybem na południe, aby dojechać
do asfaltu w miejscu, gdzie przekracza on Białoruską granicę. Czekał tu na
nas radosny WOPista, który nas spisał i opowiedział jak wygląda granica, a
nawet pozwolił wyjrzeć za szlaban.
O 21.00 dotarliśmy na kwaterę. Czas było rozpocząć ognisko. Tu wydarzyła
się największa wpadka wyjazdu. Ognisko było ustawione przez gospodarza, a my
oceniliśmy, że jest za dużo drewna na start, więc częściowo rozebraliśmy
je. Okazało się, że we wnętrzu była misterna konstrukcja, mająca dać
efekt słupa ognia, a nasze działanie naruszyło ją. Gospodarz był
niepocieszony. Ognisko po niecałej pół godzinie wywaliło się, a miało stać
trochę dłużej.
Po zjedzeniu kiełbasek zaczęły się śpiewy, przy akompaniamencie trio
gitarowego. Efekt był doskonały. To jedno z najfajniejszych ognisk w naszej
pamięci. Nieprzerwane śpiewy trwały do świtu, gdy około 3 rano żaby z
ptakami przejęły rolę najgłośniejszych w okolicy. Nad łąkami rozciągały
się mgły. W międzyczasie ekipa karimatkowa musiała wejść po drabinie na
poddasze. A po ognisku nie było to łatwe.
Ranek zaczął się od bzyczenia komarów, jednak najwcześniej wstali
namiotowcy, bo im przygrzało słońce i zrobiło efekt cieplarniany. Już o
10.00 w zasadzie było po śniadanku. Wszyscy pędzili w las, zwiedzać dzikie
puszczańskie ostępy.
Gospodarze o poranku byli zachwyceni naszą grupą. Nie klną, nic nie
zdemolowali, wszyscy niepalący. Aż dziw bierze, że się tacy ludzie na tym świecie
uchowali. Trio gitarowe zaś tej nocy zawojowało serca braci Białowieskiej. Toć
to lepsi muzycy od Ich Troje! Jarema na Eurowizję!
My za to nie mogliśmy się nadziwić, że o 12.00 już wszyscy w las podążyli.
Nawet największe śpiochy.
Odwiedziliśmy więc cerkiew w Białowieży (była zamknięta), rezerwat
pokazowy żubrów (wypatrywaliśmy żubrów przez płot, nic nie widzieliśmy),
Uroczysko Stara Białowieża (krótki spacer wśród dębów) i napotkaliśmy na
drodze leśnej Piegatowców zdążających na referendum i Redfordowców aby w
końcu dotrzeć do zatłoczonej samochodami jaremowiczów polany leśnej przy
szlaku na carską tropinę. Tu napotkaliśmy śpiącą w samochodzie Agnieszkę
(ach te nieprzespane noce). Potem wędrując w kierunku borów Obrębu
Ochronnego Hwoźna z lasu nagle wyszła grupa Zbyszkowców i Adamowców, po
krzalowaniu od wieży na tropinie. Dalej wspólnie zawędrowaliśmy do wiaty, skąd
Adamowcy wrócili do samochodu, zaś my i Zbyszkowcy powędrowaliśmy borami w
kierunku rezerwatu Wilczy Szlak, oglądając po drodze obłędnie wielki dąb w
środku gęstego lasu i dochodząc bez szlaku do rozlewisk rzeki Hwoźnej i długiego
pagórka wzdłuż jej dolinki. W przewodniku Polska Egzotyczna opisano to
miejsce tak:
„Jest to prawdziwe królestwo potężnych, puszczańskich dębów. Zajmują
one sam grzbiet wzniesienia – jak przystało na drzewa królewskie. Niżej na
zboczach rosną gonne świerki, graby, lipy, a na dole nad Hwoźną olchy. Dęby
są potężne, grube i bardzo wysokie o słoniowatej, spękanej korze. Niektóre
z nich mają po kilka metrów obwodu....Obok zdrowych, strzelistych dębowych
olbrzymów leżą potężne, na wpół spróchniałe kłody lub obłamane suche
konary, tworzące wokół pni istne rumowiska. To dzikie i pierwotne uroczysko
robi olbrzymie wrażenie i niczym monumentalna świątynia zmusza do zachwytu,
skupienia, kontemplacji.”
W kontemplacji przeszkadzały nam komary.
