Powrót Strona głównaGrecja i Bułgaria - Relacja z wyjazdu
7-24 lipca 2006

Zdjęcia z podróży

Podróż do Bułgarii, którą odbyłyśmy 2 lata temu (Stara Planina i północna część wybrzeża) pozostawiła lekki niedosyt gór i ciekawość pozostałych części kraju. Bułgarzy nam polecali wg. nich najpiękniejsze góry - Rodopy, w których pogoda zawsze sprzyja turystom. Po kilku wyprawach górskich suto zaprawianych deszczem i burzami - dwa razy nie trzeba nam było powtarzać. Właściwie już podczas tamtej wyprawy podjęłyśmy decyzję, że kiedyś pojedziemy w Rodopy.
Po zbadaniu połączeń okazało się, że najtaniej dotrzeć do Bułgarii.... przez Grecję. Podróż do Thessalonik (Salonik) jest o kilkaset złotych tańsza niż do Sofii, do której nie latają tani przewoźnicy. Rodopy leżą dokładnie w połowie drogi między Sofią a Salonikami. Uznałyśmy, że będzie to dobra okazja do poznania Tracji i Macedonii również po greckiej stronie granicy.

7 lipca 2006 - piątek
Thessaloniki

Samolot Centralwings wylądował zgodnie z planem o 9:50. Na lotnisku przywitała nas Ania, która przyleciała z Dublina w środku nocy. Lotnisko jest dobrze skomunikowane z centrum (autobusy kursują co pół godziny), dzięki czemu Ania już zdążyła zrobić rundkę po mieście. Postanowiłyśmy ten dzień przeznaczyć przede wszystkim na sprawy organizacyjne: dokupienie brakującego sprzętu, sprawdzenie połączeń do Bułgarii i promów na Samotrakę. Sprawnie dotarłyśmy na plac Aristotelous - wielki deptak i centrum życia towarzyskiego z wszechogarniającym zapachem kawy. Stąd można rzucić okiem zarówno na port jak i na górującą nad miastem starą dzielnicę. Według przewodnika miała się tu znajdować informacja turystyczna. Niestety znalezienie jej okazało się nie lada wyczynem. Instruowane przez kolejne życzliwe osoby tułałyśmy się dość długo w okolicach placu, aż zrezygnowane wylądowałyśmy w przyjemnym parku w okolicach muzeum archeologicznego. Sjesta to najlepszy pomysł pod słońcem. Nie dość, że zażywasz błogiego odpoczynku, wyciągasz zbolałe odnóża, to jeszcze można zasięgnąć języka. Dla nas pomocny okazał się czekający na syna pan, który nie tylko udzielił cennych rad na temat miejsc godnych zwiedzenia, ale jeszcze obdzwonił kilka osób, uzyskując namiary na informację turystyczną (tu nazywaną policją turystyczna). Znajduje się przy ul. Dhodhekanissou. Można tam uzyskać mapę miasta i kilka "przydatnych" adresów. Doświadczenie całodziennej tułaczki po tym wielkim mieście doprowadziło nas do kilku wniosków: 1- nie należy za bardzo wierzyć "życzliwym" zwłaszcza, kiedy podają konkretny adres, ponieważ ten zazwyczaj nie istnieje; 2-korzystanie z biura pośredniczącego w wynajmowaniu kwater prywatnych jest stratą czasu - próbują przekonywać, że w mieście nie istnieją niższe niż 3-gwiazdkowe hotele. 3- dokądkolwiek nie chcesz pójść i tak każda droga zaprowadzi cię na plac Aristoteleus.

Znalezienie noclegu było dość czasochłonne. Najskuteczniejszą metodą okazało się obdzwonienie tanich hoteli, których adresy i telefony są podane na mapie. Większość hoteli, niezależnie od standardu znajduje się w okolicach głównej ulicy miasta - Egnatia. Są to najczęściej sympatyczne kamienice z około 20 pokojami. Dwójkę z dostawką można dostać już za 50-55 EUR. Ceny rosną w październiku, kiedy w mieście organizowane są targi.

Saloniki nie zrobiły na nas najlepszego wrażenia, może dlatego, że są zbyt duże, żeby można było tutaj odpocząć. W końcu to drugie co do wielkości miasto Grecji - duży ośrodek handlowo-przemysłowo-kulturalny. Dokładne zwiedzanie zostawiłyśmy sobie na koniec podróży.

8 lipca 2006 - sobota
Weria, Wergina i grobowce macedońskie

Ten dzień przeznaczyłyśmy na podróż do Werginy - miejscowości znanej z grobowców Filipa II (ojca Aleksandra Wielkiego) i kilku członków rodziny królewskiej. Do Werginy można się dostać przez Werię - nieduże miasto malowniczo położone na granicy między żyzną równiną na zachód od Salonik, a górami Vermio. Z Salonik kursuje tu kilka autobusów dzienne (45 min - 1,5 godz. w zależności od rodzaju autobusu). Potem należy się przesiąść w autobus do Werginy (20 min jazdy, kilka dziennie). Samej Werii warto poświęcić kilka chwil. Jest bardzo przyjemnym miasteczkiem położonym z dala od uczęszczanych szlaków turystycznych, z bogata historią, wąziutkimi uliczkami i mnóstwem maleńkich starożytnych i średniowiecznych kapliczek Doliczono się około 60 kościołów, dzięki czemu Weria zyskała nazwę "małej Jerozolimy". W latach 50 I w. w mieście nauczał św. Paweł. Dziś kościoły przeważnie są zamknięte na głucho i często trudne do odnalezienia. Ukryte między domami mieszkalnymi wyrastają nagle z ziemi. Warto jednak wybrać się na spacer i czasem zajrzeć przez szparę, żeby obejrzeć freski z XII wieku lub jeszcze starsze mozaiki.

Zostały nam w pamięci jeszcze dwa obrazki z Werii. Pierwszy to ikony w barze fast food powieszone nad sałatkami, tuż obok zdjęć krajobrazów. I jeszcze najmniejszy dworzec autobusowy jaki widziałyśmy, wielkości mniej więcej podwórka w kamienicy. Tamtejsi kierowcy są mistrzami świata w manewrowaniu 50-osobowym autobusem!

Wergina - starożytne Aegae, pierwsza stolica Królestwa Macedonii - to duża wieś, w której skupiło się kilka cennych obiektów archeologicznych. Najbardziej znane to grobowce komorowe Filipa II i kilku członków rodziny królewskiej (w tym przypuszczalnie Aleksandra IV, syna Aleksandra Wielkiego). Grobowce odkryto dopiero pod koniec lat 70-tych XX wieku. Wykopaliska robią duże wrażenie. Niektóre grobowce zostały zrabowane jeszcze w starożytności. Za to komora, w której pochowano Filipa II cudem zachowała się w stanie nienaruszonym. Zachwyca już sam kształt i zdobienie miejsca pochówku w formie małej świątyni wkopanej w ziemię. W zdumienie wprawia wystawiona w gablotach zawartość grobowców - kompletne zbroje, złote urny i wieńce pogrzebowe oraz wszelkie inne przedmioty, jakie tradycyjne umieszczano przy zmarłym. Trudno uwierzyć, że te wszystkie przedmioty mają ponad 2 tysiące lat. Zdecydowanie polecamy wizytę w muzeum.

Jakieś 500 m wyżej znajduje się jeszcze jeden grobowiec macedoński (prawdopodobnie Eurydyki - matki Filipa II) odkryty w połowie XIX wieku. Robi wrażenie, może dlatego, że nie jest odrestaurowany. Idąc dalej w górę dochodzi się do ruin pałacu Palatitsa (z III w.pne). Usytuowany na wzgórzu pałac był prawdopodobnie letnią rezydencją ostatniego króla Macedonii. Z ciekawych obiektów zachowała się cenna mozaika, której niestety nie można obejrzeć. Woda i mróz nie służyły jej, więc ukryto ją pod żwirem i folią. Z góry rozciąga się piękny widok na równinę i fragmenty teatru, w którym zamordowano Filipa II.

W wiosce spotkała nas jeszcze jedna niespodzianka. Zaczepił nas starszy Grek, który świetnie mówił po polsku. Opowiedział nam, że przez ponad 20 lat pracował w Polsce. Całkiem dobrze ją wspominał.