Powróciliśmy do Poldolota, pożegnaliśmy Zbyszkowców, zatrzymaliśmy się na
chwilę w Narewce przy początku ścieżki „Pod Dębami”, zajechaliśmy do
Wołodi w Hajnówce, lecz nic nie jedliśmy. Obiadokolację zjedliśmy w
Dziadkowicach w przydrożnym barze jednocześnie świętując wraz z lokalną
gawiedzią piwną przed telewizorem zwycięstwo zwolenników UE.
Przed 24.00 wszyscy byliśmy już w domku.
Rewelacyjnie jest znać tylu wspaniałych ludzi, dzięki którym można z radością
organizować takie imprezy. Dziękujemy wszystkim. My chcemy jeszcze! Tylko
kiedy i gdzie teraz?
Pozdrawiamy,
Iwona i Jurek
Cześć,
Pierwszy raz w Białowieży. Bardzo fajny wyjazd, świetna zabawa, bardzo dobre
miejsce pod względem położenia. Kwatera, którą będzie można jeszcze kiedyś
wykorzystać, choć mam nadzieję, że gospodarze nie zaproszą oprócz nas
kilkudziesięciu tysięcy komarów. Nocleg pod namiotem był lepszym rozwiązaniem
od stryszku, gdzie komary buszowały, a wejście po drabinie było trudne nie
tylko dla kobiety w ciąży i dwuletniego szkraba, nawet jeśli radzili sobie
nadzwyczaj nieźle. Po kilku próbach opanowałem też technikę schodzenia z małym
na ręku.
Sama puszcza nie była tak dzika i niedostępna jak sobie wyobrażałem. Zawiódł
nieco rezerwat ścisły, może dlatego, że średnia prędkość wędrowania była
zdecydowanie zbyt człapająca - 9 km w 4 godziny to tempo odpowiednie dla
Piotrusia na nogach - gdyby nie to, że nudno się idzie cały czas w jedną
stronę (dzięki Maćku i Piotrze!!!). Drzewa były jednak rzeczywiście wspaniałe
i zdecydowanie warto było udać się na wycieczkę z przewodnikiem, nawet jeśli
przez kilka następnych razy w Białowieży na nią się nie zdecyduję.
Sama Białowieża (miasteczko) wydała mi się mało interesująca. Ciekawa
cerkiew, ładny ikonostas - szkoda tylko, że wewnątrz nie można fotografować.
Pop proboszcz wymaga specjalnego zezwolenia rzecznika prasowego Kościoła
Prawosławnego argumentując, iż kiedyś zdjęcia z wnętrza cerkwi były
wykorzystane w celu ośmieszenia Kościoła Prawosławnego i pokazane w
telewizji (chyba w Wiadomościach, ale pop był nierozmowny i mało przystępny
-
było też niestety sporo Jaremowiczów).
Po krótkiej wizycie w cerkwi pojechaliśmy na spacerek do puszczy. Spacer nie
był szczególnie atrakcyjny. Krajobrazy były zbliżone do kampinoskich. Ale od
KPN Białowieski różni się jednak bardzo. Podczas naszej wędrówki spotkaliśmy
tylko innych Jaremowiczów, widzieliśmy też zaparkowane tylko jaremowe
samochody (za to ile!). I najważniejsze! Pierwszy raz na jaremowym wyjeździe
widzieliśmy dziką zwierzynę, która nie była sarenką i zającem. Były to
dziki, a dokładniej rodzinka - mama z warchlakami. Najpierw zobaczyliśmy
ruszające się krzaki i małe dziczki w odległości 20-30 m od nas. Potem usłyszeliśmy
groźne warknięcie oraz ruch większego zwierza. Nie ryzykując spotkania ze
zdenerwowaną mamusią spokojnym krokiem ruszyliśmy w swoją stronę. Mamusia
pozbierała zwoje zwierzaki i również udała się w swoją stronę. Drzewa były
strzeliste i posłuchanie rady śpiewanej przez Piotra Fronczewskiego przez mamę
z dzieckiem w brzuchu i tatę z dzieckiem na plecach byłoby mocno utrudnione.
Szlak przez Carską Tropinę ma minus w postaci jego zakończenia na drodze
kilka kilometrów od samochodu. Ja i Arek (spotkanie na wieży a potem na krzyżówce
szlaku z niebieskim) skróciliśmy sobie drogę idąc torami kolejki wąskotorowej
prosto do samochodów, gdzie jeszcze spotkaliśmy się z ekipą samochodową Słowików
i Adama oraz zobaczyliśmy pojazd Zbyszkowy i Poldolota.