9 lipca 2006 - niedziela
Tessaloniki - Sandanski - Melnik - Monastyr Rożeński

Aby przedostać się do Bułgarii należy - nie zważając na porady przewodników i policji, które polecają korzystanie z agencji turystycznych - udać się na dworzec kolejowy, przy którym znajduje się również dworzec autobusów dalekobieżnych. Pociągi do Sofii kursują 3 razy dziennie i wszystkie zatrzymują się w Blagoevgradzie i Sandanskim (10-12 EUR), autobusy są 2 (16 EUR, do Sofii - 21 EUR). Podróż trwa ok 2,5-godziny. Przejście Kulata nie jest zbyt tłoczne, więc podróż przebiega dość sprawnie.

W Sandanskim kierowca wysadził nas z dala od centrum, tuż przy górującym nad szosą 7 metrowym pomniku Spartakusa. Miasto - jak wiele innych w Bułgarii - swą nazwę zawdzięcza jednemu z XIX-wiecznych bojowników o wolność. Jednak najbardziej znanym mieszkańcem miasta jest właśnie Spartakus, który ponoć tutaj się urodził. Szkoda, że po starożytnej historii nie ma tu śladu. Miasto jest kolejnym przykładem socjalistycznego nieładu architektonicznego. Z przewodnika wynikało, że warto tu pospacerować przez chwilę, my jednak nie znalazłyśmy nic godnego uwagi. Co prawda też nie za bardzo szukałyśmy, dla nas była to tylko stacja przesiadkowa do Melnika. Na korzyść Sandanskiego przemawia nowy i czyściutki dworzec. Szczęśliwie około godz. 11 udało nam się złapać autobus do Melnika (2,5 leva) i już w południe mogłyśmy się rozkoszować utęsknioną sałatką szopską i owczarską oraz frytkami z sirienie, zapijanymi - znanym nam już - piwem Zagorka.

Okolice Melnika wprawiają w sielski nastrój. Krajobraz łagodnie pagórkowaty niczym nie zwiastuje bliskiego i groźnego pasma Pirinu. Gdzieniegdzie rozrzucone są nieliczne winnice. Aż dziw, że ta okolica słynie w świecie z wina. Tuż przed miasteczkiem zaczynają się pojawiać skalne piramidy w kolorze piaskowym, które ciągną się aż za Rożen. Melnik jest najmniejszym bułgarskim miastem (ma mniej niż 300 stałych mieszkańców) za to z bardzo długą historią. Założyli je Trakowie, od czasów rzymskich było ważnym ośrodkiem religijnym, kulturalnym i administracyjnym. W XIII wieku zbudowano tu twierdzę, której ruiny nadal górują nad miastem. Tuż obok znajduje się fragment domu bojarskiego z X wieku - najstarszego budynku mieszkalnego w Bułgarii. Z okresu II państwa bułgarskiego zachowało się też kilka fragmentów cerkwi. Najwięcej zabytków - zarówno cerkwi jak i pięknych domów - pochodzi z okresu bułgarskiego odrodzenia narodowego. Trzeba mieć sporo szczęścia, żeby trafić na otwarcie cerkwi. Niektórych nie sposób nawet znaleźć. Jednym z ciekawszych budynków jest XVIII-wieczny dom rodziny Kordopulo (obecnie muzeum). Oprócz typowego wystroju z tamtych czasów można też zwiedzić piwnice, w których w idealnej temperaturze 10-12 stopni dojrzewa wino. Melnik zasłynął z produkcji wina w czasach niewoli tureckiej, choć ten szlachetny trunek produkowany był w okolicach już od X wieku. W cenę biletu (2 lv) wliczona jest degustacja (winko takie sobie, trochę jeszcze za młode). Na miejscu można też kupić wino w ilościach hurtowych.

Tego samego dnia pojechałyśmy do Monastyru Rożeńskiego, położonego 10 km na wschód od Melnika. Połączenia autobusowe nie są zbyt częste, ale wycieczka piesza też może być atrakcyjna. Szosa biegnie głęboką doliną, której zbocza tworzą efektowne skalne piramidy. Od wsi Rożen (piękne stare domy, tyle, że strasznie zaniedbane) trzeba się przejść szosą w górę by po ok. 20 min. zobaczyć cerkiew św.św. Cyryla i Metodego, położoną poza murami klasztoru. Sam klasztor urzeka przede wszystkim swoją prostotą i ciszą. Powstał na początku XIII wieku. Obecny kształt cerkiew uzyskała w XVI wieku. ściany zewnętrzne i wewnętrzne cerkwi, jak również ściany znajdującego się na piętrze refektarza, zdobią freski z XVI-XVIII wieku. Drewniana galeria otaczających cerkiew zabudowań cała opleciona jest winoroślą. Z okien refektarza można podziwiać nieodległe skalne piramidy mocno porzeźbione przez wodę. Wejście do klasztoru jest darmowe, niestety nie można tu robić zdjęć. To chyba najczęściej łamany zakaz w Bułgarii.

Do Melnika warto wrócić krótszą 6-cio kilometrową drogą przez góry (zielony szlak). Po drodze można podziwiać niesamowite kształty piramid, które w promieniach zachodzącego słońca przybierają kolor intensywnie rudy. Widoki jedyne w swoim rodzaju. Trasa przyjemna i bezstresowa, jeśli nie liczyć kilku trawersów z dużą ekspozycją i dość stromego zejścia do Melnika. Najbardziej emocjonującym momentem okazało się wejście do miasteczka, w którym zaatakowały nas psy pasterskie. Szczęśliwie pasterze zdążyli uratować nasze zagrożone kończyny, ale skołatane nerwy należało szybko uciszyć wizytą w winiarni.

Wino jest wszechobecnym dobrem w tym małym miasteczku. Ulice Melnika pełne są straganów kuszących nie tylko dywanikami, miodami ale przede wszystkim winem, którego cena zachęci nawet dusigroszy.

Liczba knajp przypadających na jednego stałego mieszkańca zadziwiłaby nawet Greka. Przy licznych stolikach nawet w szczycie sezonu siedzą nieliczni turyści. Do dziś nie możemy pojąć, z czego ci ludzie się utrzymują zwłaszcza, że dobry miejscowy zwyczaj nakazuje pierwszą lampkę wina zaserwować gościowi gratis! Po opróżnieniu dwóch butelek (polecamy czerwone wino "iz Harsovo") część ekipy uznała, że bezpieczniej będzie przyjąć pozycję horyzontalna i uzupełnić braki snu. Panie o mocniejszych głowach przyłączyły się do kibiców piłki nożnej. Właśnie Francja grała z Włochami o pierwsze miejsce! Czym to się skończyło - wiadomo. Dla nas jeszcze jedną lampką wina gratis.

10 lipca 2006 - poniedziałek
Podróż do Goce Dełczew

Po porannym pożegnalnym spacerze po Melniku, udałyśmy się do Sandanskiego (autobus o 13). Kolejny cel to Goce Dełczew - miasteczko położone na pd-zach skraju Rodopów. Miałyśmy dużo szczęścia, ponieważ autobus w tamtym kierunku jeździ tylko od piątku do poniedziałku raz dziennie (o 15). Więcej połączeń można złapać z Blagoevgradu. Nieco nas zaskoczyła cena (8,5 lv od osoby), ale uznałyśmy, że może to prywatny przewoźnik. Sprawa się rozstrzygnęła tuż za miastem. Trasa nie wiedzie na południe od Pirinu, ale autobus okrąża masyw od północy pokonując trzykrotnie dłuższą drogę. W ten sposób podróż zajęła nam 4 godziny. Jako nagroda pozostał nam "rzut okiem" na pasma Pirinu i droga przez przepiękne przełęcze. Jako kara - uziemienie z noclegiem w Goce Dełczew.

Miasto na pierwszy rzut oka nie robi dobrego wrażenia. Dworzec otoczony jest bazarem. Bardziej zabytkowe centrum oddalone jest od dworca o jakieś 15 minut marszu. Powoli odnawiane są kamieniczki, wymieniany bruk. Podobno w Goce Dełczew jest kilka miejsc wartych zwiedzenia. My dotarłyśmy wieczorem, więc zdołałyśmy zwiedzić tylko restaurację. I tu przeżyłyśmy miłe zaskoczenie. W lokalu przypominającym nieco nasz dawny "GS" podawali całkiem przyzwoite jedzenie i to za rozsądną cenę. Rozszerzyłyśmy kulinarna wiedzę o smak "sirienie na ciepło".

Tani nocleg można znaleźć w schronisku tuż obok dworca autobusowego. Niełatwo je wypatrzeć wśród straganów. Warunki schroniskowe (ostatni remont nie później niż w latach 70-tych), kibelki "narciarskie", ale jak na te możliwości jest naprawdę czysto.

Na dobranoc doświadczyłyśmy jeszcze bułgarskiej biurokracji. W Bułgarii istnieje obowiązek meldowania gości. Trzeba wypełnić specjalny druczek z mnóstwem informacji. We wszystkich miejscach, w którym gospodarze przestrzegali przepisu, wypełnianie formularza brali na siebie. Tutaj recepcjonista był bezlitosny - kazał wypełnić dwie kopie i bardzo skrupulatnie sprawdzał czy dobrze napisałyśmy każdą literkę. Ponieważ jego możliwości komunikacyjne ograniczały się do bułgarskiego, postarał się o tłumacza. Nie obyło się bez tradycyjnych pytań o naszych mężów i propozycji prawie matrymonialnych. Starszy pan (nasz tłumacz) okazał się ciekawą postacią. Twierdził, że jest wnukiem Rimskiego-Korsakowa, wywiezionym w czasie wojny z Rosji. Jego nianię ponoć zabili Bułgarzy (za to ich nienawidził), został oddany do kogoś na wychowanie, a ten (fałszywy Bułgar!) sprzedał go Cyganom, od których uciekł w wieku 18 lat. Potem tułał się po świecie, mieszkał przez 20 lat na Kubie, z której uciekł do Stanów, by tam na uniwersytecie w Kalifornii nauczać historii rewolucji. Twierdził, że ma 18 dzieci (w różnych miejscach na świecie) i zna kilkanaście języków. Do dziś nie wiemy ile prawdy jest w tych opowieściach. Udało nam się tylko sprawdzić, że nieźle zna kilka języków. Przekonywał nas, że Bułgarzy są fałszywi i nie należy im ufać. Ale do Bułgarii wraca ze względu na niesamowitą przyrodę. I tego ostatniego postanowiłyśmy się trzymać.

11 lipca 2006 - wtorek
Goce Dełczew - Satovcza - Dospat - Borino - Jagodinska Jaskinia - Jagodina

Goce Dełczew zdecydowanie nie jest bramą wjazdową w Rodopy dla osób, które nie dysponują własnym pojazdem. Dzięki życzliwości kilku osób (i nie były to panie w informacji) dowiedziałyśmy się, że należy udać się do Satovczy. Miejscowość ta w żadnym razie nie wygląda na ostatni przystanek. O 7:00 wsiadłyśmy więc do autobusu. Miły kierowca wysadził nas 2 km za miastem twierdząc, że tam łatwiej nam będzie łapać stopa w kierunku Dospatu. Niewątpliwie miał rację, szkoda tylko, że ominęłyśmy sympatyczną miejscowość, w której obok cerkwi stał meczet - widomy znak obecności Turków lub - bardziej prawdopodobne - Pomaków (Słowian-muzułmanów). Wystarczyło wystawić rękę i pierwszy samochód zatrzymał się ochoczo. Widać każdy w okolicy rozumie, że innych możliwości nie ma, więc ludzie chętnie sobie pomagają. Zresztą, trzy dziewczyny z plecakami najwyraźniej nie są w Rodopach częstym zjawiskiem. Po kilku dniach przyzwyczaiłyśmy się do statusu odmieńca. Bułgarzy okazali się bardzo pomocni. Jeśli nie mogli nas dowieźć do celu, zatrzymywali nam kolejny samochód. I tak, bez wyraźnego nadwyrężania stawu barkowego, podróż przebiegała całkiem sprawnie. Tylko trochę nam było żal mijanych miejscowości (Dospat, Borino), które kusiły nas białymi domami z czerwonymi dachami i wieżami minaretów, a czasem ukrytym między stokami jeziorem. Jeszcze przed południem wylądowałyśmy na drodze do jaskini Jagodinskiej. Trasa z Teszela do jaskini jest niesamowita. Bardzo wąską jednopasmową drogą. Zbudowano ją we wcięciu w wysokich skałach. Miejscami odległość miedzy krawędziami doliny wynosi zaledwie kilka metrów. Już dla samych widoków warto powędrować czerwonym szlakiem biegnącym oczywiście szosą. W połowie drogi odbija niebieski szlak do Djawolskiego mostu. Niestety trasa jest nieczynna - drabinki wzdłuż potoku zawaliły się, przejście tylko dla tych, którzy lubią łazić po górskich potokach.

Do jaskini Jagodinskiej można wejść co godzinę z małą przerwą w środku dnia (3 lv). Obok całkiem fajna knajpka oferuje podstawowe jadło. W jaskini ruch spory jak na bułgarskie warunki. Razem z nami weszła wycieczka. Mimo tłumu przewodnik bardzo starał się przekazać cudzoziemcom kilka informacji po angielsku. Jagodinska jaskinia jest jedną z najpiękniejszych i największych w okolicy (6,5 km długości). Do zwiedzania udostępniono dużą część najniższego korytarza z ciekawą szatą naciekową. Do tego można robić zdjęcia. Niemałym zaskoczeniem była obecność bożonarodzeniowej choinki. Co roku speleologiczna brać urządza sobie tu świąteczne spotkanie. Widać mikroklimat jaskini dobrze konserwuje świerki.

Kilkadziesiąt metrów dalej znajduje się pieczara, w której odkryto szczątki ludzkie sprzed 6 tys. lat. Wykopaliska dowiodły, że ostatni mieszkańcy wyprowadzili się stąd zaledwie 300 lat temu. W pieczarze urządzono małe muzeum. Cudzoziemców oprowadza miła 15-letnia Simona, która z dużym zaangażowaniem prezentuje eksponaty i metody wyrabiania naczyń, konstrukcję pieców itp. Tyle ciekawostek i tylko za 1 lv! I wszystkiego można dotknąć i sprawdzić jak się mełło ziarno. Młoda przewodniczka chodzi do liceum językowego, a w wakacje dorabia sobie jednocześnie ćwicząc język. Zaimponowała nam. Była naprawdę profesjonalna. Simona pomogła nam znaleźć nocleg u pani przewodnik grup bułgarskich. Po emocjonującej podróży w czasie, udałyśmy się czerwonym szlakiem w górę do oddalonej o 2,5 km wsi Jagodina. UWAGA! tradycyjnie trasa na mapie przebiega inaczej niż w terenie. Tym razem zmiana jest korzystna - wreszcie puszczono szlak leśna drogą, a nie szosą.

Wieś jest pięknie położona między wzgórzami. Z dala rzuca się w oczy żółty minaret. W lekko ospałym centrum znajduje się trzygwiazdkowy hotel. Budowla zupełnie nie pasuje do atmosfery miejsca. Na wstępie zaczepił nas staruszek obwieszony medalami z czasu wojny i oczywiście wypytał "skąd i dokąd". Pogawędka była naprawdę miła. Żadnej ze stron nie przeszkadzało, że druga strona mówi niezrozumiałym językiem.

Nasza kwatera okazała się całkiem przyjemna, z dostępem do kuchni i sympatyczną werandą, z której można było obserwować krzątających się przy sianie sąsiadów. Cena standardowa - 10 lv od osoby. Gospodyni z odmętów niepamięci starała się wydobyć słówka angielskie po to, by zareklamować miejscowe atrakcje przyrodnicze. Pytałyśmy o religię, jako że we wsi widziałyśmy tylko meczet, a nie rzuciły nam się w oczy tradycyjnie ubrane muzułmanki. Okazuje się, że w Jagodinie uchowało się tylko kilku muzułmanów, reszta jest bezwyznaniowa.

Przy okazji dowiedziałyśmy się, że jaskinię Jagodzińską i połączoną z nią pieczarę, w której jest muzeum można zwiedzać w sposób niekonwencjonalny. Miejscowy speleolog organizuje 8-godzinne wycieczki na niższe poziomy jaskini. Zapewnia sprzęt wspinaczkowy. Cena jest do przełknięcia - ok 30 lv. Niestety speleolog okazał się nieosiągalny telefonicznie.

Wieczorkiem udało nam się jeszcze pospacerować po okolicy, poobserwować życie wioski. Najbardziej wytrwałe zostały nagrodzone wycieczką na minaret.