Wracając przez Narewkę udaliśmy się do Hajnówki do restauracji Leśny
Dworek, gdzie Piegaci i Bonikowscy polecili nam sprawdzone przez się znakomite
dania kuchni białoruskiej. Potem już tylko tankowanie w Czeremsze i przystanki
w Grabarce i Drohiczynie.
Grabarka się mocno zmieniła w ciągu ostatnich 4 lat. Przede wszystkich z każdej
strony można dojechać po asfalcie! Po kocich łbach z Mielnika pozostał tylko
ok. 100 metrowy fragment. Sama świątynia jest obecnie okrążona kamiennym
murem, a na Górę prowadzą kamienne schody. Krzyży jest jeszcze więcej. W świątyni
było odprawiane nabożeństwo z udziałem kilku osób. Zapach, śpiewy...
Drohiczyn nie zmienił się za to wcale. Widok z Góry Zamkowej jest piękny,
klasztor też, kościół przy rynku ma obdrapaną elewację. Widać,
remont wykonywany z okazji wizyty Papieża zrobiony był po partacku. Luźną
drogą przez Sokołów, Węgrów i Liw dojechaliśmy do drogi nr 2 na wysokości
Kałuszyna. Było jeszcze luźno. Tłoczno zrobiło się dopiero w Mińsku, a od
Konika jechało się w rządku, ale ok. 80 km/h. Na drugie światło skręt w
Trasę Łazienkowską, tyle samo w Fieldorfa, na trzecie, a
może nawet czwarte światło wjazd na Trasę Siekierkowską. Ok. 22.15 pożegnaliśmy
Piotra, ok. 22.45 byliśmy w domku.
Dziękujemy Iwonce i Jurkowi za wypatrzenie świetnej kwaterki i zorganizowanie
wyjazdu, a wszystkim dziękujemy za wspólne wędrowanie, śpiewanie, dobre słowa
- dobry czas. Jesteście wielcy!
Pozdrawiamy
Malwinka, Artur i Piotruś
Ale ruch w interesie. I jaki entuzjazm !!! :))
To pewnie dlatego, że jednak udało się nam wejść do tej Europy :)
A przy tym wyjazd do Białowieży był rzeczywiście bardzo sympatyczny. Jak
widać 14 lat doświadczeń i tradycji nie poszło na marne ;)) Tak, tak, za rok
mały jubileusz Jaremy ...
Przede wszystkim Wielkie Dzięki Iwonce i Jurkowi !!!
Oni mają nosa do wynajdowania urokliwych (nomen omen "Uroczysko Dąbrowa")
miejsc oraz talent zjednywania Jaremowiczów i znajomych do wspólnego wyjazdu i
zabawy.
W niedzielę pojechaliśmy (Piegaci i Bonikowscy) do wyjścia na szlak Carskiej
Tropiny, ale tam nie poszliśmy. Udaliśmy się na Kosów Most i dalej Wilczy
Szlak. Miejscami piękne, puszczańskie krajobrazy, nie gorsze wcale od tych z
rezerwatu, torfowisko z połaciem białego puchu wełnianki, wiekowe, wysmukłe
dęby, generalnie pusty szlak i chmary komarów...
Po powrocie na parking natknęliśmy się również na chmarę - tym razem
Jaremowiczów, którzy w ten dzień byli drugą co do wielkości chmarą w
"białowieszczańskiej puszczy" ;)
Po powrocie na kwaterę, spakowaniu, kąpieli, etc, ruszyliśmy w drogę powrotną.
Marna imitacja karczmy przy Parkingu Zwierzyniec odstraszyła nas swoimi cenami
i obsługą (zniecierpliwiona paniusia za ladą proponuje min: 100g zupki za 7
PLN i kiełbaskę z grilla za 12 PLN), więc pojechaliśmy szukać fajnego
obiadku do Hajnówki. A tam rewelacja.
Restauracja "Leśny Dwór" nie przypomina wprawdzie ani "leśny",
ani "dwór", znajduje się w samym centrum miasta, w nowoczesnym,
betonowym gmachu Białoruskiego Domu Kultury, za to bardzo fajna w środku, z
akwarium i eleganckimi stolikami, z miłą i atrakcyjną obsługą, a przede
wszytkim bogatym wyborem nie za drogich, regionalnych dań kuchni białoruskiej.