12 lipca 2006- środa
Jagodina - Trigradskie Skały i Djawolsko Grło - Jagodina

Postanowiłyśmy zostać w gościnnej Jagodinie jeszcze jedną noc. Ten dzień poświęciłyśmy na wycieczkę do Trigradskich Skał i jaskini Djavolsko Grło. Trasa z Jagodiny wiedzie po grzbiecie wśród świerkowych lasów i pięknie kwitnących łąk. Pięciokilometrowy odcinek do Trigradu zajął nam sporo czasu z powodu bajecznie kolorowych motyli, którym fotografowie nie mogli odpuścić. Z Trigradu trzeba przejść jeszcze ok 2 km szosą do jaskini. Wejście jest bezpłatne i bez przewodnika. W jaskini nie ma efektownych nacieków, jest za to kilka płaskorzeźb. Po pokonaniu ponad 300 schodów w górę dochodzi się do kilkudziesięciometrowego wodospadu. Wyjście z Djawolskiego Grła (Diabelskie Gardło) jest ponorem. Na zewnątrz można zobaczyć jak głęboko rzeka wcięła się w marmurowe ściany. Wokół wysoko wznoszą się Trigradskie Skały, w których znajduje się wiele małych i większych pieczar i jaskiń. Wiele z nich było zamieszkałych juz 6 tys lat temu. Niektóre są udostępnione do zwiedzania. Trzeba jednak mieć sprzęt wspinaczkowy i choć niewielkie doświadczenie speleologiczne.

Dalsza część trasy wiedzie niezwykle wąską dolina otoczoną bardzo wysokimi skałami. Niestety szlak idzie po szosie, która wije się wzdłuż rzeki, a czasem wpada w wydrążony w skałach tunel. Szybko jednak okazało się, że nie będziemy musiały pokonywać 10 km na własnych nogach, bo życzliwy kierowca sam się zatrzymał. Nie znał niestety żadnego obcego języka w stopniu wystarczającym by zrozumieć, że my mamy ochotę przejść się po górach. Dlatego zamiast wysadzić nas w miejscu gdzie szlak - wedle zeznań naszej gospodyni - schodził wreszcie z szosy, zawiózł nas prawie do samej Jagodiny. Szczęśliwie ok. 3 km przed wsią wreszcie się poddał i pozwolił nam iść ścieżynka wspinającą się na górę, za którą było już widać Jagodinę. Nic jednak w tych górach nie może być łatwe. W połowie drogi ścieżka się skończyła i musiałyśmy się kierować intuicją i topografią, ryzykując zwalenie się do jakiejś przepaści. Kierując się zasadą, by wybierać najmniej obiecujące ścieżki dotarłyśmy do celu. Dzień był udany, pogoda nam sprzyjała, a okolice Jagodiny coraz bardziej nam się podobały.

13 lipca 2006 - czwartek
Jagodina - Smoljan - Mogilica - jaskinia Uchłowica

Tego dnia w planach miałyśmy przeniesienie się do Smoljanu. Nasz dobrodziej z poprzedniego dnia zaproponował podwózkę za cenę biletu autobusowego (9 lv za 1,5 godziny jazdy). Mimo, że nie była to propozycja bezinteresowna, przystałyśmy na nią sprawdziwszy uprzednio u naszej gospodyni ceny oficjalnych przewoźników. Inne rozwiązanie to autobus do Devina o 7 rano, potem trzeba łapać kolejny do Smoljanu (podobno jest ich dużo). Podróżując bez przesiadki zaoszczędziłyśmy sporo czasu, dzięki czemu była jeszcze szansa na wycieczkę poza Smoljan. Informacja turystyczna w Smoljanie jest, ale czynna dopiero od 10tej. W związku z tym zastosowałyśmy zasadę "koniec języka za przewodnika". Dość szybko udało nam się znaleźć kwaterę Margaritov za rozsądną cenę (10 lv), z ładnym widokiem na miasto i w dodatku blisko dworca.

Smoljan jest najdłuższą w Bułgarii wsią (10 km), miejscowym kurortem i najlepiej skomunikowaną miejscowością Rodopów. Można tu obejrzeć kilka starych cerkwi, turecki most i obserwatorium astronomiczne. Duże wrażenie robi nowoczesna, pachnąca jeszcze farbą cerkiew, z ładnym, prostym ikonostasem. Centralny deptak i otaczające go kamieniczki został zbudowany w latach 80-tych XX wieku. Widać, że zaprojektowano go z rozmachem, może nieco na wyrost. Część budynków świeci pustkami i niszczeje. Obok nowoczesnych banków i "wypasionych" hoteli nadal funkcjonuje poczta klimatem nawiązująca do lat 60-tych. Jest też bank, w którym pani wypełnia formularze na maszynie, a wymienić pieniądze (po korzystnym kursie) można tylko do 11:20, ponieważ od 11:30 zaczyna się "święta" przerwa śniadaniowa!

Deptak, sympatyczne kafejki i niespieszni przechodnie nadają miasteczku charakter kurortu. Przed wyjazdem udało się jeszcze przetestować miejscową kawę. Obie kawoszki (Ania i Ela) zgodnie przyznały, że trunek jest na wysokim poziomie, odpowiadającym jego wysokiej cenie. Tego samego nie możemy niestety powiedzieć o lodach, mimo że cena była równie wysoka, jak na standardy bułgarskie. Hitem w Bułgarii są lody melonowe. Zdecydowanie odradzamy ten "rarytas" W smaku wszystkie bułgarskie lody nawiązują do znanych nam z dzieciństwa "oranżadek". Przekonywałyśmy się o tym jeszcze kilkakrotnie, naiwnie wierząc, że bułgarscy lodziarze są takimi samymi mistrzami jak bułgarscy kucharze.

Zachęcone dobrym początkiem dnia postanowiłyśmy pojechać w kierunku granicy z Grecją do oddalonej o 25 km Mogilicy. To był nasz szczęśliwy dzień - jedyny tego dnia autobus (jeździ tylko trzy razy w tygodniu) odjeżdżał właśnie za kilka minut (12:40)!

Mogilica jest niewielką wioską z rzucającym się w oczy meczetem. Z niezrozumiałych dla nas przyczyn działa tam informacja turystyczna. Pani w informacji jest co prawda bardzo miła, ale niewiele wie na temat okolicznych atrakcji. Jej rola sprowadza się raczej do prowadzenia małego sklepiku z rękodziełem i mikrobaru. Zwłaszcza to ostatnie okazało się bardzo cenne jako, że upał zaczynał już osłabiać nasz zapał. Wielkie tablice ustawione w centralnym miejscu wsi informują po bułgarsku i angielsku o miejscowych atrakcjach przyrodniczych i kulturalnych. Chyba warto tam pobyć ze 2-3 dni, żeby wszystko zobaczyć i nacieszyć się spokojem. Okolica najwyraźniej korzysta z dotacji europejskich. Na każdym kroku można spotkać tablice z gwiazdkami i informacje, jakie to działania zostały podjęte w celu przekwalifikowania regionu górniczego w turystyczny. Obecności starych kopalń nie stwierdziłyśmy, ale gdzieś musza być skoro tablica o nich opowiada.

Prawdziwą atrakcją Mogilicy jest stary XVIII-wieczny kanak - kompleks mieszkalno-gospodarczy bogatej muzułmańskiej rodziny bułgarskiej. Jeszcze do zeszłego roku funkcjonowało tu muzeum etnograficzne. Od miejscowych dowiedziałyśmy się, że kanak został odzyskany przez potomków przedwojennych właścicieli. Złośliwi sugerowali, że nowi właściciele są spokrewnieni z jednym z posłów i tylko dlatego udało im się odzyskać dom. Nikt nie był w stanie powiedzieć, czy można go zwiedzać.

Spróbowałyśmy. Drzwi stały otworem. Nowa właścicielka akurat oprowadzała gości. Cały kompleks robi niesamowite wrażenie. Jest jak wielki labirynt - ma kilka dziedzińców (a zachowała się tylko część!), ponad 50 pomieszczeń: od małych sypialni z osobnymi łazienkami (!) po przestronne hole i pokoje gościnne. Całość zbudowana z kamienia i drewna w stylu bułgarskiego odrodzenia narodowego. Trudno się oprzeć wrażeniu, że ten styl wiele czerpie z tradycji tureckiej - otomany, makatki, dywany, kobieca część domu oddzielona od części gościnnej. Szczególnie piękne w mogilickim kanaku są rzeźbione sufity i szafy. Niestety dom został opróżniony z mebli. Nowi-starzy właściciele chcą go urządzić tak jak wyglądał za czasów, kiedy mieszkali w nim ich przodkowie. Obiecują, że kanak będzie udostępniony do zwiedzania. Patrząc na wielkość zabudowań wydaje się, że jest to zadanie bardzo ambitne. Życzymy im hojnych sponsorów. Opłaty za bilety - przy tym ruchu turystycznym, który widziałyśmy w środku sezonu - z pewnością nie wystarczą na utrzymanie obiektu.

W grupie turystów znalazła się dobra dusza, która podjęła się tłumaczenia na angielski. Z wielką przyjemnością wysłuchałyśmy opowieści o historii rodziny. Bogaci Pomacy swoją fortunę zawdzięczali hodowli owiec, które wypasali dla nich na 1600 ha mieszkańcy okolicznych wiosek. Podobno byli bardzo tolerancyjni religijne. W ciężkich czasach panowania tureckiego nie raz w kanaku chronili przed Turkami niepokornych chrześcijańskich sąsiadów. Przyjemnie było posłuchać, z jaką dumą pani opowiada o swoich przodkach. Majątek zdobyty na produkcji sirienie i kaszkawału (a może i oscypków?). Przy okazji wysłuchałyśmy opowieści jednego ze zwiedzających panów o jego 30-letniej służbie na granicy z Grecją. Proponował nawet nielegalne przejście nad Morze Egejskie. Nie skorzystałyśmy.

Jakieś 3 km na pn-wschód od Mogilicy, w kierunku Smoljanu znajduje się piękna jaskinia Uchłowica. Trzeba się do niej wdrapać 170 m pod górę. Podziwiając piękne widoki na zalesione wzgórza czekałyśmy aż zjawią się inni turyści. Tłumów jakoś nie było. Kiedy po kwadransie pojawiła się znana nam z innej jaskini para bułgarsko-szkocka, wreszcie znudzony swoja rolą przewodnik zdecydował się nas wpuścić do jaskini. Beznamiętnym głosem toczył swoją opowieść, lekko ożywiając się, kiedy nawiązywała się dyskusja na tematy geologiczne. W przewodniku znalazłyśmy informację, że w jaskini znajduje się duże jezioro z Brylantowym Wodospadem. W lipcu jezioro co prawda wysycha, ale zbudowany z czystego węglanu wapnia wodospad lśni śnieżną bielą i mieni się kropelkami.

Zadziwiające, że w każdej jaskini szata naciekowa jest nieco inna, choć wszystkie powstały w marmurze. Tu ściany pokrywają "mikrokalafiory", albo małe rafy koralowe. Dzięki temu, że była nas garstka mogliśmy do woli połazić po korytarzach, fotografować i dotykać. Pozwolono nam nawet zagrać na cieniutkich, niemal przezroczystych "organach".

Nasz przewodnik odradził nam powrót do Smoljanu przez góry. Szlak co prawda jakiś jest, ale jego przebieg jest skomplikowany i niepewny. Po oznaczeniach pozostał jedynie niewyraźny ślad, a ścieżki już dawno zarosły. Nie ma to jak miejscowa autoreklama.. Pozostało nam łapanie stopa. Tym razem okazało się to niezbyt łatwe. Dzięki temu mogłyśmy do woli naoglądać się pięknych krajobrazów, smukłych minaretów, gdzieniegdzie cerkiewnych kopuł odbijających promienie zachodzącego słońca.

14 lipca 2006 - piątek
Jeziora Smoljańskie - schr. Smoljanskie Ezera - Stojkite - Sziroka Łyka

Dylemat leniwego turysty. Iść półtorej godziny pod górę niebieskim szlakiem, żeby zobaczyć jedną z opisywanych w przewodnikach atrakcji - Smoljańskie jeziora, poetycko zwane "szmaragdowymi oczami Rodopów"? A może zaoszczędzić sobie mozolnej wspinaczki, wiodącej przynajmniej częściowo ulicami miasta i po prostu dojechać autobusem do schroniska Smoljańskie ezera? Niestety dałyśmy się skusić romantycznym opisom. Problem w tym, że na niebieskim szlaku jezior nie udało nam się spotkać. Kiedy stało się jasne, że poza Smoljanem szlak idzie po prostu szosą i to dość ruchliwą, zdecydowałyśmy się łapać stopa. Z niewielkim powodzeniem, jeśli nie liczyć jednej pani, która zlitowała się nad nami. Mimo, że właśnie wiozła mamę staruszkę do szpitala postanowiła na nas poczekać przy najbliższej czeszmie. Jej decyzja była heroiczna, zważywszy, że jej biedny moskwicz (a może łada?) ledwo ciągnął pod górę, obciążony nami i plecakami.

Ostatnie dwa kilometry musiałyśmy jednak przebyć na nogach. Na pociechę trafiła nam się nie lada gratka. Przy drodze znalazłyśmy pole truskawek, na którym właśnie pracowali zbieracze. Taki lokalny punkt skupu. Bez chwili wahania nabyłyśmy skrzyneczkę dorodnych owoców za cenę zdecydowanie niehurtową. Nic to! I tak 4 kg truskawek łatwiej się nosi niż 6 kg arbuza. Zresztą, już po 20 minutach siedziałyśmy przy schronisku pochłaniając połowę rozpływającego się w ustach ładunku.

Schronisko jak inne w Rodopach - z wierzchu całkiem nieźle się prezentuje, w środku unosi się zapach lat 70tych - czas boomu turystycznego. W wielkim budynku turystę trudno uświadczyć, za to wszędzie kręcili się robotnicy. W sąsiedztwie powstaje właśnie, reklamowany już w Smolanie, ogromny hotel. Niestety prowadzący schronisko najwyraźniej nie są ludźmi gór. Reakcją na nasze pytania o szlak do Szirokiej Łyki przez Stojkite była panika i stłumiony śmieszek robotników. Po raz kolejny próbowano nas przekonać, że jedyne drogi w górach to szosy, a szlaków nie ma i nigdy nie było. Ale my za długo lazłyśmy pod górę szosą, żeby się dać zniechęcić. Kierując się kobiecą intuicja, logiką oraz szczątkowymi informacjami z mapy (przydatność wg. kolejności wymieniania), udałyśmy się drogą przez las. Wprawdzie szlaku nie znalazłyśmy, ale spotkałyśmy grzybiarza, który najwyraźniej znał każde drzewo w okolicy. Zaprowadził nas do pensjonatu przy szosie (!), przy którym wreszcie był szlak. Żółtego szlaku do Stojkite tylko Bułgarom pozazdrościć - piękne nowiusieńkie metalowe tabliczki nie poddadzą się łatwo złej pogodzie. Cóż z tego, kiedy droga jest pięknie oznaczona w miejscach nie budzących wątpliwości, a na rozstajach trzeba wypatrywać tabliczek. Bułgarzy najwyraźniej nie mają też zwyczaju oznaczać punktów na trasie - ani szczytów ani przełęczy. Do Stojkite dotarłyśmy z lekkim opóźnieniem, za to z cenną wiedzą na temat okolicznych rozstajów dróg. Schodząc do wioski mogłyśmy podziwiać bujne i kolorowe łąki pełne motyli - prawdziwy raj dla entomologa i piekło dla alergika.

Stojkite - dość rozległą wioskę wciśniętą między wzgórza - przywitałyśmy dokładnie w miejscu gdzie znajduje się informacja turystyczna. Nic bardziej mylącego. Obsługa mało zorientowana, dająca niedwuznacznie znać, że jest właśnie czas sjesty poobiedniej płynnie przechodzącej w wieczorną. Po kilku minutach heroicznych wysiłków byłyśmy pewne - przydatność turystyczna tego punktu ograniczała się do posiadania 2 map Rodopów i to niezbyt aktualnych. Nie udało nam się ustalić gdzie znajdziemy czerwony szlak, który grzbietem miał nas doprowadzić do Szirokiej Łyki. A autobus owszem jeździ na tej trasie - następny za kilka godzin, albo następnego dnia. W momencie, kiedy rozważałyśmy wędrówkę na żywioł przez góry (bo nie będziemy lazły po szosie kolejne 6 km!), podjechał nieoczekiwanie autobus..... do Szirokiej Łyki. Trudno nie skorzystać z takiej okazji. Zwinęłyśmy manatki w pół sekundy i zanim ochłonęłyśmy - już jechałyśmy. Razem z nami podróżował sympatyczny turysta wraz z rowerem. Po szybkiej wymianie kilku gestów dowiedziałyśmy się, że jest głuchoniemym Włochem z Mediolanu, który przejechał Rodopy rowerem. Był bardzo zasmucony, że nasza znajomość trwała tylko 5 minut.