Duże i smaczne porcje kiszki ziemniaczanej, pielmeni (pierożki mięsne z
czosnkiem), czarciego placka (z grzybkami) i kwasu chlebowego (zabrakło tylko
"zepelinów" - kartaczy z mięsem) wprawiły nas w błogi i niechętny
nastrój do powrotu. Tuż obok białoruskiej restauracji, można uraczyć się
trunkami w "Pubie u Wołodzi", gdzie piwko serwują w drewnianym
baraczku o wystroju socrealistyczno-proletariackim, z ozdobami i pamiątkami
czasów i miejsc, które z dniem wczorajszym niechybnie już odeszły do lamusa
historii (ku czi i chwały mumi Ilicza Lenina ;))
Tak więc polecamy na przyszłość pyszne obiadki w Hajnówce - a Flaczyńscy z
oboma Piotrusiami napewną to potwierdzą.
W trasę powrotną udaliśmy się już osobno ok. 16.30 i już osobno, przez
Kleszczele, Siemiatycze (Mordy, Siedlce, Mińsk, Wiązowną - Bonikowscy),
Drohiczyn, Sokołów, Węgrów, Stanisławów, Sulejówek, Rembertów dojechaliśmy
na 20.00 wo Warszawy. Droga była prawie cały czas pusta, ale niestety ścisk
zaczął się od Stanisławowa, gdzie dochodzi droga z Ostrowa Maz. Przed
przejazdem kolejowym za Stanisławowem był nawet kilkukilometrowy korek.
A potem już tylko wczuwanie się entuzjazm poreferendalny z pamiątką z Białowieży,
Browarem Dojlidy w dłoni ;))
Swoją drogą to z przerażeniem spostrzegłem, że pierwszy raz głosowaliśmy
tak samo jak niejaki Miller. No i do czego to doszło? Ja chcę do Puszczy !!!
;))
No właśnie, za dwa tygodnie może się nadarzyć kolejna okazja do wspólnej
zabawy - Piknik Folkowy w Czeremsze. I pryz okazji można nadrobić zaległości
z ostatniego wyjazdu ;))
Szczegóły wkrótce.
Dziękujemy Wszystkim za wspólne wycieczki, wspaniałą zabawę i ogniskowe śpiewy
(dobrze, ze można pisać, bo z opowiedzeniem własnym "głosem" byłoby
już dużo gorzej)
Pozdrawiamy
Ania i Piotrek
Komary były rzeczywiście mocno upierdliwe, choć w moim
przypadku Autan okazał się działać skutecznie, tzn. komary siadały od czasu
do czasu na mnie, ale nie gryzły, z jednym wyjątkiem: odkryłem ładnych kilka
bąbli na ramieniu, które było pod koszulką ;). Z tego wynika, że części
ciała "ubrane" też warto spsikać :))). A co do poddasza -
rzeczywiście, drabina nie budziła większego zaufania i choć spało mi się
na nim nie najgorzej, to jednak trochę bardziej stabilne wejście przydaloby się
:)).
>Sama puszcza nie była tak dzika i niedostępna jak sobie
>wyobrażałem. Zawiódł nieco rezerwat ścisły, może dlatego, że
>średnia prędkość wędrowania była zdecydowanie zbyt człapająca -
>9 km w 4 godziny to tempo odpowiednie dla Piotrusia na nogach -
>gdyby nie to, że nudno się idzie cały czas w jedną stronę
>(dzięki Maćku i Piotrze!!!). Drzewa były jednak rzeczywiście
>wspaniałe i zdecydowanie warto było udać się na wycieczkę z
>przewodnikiem, nawet jeśli przez kilka następnych razy w
>Białowieży na nią się nie zdecyduję.
Pani przewodnik okazała się osobą tyleż miłą, co i lubiącą dużo mówic,
co niewątpliwie wpłynęło na czas trwania wycieczki :)). Aleniewątpliwie
warto było zobaczyć rezerwat, choćby po to, aby na własne oczy przekonać się,
jak wygląda.
>Sama Białowieża (miasteczko) wydała mi się mało interesująca.
>Ciekawa cerkiew, ładny ikonostas - szkoda tylko, że wewnątrz nie
>można fotografować.
Byliśmy też jeszcze trzema samochodami (ekipa Adama, Zbyszka oraz pp. Słowiki)
w kościele katolickim na drugim końcu Białowieży - bez rewelacji.