Sziroka Łyka nie zaskoczyła nas. Już w drodze do Smoljanu (trasa z Devinu przechodzi właśnie przez Sziroką Łykę) widziałyśmy, że wioska jest inna niż wszystkie dotychczas spotkane w Rodopach. Wciśnięta między wzgórza i trochę mroczna. Pięknie odrestaurowane XIX wieczne domy (oczywiście w stylu bułgarskiego odrodzenia narodowego) wspinają się po stromych stokach. Nie ma tu meczetu, jest za to urocza cerkiew z nieco zaniedbaną wieżą, kilka małych starych kapliczek i 3 rzymskie mosty. Trudno stwierdzić czy nazwa "rzymskie" odnosi się do kształtu czy do wieku. W każdym razie warto je zobaczyć. Niestety ceny kwater również potwierdzają wyjątkowość miejsca - 15 lv od osoby. Na to nie przystałyśmy. Szczęśliwie 3 kobiety z plecakami w tych okolicach zawsze budzą życzliwe zainteresowanie miejscowej społeczności. Po kliku minutach lokowałyśmy się już u samotnej staruszki, która potraktowała nas jak dar z niebios. Raczej nie chodziło o pieniądze (8 lv od osoby), ile o towarzystwo. Mimo bariery językowej opowiedziała nam smutną historię swojego życia. Zajęła się nami z wielką troską i serdecznością. Postanowiłyśmy zostać dwie noce w tym gościnnym domu. W słuszności decyzji utwierdził nas pies sąsiadów, który zawsze na nas wiernie czekał.

15 lipca 2006 - sobota
Gela - szlak w kierunku schroniska Perelik - schronisko Lednicata - Sziroka Łyka

Sziroka Łyka jest reklamowana w przewodnikach jako świetna baza wypadowa w góry. Wychodzi stąd aż 8 szlaków. Tym razem jesteśmy skazane na sukces! Poranek przywitał nas błękitnym niebem. Stęsknione prawdziwej górskiej wycieczki przygotowałyśmy trasę tak, aby trochę się zmęczyć, ale też mieć frajdę z widoków. Dobrego nastroju nie zmąciła też myśl, że pierwsze 6 km do Geli trzeba pokonać asfaltem. I słusznie, bo po 2 km złapałyśmy stopa. Kierowca wydawał się wiedzieć, którędy biegną okoliczne szlaki. Nie mógł sobie jednak przypomnieć żółtego. Ale nic to - przecież jest na mapie i był zaznaczony na tablicy informacyjnej we wsi. Wysadził nas na końcu Geli, gdzie wg. mapy powinna startować żółta "markirowka". Szlaku jednak nie było. Były za to tajemnicze drogowskazy do fortu Turłata (dla odmiany nieobecnego na mapie) - znaczy przejście będzie. I tak wędrowałyśmy dobrą godzinę, aż droga się skończyła. Nie pozostało nic innego jak przedrzeć się przez świerkowy las i mokre łąki do drogi, która trawersuje stok. Tam wg. mapy powinnyśmy znaleźć kolejny szlak - tym razem czerwony. Wspinanie przez krzaki okazało się dość męczące, ale zakończone sukcesem. Trawers się znalazł. Niestety dziwnie szedł w dół. I kiedy już prawie się poddałyśmy, na drodze pojawił się tajemniczy geodeta dysponujący dokładną mapą i niezłą angielszczyzną. Dokładnie poinstruowane ruszyłyśmy na poszukiwanie czerwonego szlaku. Przy małych wodospadach zignorowałyśmy instrukcje geodety i poszłyśmy w kierunku, z którego szli pierwsi turyści, jakich spotkałyśmy w tych górach. Intuicja nas nie zawiodła - ścieżka prowadziła do małej kapliczki na polanie, tuż pod grzbietem, którym właśnie schodził czerwony szlak. Droga prowadziła w okolice najwyższego szczytu Rodopów - Goliam Perelik (2191 mnpm). Patrząc na zalesione góry, z rzadka tylko ozdobione skałkami, trudno uwierzyć, że okoliczne szczyty to dwutysięczniki. Niestety nie miałyśmy już czasu powędrować na szczyt. Trzymając się (kurczowo) czerwonego szlaku i ignorując zachęcające szerokie drogi, w ciągu godziny dotarłyśmy szczęśliwie do schroniska Lednicata, które już od dłuższego czasu było widać w prześwitach między świerkami. Trzeba przyznać, że szlak grzbietowy jest bardzo porządny. Piękne nowe tabliczki widać już z daleka. Czasem tylko trzeba uważać na rozstajach.

Schronisko ziało pustką. Byłyśmy jedynymi turyst(k)ami, nikt nie nocował. Zastanawiające, co się stało z tymi ludźmi gór, którzy musieli tu bywać w latach 70-tych? Po krótkim odpoczynku i nasyceniu oczu widokami z grzbietu, ruszyłyśmy zielonym szlakiem do Szirokiej Łyki. Trasa prowadzi przez pola i łąki. Pierwsza część trasy jest bardzo widokowa. W oddali majaczą zamglone, lekko łagodne grzbiety północnych pasm Rodopów. Na stokach rozrzucone są czeszmy z zimną pyszną wodą. Bułgarzy mają miły zwyczaj budowania ujęć wody w miejscach odległych od osiedli. Każda czeszma upamiętnia kogoś. Każda opowiada czyjąś historię. I tak mąż prosi o modlitwę za duszę niedawno zmarłej żony, syn prosi o wspomnienie ojca. Gdzieniegdzie bieleje mała kapliczka lub cerkiewka. Czasem można spotkać mały cmentarz lub rozsypana na grzbiecie osadę. W wędrówce towarzysz staruszek z mułem objuczonym drewnem. Wokół kolorowe łąki pełne motyli, a cisze burzy tylko czasem skrzek jakiegoś latającego drapieżnika. Sielanka trwa do granicy lasu. Potem nagle pięknie oznakowany szlak ginie gdzieś między drzewami i trzeba na złamanie karku złazić po stromym zboczu pomiędzy drapiącymi drzewami i pokrzywami. Szlak radośnie objawia się znów na szosie, tuż przed samą Sziroka Łyką. Widać takie nasze przeznaczenie - dzień bez błądzenia to dzień stracony. Naczelny lekarz wyprawy (Ela) zapewniał, że na starość podziękujemy rodopskim pokrzywom za darmową terapie przeciwreumatyczną.

16 lipca 2006 - niedziela
Sziroka Łyka - Zabyrdo

Wciąż miałyśmy niedosyt prawdziwych wiosek pomackich. Dlatego po ostatnim spacerze po uroczej Szirokiej Łyce wybrałyśmy się do Zabyrda, reklamowanego przez przewodnik Bezdroża jako jedna z niewielu pozostałych jeszcze wiosek, w których mieszkają Pomacy.

Z Szirokiej Łyki do Zabyrda można dojść dwoma drogami: szlakiem zielono-żółtym lub niebieskim. Oba spotykają się w schronisku Izgrew. Nie udało nam się znaleźć we wsi zielonego szlaku, więc po krótkich konsultacjach z tubylcami wybrałyśmy drogę przez Kukuwicę. Trasa łącząca obie wioski nie jest zbyt widokowa, trzeba się wspinać mozolnie trawersem by po 2 godzinach wyjść na polany Kukuwicy. Potem drogą przez las dochodzi się po kolejnej 1,5 godz. do schroniska (szlak najpierw niebieski, potem czerwony, dalej żóło-zielony szlak z Szirokiej Łyki). W Izgrewie po raz pierwszy spotkałyśmy turystów z plecakami. A pan za barem był przynajmniej częściowo człowiekiem gór - przyznał się, że chodził po polskich Tatrach. Druga część trasy (żółty szlak) na mapie prosty, w terenie przebiega w sposób zagadkowy. Nawet pan ze schroniska nie polecał nam tej drogi. Innej jednak do Zabyrda nie ma. Bardzo szybko przestałyśmy wierzyć znaczkom i zmuszone byłyśmy orientować się przy pomocy słońca. Nasze zejście do wsi z pewnością nie było najkrótszą drogą, za to bardzo malowniczą, z widokiem na pionową ścianę góry Kamyka, wznoszącą się nad Zabyrdem. Góra była dla nas jedynym drogowskazem. Szkoda, że mozaikę pól i łąk przyszło nam podziwiać tuż przed zmrokiem. Wrażenia estetyczne były niewątpliwie osłabiane wzrastającą z każdym krokiem ilością łajna pochodzenia różnego. Zadziwiające, zważywszy, że w okolicy nie widać było nawet niewielkiego stada owiec, krów czy świń, a z rzadka tylko pojawiały się pojedyncze konie i osły. Jedno było pewne: "shit was all around us", natomiast Zabyrdo nadal było w zasięgu słuchu. Po godzinie marszu, utytłane po kolana dotarłyśmy wreszcie do wioski. Przy pierwszej czeszmie z uporem maniaków wyskubywałyśmy niepożądaną zawartość wibramów. Cała ta operacja - jak się wkrótce okazało - była całkowicie pozbawiona sensu, ponieważ wszystkie drogi we wsi zachowywały "gówniany" standard naszej ścieżki.

Jednym z najokazalszych budynków we wsi jest hotel turystyczny. Nazwa ta jest dana nieco na wyrost. Owszem są tam pokoje z łóżkami, ale każdy, kogo pytałyśmy o nocleg wyrażał bezgraniczne zdumienie naszą gotowością spędzenia tam nocy. Problem w tym, że w Zabyrdzie nie ma kwater prywatnych. Dziwne to, bo wieś jest podobnej wielkości jak Sziroka Łyka (znakomicie przygotowana do przyjęcia turystów), a Zabyrdo dodatkowo znajduje się blisko jednej z największych atrakcji Rodopów jakim jest rezerwat Czudnite Mostowe. Najwyraźniej mieszkańcy stawiają bardziej na hodowlę świń. Chlewy ciągną się wzdłuż rzeki przy głównej drodze. Hotel w Zabyrdzie to najpaskudniejsze miejsce jakie nam się trafiło podczas tego wyjazdu - bród, smród i wszystko co najgorsze. Już samo przejście przez bar przyprawia o dreszcze. Zasłona z dymu połączona ze smrodem z zapchanego kibla. Bar okupują wyrośnięte nastolatki. W pokoju (5 lv od osoby) czekają gościa dodatkowe atrakcje. Wystarczy zajrzeć do szafy, żeby znaleźć tam kurtkę...cudzy bagaż. Dziwne? Wcale nie - szafa zamiast pleców ma drugie drzwi otwierane z sąsiedniego pokoju! I jaka oszczędność! Nie trzeba stawiać ścianki. Tego wieczoru nie odważyłyśmy się wyjść na kolację mimo zachęt miejscowych bywalców trzech - wyłącznie męskich - barów. W nocy spotkała nas dodatkowa frajda. Tuż pod oknami zatrzymał się autobus pełen robotników, którzy niezwłocznie przystąpili do rozróby.
No cóż - nie wiemy, na czym polega kultura Pomaków. Nie wiemy nawet czy tacy mieszkają w Zabyrdzie. A dla Bezdroży minus za opisywanie niezwiedzanych miejsc.

17 lipca 2006 - poniedziałek
Czudnite Mostowe - Baczkowo

Warunki w hotelu (mimo wyjątkowo wygodnych łóżek) wygnały nas z Zabyrda dość wcześnie. Żółtym szlakiem ruszyłyśmy w kierunku schroniska Czudnite Mostowe. ścieżka idzie pięknym trawersem pod pionowa ścianą Kamyka. Momentami lasem, czasem wśród ciepłolubnych krzewów. Po prostu rajsko. Miejscowi podróżni na osiołkach wolą korzystać ze szlaku mimo, że wygodna szosa idzie równolegle do niego. Trzeba uważać na znaczki i nie sugerować się większymi drogami. Niestety zgubiłyśmy szlak i zamiast dojść prosto do schroniska wyszłyśmy na szosę, którą trzeba było drałować jeszcze ok 4 km pod górę.

Schronisko też lata świetności ma już za sobą. W okolicy porozrzucane są domki kempingowe, w połowie lipca kompletnie puste. Sam rezerwat jest dość popularny. Co chwila przyjeżdżają tu samochody z Plowdiwu, Czepełare czy Smoljanu. Parking jest tuż przy Czudnych Mostowych. Zjawiska krasowe "Czudnite Mostowe" to dwa piękne naturalne mosty wyrzeźbione przez rzekę Dyłbokoto Dere w jasnoszarych marmurach. Jeden z nich ma prawie 100 m długości i rozciąga się nad 45 metrową przepaścią. Łuk jest bardzo regularny. Obok znajdują się dwa mniejsze "oczka". Drugi most ma 60 m i kształt ucha igielnego. W okolicy znajduje się jaskinia Ledenata Pesztera, gdzie lód utrzymuje się do późnego lata. Za mostem woda znika w ponorze i wypływa znów 1,5 km dalej. Okolica jest rzeczywiście jedyna w swoim rodzaju i po prostu "Czudna". Kierownik schroniska jest świetnym kucharzem. Nakarmił nas pyszną sałatką i zupą fasolową palce lizać. Co chwila namawiał na nocleg kusząc gulaszem z cukini, który właśnie szykował na kolację dla...robotników. Oparłyśmy się pokusie robotników i ruszyłyśmy dalej.... asfaltem (innej możliwości niestety nie ma) w kierunku szosy łączącej Smoljan z Asenowgradem. Dość szybko zatrzymali się mili młodzi ludzie, którzy podwieźli nas aż do głównej szosy. Tam złapałyśmy autobus w stronę Baczkowa (na tej trasie jest dużo autobusów) i już wczesnym wieczorem wylądowałyśmy u stóp Baczkowskiego Monastyru.

Przy samym przystanku można podziwiać ciekawą restaurację. Stoliki sąsiadują ze spadającym z kilkudziesięciu metrów wodospadem. Do klasztoru prowadzić 200 metrowy deptak cały oblepiony straganami z tandetą różnej maści - od ikon i wyrobów ikonopodobnych, przez miody, zioła, słodycze, bary z hot-dogami, stoiska z zabawkami, balonikami na drucikach i konikami bujanymi, aż po budki z efektownie rozwieszoną bielizną damską. Taki całoroczny odpust. I znów tajemnica - jak z tej działalności da się wyżyć skoro liczba straganów 10 krotnie przewyższa liczbę turystów, a tylko nieliczni decydują się coś kupić?

Nocleg można znaleźć w Baczkowie. My wybrałyśmy skromną celę w klasztorze (10 lv/os za pokój bez łazienki) z widokiem na cerkiew. Tu w odróżnieniu od Zabyrda noc była spokojna i bezpieczna tym bardziej, że na przeciwko naszego pokoju dyżurował policjant. Jego zadania są nam bliżej nieznane, oprócz obowiązku pilnowania by turyści nie robili zdjęć. Zakaz ten jest nagminnie łamany.

18 lipca 2006 - wtorek
Monastyr Baczkowski - Twierdza Asena - Asenowgrad

Monastyr Baczkowski zdecydowanie odizolował się od handlowej alei, która do niego prowadzi. Otoczony wysokimi murami jest pełen ciszy i powagi. Jest to drugi co do wielkości i ważności klasztor bułgarski (po Rilskim). Założony w XI wieku przez Gruzina, początkowo przeznaczony był wyłącznie dla mnichów gruzińskich. Stopniowo jednak otwierał się na mnichów bułgarskich, którzy wreszcie zaczęli dominować. Klasztor słynie z cudownego obrazu Matki Boskiej z dzieciątkiem Jezus przeniesionego w 1310 r. z jednego z gruzińskich monasterów. Kopię obrazu podarowano Janowi Pawłowi II podczas jego pielgrzymki do Bułgarii w 2002 r. Niestety klasztor został zniszczony przez Turków w XV i XVI wieku. Z pierwotnych zabudowań ocalała tylko XI-wieczna cerkiew-ossuarium św.św. Archaniołów. Dziś znajduje się poza murami klasztornymi. Ossuarium można zwiedzać tylko z przewodnikiem, który za tę usługę życzy sobie dość słono - 30 lv od grupy 5-osobowej. Wewnątrz zachowały się niezwykłe freski malowane przez artystę gruzińskiego. Sam klasztor składa się z dwóch dziedzińców. Na głównym stoi cerkiew św. Bogurodzicy otoczona przyjemnym ogródkiem ze słonecznikami i wałęsającą się, zagubioną nieco, owieczką. Wnętrze cerkwi wypełnione jest modlitwą i śpiewem mnichów. ściany pokrywają XVII -wieczne freski przyczernione tłustym dymem ze świec. Do głównej cerkwi przylepiona jest mniejsza kapliczka św. Michała Archanioła, do której trzeba się wdrapać po schodkach. Nie jest jednak udostępniona do zwiedzania. Podcienie pokryte są freskami autorstwa Zacharego Zografa, najsłynniejszego malarza odrodzeniowego. Na sąsiednim dziedzińcu wznosi się cerkiew św. Mikołaja. Z zewnątrz pomalowana przez Zacharego Zografa, który umieścił na niej swój portret. Niestety w tej chwili nie da się do niej wejść. Zabudowania klasztorne są akurat remontowane.