Potem pojechaliśmy jeszcze zobaczyć zubry w pokazowym rezerwacie Parku
Narodowego. Z powodu upału zwierzęta były wybitnie leniwe i chowały się głównie
w cieniu, ale żubry, wilki, dziki, tarpany, jelenie, sarny udało nam się
zobaczyć. Żubra widziałem chyba pierwszy raz w naturalnym środowisku, więc
- choć to głównie atrakcja dla dzieci - warto było się wybrać. Po
opuszczeniu pokazowego rezerwatu wybraliśmy się na spacer do Parku Narodowego,
do miejsca, które wybrali także licznie inni Jaremowicze :)). Najwięcej z
nich spotkaliśmy na parkingu oraz na trasie do wieży widokowej. Z wieży nie
wracaliśmy tą samą drogą, tylko przez nadrzeczne chaszcze dotarliśmy do Kosów
Most. Tam Zbyszek wypatrzył zbliżającą się ekipę Jurków. Poszliśmy więc
razem około kilometra w kierunku Wilczego Szlaku. Tam rozstaliśmy się - ekipa
Zbyszka i Jurków ruszyła dalej szlakiem, a reszta (ekipa Adama + Piotrek Słowik
z Madzią) wróciła do parkingu.
>Wracając przez Narewkę udaliśmy się do Hajnówki do restauracji
>Leśny Dworek, gdzie Piegaci i Bonikowscy polecili nam sprawdzone
>przez się znakomite dania kuchni białoruskiej. Potem już tylko
>tankowanie w Czeremsze i przystanki w Grabarce i Drohiczynie.
>Grabarka się mocno zmieniła w ciągu ostatnich 4 lat. Przede
>wszystkich z każdej strony można dojechać po asfalcie! Po kocich
>łbach z Mielnika pozostał tylko ok. 100 metrowy fragment. Sama
>świątynia jest obecnie okrążona kamiennym murem, a na Górę
>prowadzą kamienne schody. Krzyżyh jest jeszcze więcej. W
>świątyni było odprawiane nabożeństwo z udziałem kilku osób.
Też przez Narewkę ruszyliśmy w kierunku Warszawy. Z Narewki, przez Hajnówkę
i Kleszczele, dotarliśmy do Garbarki. Po drodze mieliśmy dziwną przygodę -
ze stojącego na przeciwległym pasie mercedesa na wschodnich (rosyjskich ?)
numerach facet siedzący na fotelu kierowcy dawał nam wyraźne znaki (mrugając
światłami i machając ręką), abyśmy zatrzymali się. Po chwili wahania, nie
tylko nie zatrzymaliśmy się, ale jeszcze przyspieszyliśmy. Czego chciał ów
facet, nie wiemy, ale... lepiej było się nie przekonywać ;-).
Garbarkę widziałem pierwszy raz - robi duże wrażenie, zwłaszcza liczbą
zgromadzonych krzyży.
Dalej, omijając z boku rozkopane Siematycze, pojechaliśmy przez Łosice i
Mordy do Siedlec. Nie chciało nam się raz jeszcze jechać przez Sokołów i Węgrów
- trasa jest bowiem wąska i dość ruchliwa. Przejechawszy bez problemów przez
Siedlce (pilotowani niezawodnie przez Gosię), wjechaliśmy na trasę z
Terespola. Ruch na niej jest na pewno nie mniejszy, ale droga jednak trochę
szersza i lepsza. Za Siedlcami, głodni jak wilki, zjedliśmy spóźniony obiad
i ruszylismy w kierunku Warszawy. Przed dwudziestą wysłuchaliśmy w
radiu odliczania i ostatnich apeli o udział w referendum, a kilkanaście minut
później usłyszeliśmy pierwsze, optymistyczne prognozy wyników. Nastrój
referendalny udzielił się chyba nawet Radiu Kierowców, bo o ile apeluje ono z
reguły o wolną i ostrożna jazdę, tym razem proszono kierowców zdązających
zaglosowac jedynie o to, by jechali tak, aby dotarli na czas i bez przeszkód do
lokali wyborczych :). Zaliczywszy po drodze ostre hamowanie w celu uniknięcia
zderzenia z maluchem, który nagle zatrzymał się tuz przed nami na środku
pasa, a następnie kilkunastominutowy postój w celu ostudzenia rozgrzanych
hamulców, dotarliśmy po 21 do Warszawy. Ruch był duży, ale jechało się dość
płynnie, nawet przejazd przez Mińsk Mazowiecki nie był najgorszy.
>Dziękujemy Iwonce i Jurkowi za wypatrzenie świetnej kwaterki i
>zorganizowanie wyjazdu, a wszystkim dziękujemy za wspólne
>wędrowanie, śpiewanie, drobre słowa - dobry czas. Jesteście
>wielcy!
Przyłączam się zdecydowanie do podziękowań. Było świetnie - znakomite
miejsce na kwaterę z sympatycznym gospodarzem, bardzo fajne ognisko, dużo wrażeń,
ciekawie spędzony czas, nowo poznane miejsce, pogoda jak drut (wczoraj było
nawet trochę za gorąco), na koniec optymistyczne wieści z referendum - czegóż
chcieć więcej od weekendu ? :))).
Mając nadzieję na następne wyjazdy w takimż stylu, jeszcze raz wielkie dzięki!!
Pzdr.
Marcin
Cześć,
Ja też przyłączam się pochwał dla Iwony i Jurka oraz wszystkich uczestników
wyjazdu, dla puszczy, komarów i innych leśnych zwierzątek. Było w tej Białowieży
wspaniale.
Z Jurkami rozłączyliśmy się pod Narewką, potem siedząc w barku na stacji
benzynowej za Hajnówką jeszcze raz zobaczyliśmy ich poldolota Oddalającego
się siną w dal. Na stacji mieliśmy też możliwość posłuchania
białorusko-ukraińskiej mowy "tutejszych". Jechaliśmy przez
Bielsk, Dziadkowice- Drohiczyn (dobra i pusta droga), Węgrów, Kałuszyn, Mińsk
Maz - nigdzie nie znajdując korków, a jedynie zawianych rowerzystów.
Arturze, zupełnie nie rozumiem, dlaczego wycofaliście się przed rodziną dzików.
Jakbyście byli w rezerwacie pokazowym (in. zoo) i podążali za wycieczką
oprowadzaną przez dyrektora parku (Smolińskiego) to byście się
dowiedzieli, że dziki w Puszczy Białowieskiej to maleństwa - dochodzą
jedynie do 100 kg wagi. Więc spotkanie z nimi to powinna być sama przyjemność,
której Wam tak zazdroszczę.
Jestem zwolennikiem wprowadzenia na następnych wyjazdach limitowanego okresu
bycia pod prysznicem, dotyczy to zwłaszcza... no, no, wiecie kogo ....
Pozdrawiam,
Zbyszek
Cześć
Również dołączamy się do podziękowań: za pomysł, rezerwacje kwatery,
imprezkę i super towarzystwo.
Ponieważ wybraliśmy się z dziećmi zrezygnowaliśmy z góry z wycieczki z
przewodnikiem. Mieliśmy obawy, czy ok. 9 km trasy jest dla Krzysia do przejścia.
Z Asią zero problemu: w nosidełko i tatuś trenuje przed Rumunią.
Ostatecznie więc zdecydowaliśmy się na program indywidualny. Wyjechaliśmy po
glosowaniu ok 11:00. Zaplanowaliśmy trasę: do Wyszkowa a dalej na Brok,
Ciechanowec, Bielsk Podl. Jest to najkrótsza i teoretycznie najszybsza trasa do
Białowieży. Teoretycznie, gdyż już w Markach po zjeździe z Trasy Toruńskiej
stanęliśmy w korku. Droga była dokumentnie zapchana tirami i innym badziewiem.
natychmiast zmieniliśmy trasę i przez Zielonkę, Wołomin Tłuszcz dotarliśmy
do Broku i dalej zgodnie z planem. Od Broku droga wyśmienita: wąsko, ale zupełnie
pusto, za Nurem asfalt stal się gładziutki i redford spokojnie pożerał
kilometry. W Hajnówce zajechaliśmy do stacji kolejki puszczańskiej, ale
niestety poza wilczurem nie było z kim gadać. Wilczur tez nie był rozmowny,
ale za to miał na mnie apetyt. Okazuje się, że kolejka jeździ w
sezonie jak się zbierze komplet, jakaś wycieczka itp nie ma zatem rozkładu.
Po krótkim postoju zajechaliśmy na kwaterkę a stąd do rezerwatu pokazowego żubrów.
Oprócz koników większość zwierzaków szukała ochłody w cieniu, ale
wszystkie można było wypatrzeć. Żubry były na szczęście bardzo blisko
ogrodzenia. Tysiąc kilogramowy byk robi wrażenie. Było też cielątko. Potem udaliśmy
się na obiad omijając Soplicowo i okazały Hotel z regionalnym jadłem. Po
obiedzie odnaleźliśmy wyjście szlaku zebra żubra od strony Białowieży i zostawiwszy
redforda udaliśmy się na kilkukilometrową wędrówkę. Szlak prowadzi po drewnianych
kładkach wśród bagien i mokradeł z niesamowitą roślinnością wśród
rechotu żab i śpiewu ptaków. Szlak ma charakter ścieżki dydaktycznej są
tablice z opisem drzew i roślin. Zwrócił moją uwagę niski poziom wody
co w jakiś sposób ograniczyło atrakcyjność drogi.
Po wyjściu z zielonej dżungli pospacerowaliśmy po parku pałacowym, a potem
dzieci zarządały czasu wolnego na placu zabaw koło hotelu. Potem powrót na kwaterkę.
W niedziele pojechaliśmy tam gdzie wszyscy, ale trasę ograniczyliśmy tylko do
wejścia na więżę widokową. Myślę że jest to wspaniale miejsce do obserwacji
zwierząt (wodopój) i ptaków. Oczywiście o 4-5 rano i po cichutku.
Wysoka temperatura i alergia zmogły Krzysia, który w niedzielę miał mało siły.
Brak większej liczby rówieśników również miał znaczenie demobilizujące.
Po leśnym spacerze i spotkaniu z większością jaremowiczów pojechaliśmy do Białowieży
zobaczyć cerkiew, kościół i nieczynną stację.
Cerkiew była już zamknięta, a kościół okazale prezentuje się z zewnątrz.
Stacja Białowieża Towarowa bez historii. Pozostał jeden tor dwa pozostałe zostały
dawno zdemontowane. Kilka dzwigni nastawni oraz żuraw wodny (do
napełniania lokomotyw parowych) i dość oryginalna architektura dworcowa właściwa
dla zaboru rosyjskiego. Za stacja rozjazd na Hajnówkę i Białowieżę Pałac.
Linia była likwidowana na raty. Najpierw skasowano tor łączący trasę
z Hajnówki lukiem bezpośrednio do Białowieży Pałac (centrum miasteczka) tak
więc pociągi musiały najpierw wjechać na stację towarową, a następnie były
wpychane do stacji B. Pałac. Nietrudno zgadnąć ze niedługo potem wszyscy
przesiedli się do autobusów i linie zlikwidowano.
Jadąc na stację zaobserwowaliśmy pewną osobliwą zabawę miejscowej młodzieży.
Klienci leżeli na środku mostku i się opalali, wstali jakieś jak mieliśmy
do nich jakieś 50 m Asia już spała i wobec tego, że Krzyś nadal nie czul się
najlepiej, zdecydowaliśmy na powrót. Krotki postój na picie w barku (z
lokomotywą i wagonem) i ok 15:00 w drogę. Tą samą trasą, z tym że w
Jadowie odbiliśmy na Wolę Rasztowską koło Radzymina (ok 5 km od dwupasmówki)
Trasa na całej długości pusta. Do tego stopnia, że maluch postanowił z
lewego pobocza wjechać tuż przed redforda. Ostre hamowanie połączone z
klaksonem ostudziły jego zamiary, Zjechał na pobocze i długo nie mógł się ocknąć
z wrażenia. Nie zmniejszając prędkości pojechaliśmy więc dalej. W Markach tłok
ale jazda płynna ok. 17:50 byliśmy w Carrefourze na Targówku tam mały
obiadek, jeszcze do kościoła i do domu, a tu wieczór referendalny, i co tu ukrywać,
wielka ulga.
Wyjazd bardzo fajny trochę męczący głównie z uwagi na temperaturę w
niedzielę, komary i alergie. Dzieci spały w samochodzie prawie do Radzymina.
Kwaterka jest bardzo fajna, ale nie na tak dużą grupę (kwestie sanitarne)
Gospodarze za to bardzo mili i to pomimo ze rozebraliśmy kawałek ogniska. Chętnie
wybierzemy się w ten rejon ale z rowerami.
Pozdrówka
Radek
![]()
![]()