Jednym z najcenniejszych zabytków klasztoru jest refektarz, do którego można wejść wyłącznie z przewodnikiem, który znów pobiera za to słoną opłatę. Wnętrze całe wymalowane freskami robi duże wrażenie (m.in Drzewo Jessego). W refektarzu wciąż stoi kamienny średniowieczny stół i ławy, pamiętające jeszcze pierwszych mnichów.

Po obejrzeniu klasztoru warto się przejść na krótki spacer w górę rzeki Kłuwia do oddalonej o 20 min. małej cerkiewki. W porównaniu z klasztorem jest nowa (XIX wiek) i bardzo skromna, jednak obok znajduje się cudowne źródełko, a powyżej w skałach - eremy. Zmęczeni i/lub leniwi mogą spocząć na rozległej polanie z pięknym widokiem na otaczające ją wysokie góry o dziwacznych kształtach i różnych kolorach.

Z Baczkowskiego monastyru jest już tylko 7 km do Twierdzy Asena. Kursuje tam wiele autobusów, trzeba tylko poprosić kierowcę, żeby się zatrzymał przy drodze wspinającej się do ruin. Twierdzy nie da się przegapić, tym bardziej, że jest dobrze oznaczona.

Twierdza Asena jest przepięknie położona na wysokiej skale, na lewym brzegu rzeki Czepełarskiej. Wybudowano ją w XI-XII wieku po to, by broniła szlaku z Płowdiwu do Konstantynopola. W czasie wojen z Bizancjum pełniła ważną role strategiczną. Do dziś z twierdzy przetrwały tylko ruiny oznaczone bułgarską flagą. Poniżej ruin cudem zachowała się niemal bez uszczerbku piętrowa cerkiew św. Bogurodzicy Petriczkiej z XII wieku. Wewnątrz pozostały resztki oryginalnych fresków, starannie odnowione. Tuż nad ołtarzem mieszkają jaskółki.

Z twierdzy rozciąga się wspaniały widok na Asenowgrad (niestety nad regularną starą zabudową górują dymiące kominy) oraz na zielone strome wzgórza, na których co jakiś czas da się wypatrzyć białą kapliczkę. Według relacji opiekuna cerkwi wokół Asenowgradu jest około 60 cerkwi i kapliczek. Gdzieniegdzie można też wytropić wejście do kopalni. Gorąco polecamy to miejsce nawet leniwym turystom. Do samych ruin da się dojechać samochodem. Z twierdzy do Asenowgradu (3km) można wrócić - przynajmniej częściowo - ścieżką łączącą kilka małych kapliczek: św. Piotra, św Dymnitr, św Ilija. Warto do nich zajrzeć. Przy niektórych ustawione są wielkie stoły, jakby mieszkańcy Asenowgradu przychodzili tu na wspólne biesiady.

Asenowgrad jest niedużym miastem położonym 19 km na południe od Płowdiwu. Centrum jest całkiem przyjemne. Wiekowe kamieniczki toną w cieniu równie starych platanów. Sympatyczne kafejki zachęcają do wstąpienia, ale - uwaga - nie należy dać się zwieść - lody są równie landrynkowe jak te, których wcześniej próbowałyśmy. Z racji bliskiego położenia Asenowgrad jest dobrą bazą wypadową do zwiedzania Płowdiwu. Tutaj można znaleźć zdecydowanie tańszy nocleg. W tej chwili dostępne są hotele zróżnicowane pod względem standardu i ceny. Schronisko jest w remoncie. Kwatery prywatne nie są niestety oznaczone, ale czasem udaje się trafić na mieszkańca, który chce wynająć pokój swojego dziecka. Mimo atrakcyjnej ceny, nie zdecydowałyśmy się na ten wariant. Nie było też warto błąkać się po mieście, bo i tak najkorzystniejszy cenowo okazał się 3 gwiazdkowy hotel Asenovec - gigantyczny wieżowiec w samym centrum miasta (te gwiazdki zdecydowanie na wyrost). Za pokój 3-osobowy w części nie wyremontowanej zapłaciłyśmy 39 lv. Co prawda oświetlenie działało połowicznie, a woda nie była najcieplejsza, ale za to z okna 8 piętra miałyśmy fantastyczny widok na stara część miasta.

Na dworcu (pociągi o pełnej godzinie, 0,8 lv; autobusy co pół godziny) spotkałyśmy pana, który strasznie chciał nas zawieźć do hotelu. Widząc nasze wahanie zaczął nas przekonywać, że jest niegroźny. Zapewniał, że jest porządnym obywatelem, prowadzi legalny sklep z bronią palną, jeśli chcemy może nam pokazać, bo właśnie idzie go zamknąć. Nie kłamał. Ostatecznie okazał się naprawdę miły - nie dość, że zawiózł nas do hotelu to jeszcze zaopatrzył w świeże bułeczki.

19 lipca 2006 - środa
Płowdiw

Podróż do Płowdiwu trwa zaledwie 25 minut. Stacja kolejowa znajduje się w sąsiedztwie bardzo nowoczesnego i pachnącego czystością dworca autobusowego Rodopy (połączenia z miejscowościami w Rodopach). Niestety jakość obsługi nie przystaje do wyglądu dworca. W informacji z rzadka można spotkać kogokolwiek i nie należy liczyć, że ta osoba będzie władała jakimkolwiek językiem poza bułgarskim. Trzeba też uważać z zostawianiem bagażu w przechowalni. Dworzec jest zamykany między 21 a 5 rano, więc jeśli chce się podróżować w nocy lepiej bagaż zostawić w podobnych schowkach na dworcu kolejowym. Są może nieco starsze i brudniejsze, ale trzy 60-80 litrowe plecaki da się upchnąć.

Zbadanie możliwości przetransportowania się do Grecji zajęło nam sporo czasu i ostatecznie okazało się, że przewodniki mają rację - jedyne połączenie z Grecją to pociąg ruszający o 5:10 rano (bilety można kupić po drugiej stronie ulicy w biurze Riła). Warianty z przesiadkami nie przyspieszają podróży. Łapania stopa tym razem nie brałyśmy pod uwagę.

Biuro Riła pamięta jeszcze czasy świetności, kiedy Polacy tłumnie ściągali do Bułgarii. Tamte czasy z pewnością pamięta też obsługa, co - tym razem - okazało się bardzo przydatne. Panie z wielką chęcią zaangażowały się w rozwiązanie naszych problemów ciesząc się ogromnie z możliwości pogadania po rosyjsku.

Sam Plowdiw może zauroczyć. Mimo, że jest to duże miasto (drugie co do wielkości w Bułgarii) i wielki ośrodek przemysłowy, pierwsze wrażenie jest pozytywne. Spotkani po drodze Włosi podróżujący samochodem zniechęcali nas do Płowdiwu twierdząc, że jest to wielkie i brzydkie miasto, którego centrum nie sposób znaleźć. My do centrum dojechałyśmy pociągiem. Nawet okolice dworca kolejowego nie wyglądają źle. Trzeba tylko minąć hałaśliwy bazar i zaraz wchodzi się w piękne platanowe aleje, w których ukryte są prawdziwe perełki architektury - wille z przełomu XIX i XX wieku. Wprawdzie wymagają remontu, ale widać, że pod odpadającym tynkiem kryje się "potencjał". Zaskoczyło nas, że nawet nowe "plomby" robione są w podobnym stylu. I tak dość nieciekawy mały blok nie razi tak bardzo, ponieważ ktoś pomyślał, żeby balkony zrobić w stylu i kolorze nawiązującym do sąsiedniej willi. Mały wysiłek i koszt, a efekt znakomity. Pozytywne doznania estetyczne przytłumia nieco widok placu Centralen. Tu romantyczne domy ustępują miejsca gigantycznym nowoczesnym hotelom i ogromnemu gmachowi poczty. Całość wygląda jakby ktoś zburzył kawał starego miasta po to, aby socjalistyczna architektura mogła zatriumfować (nie mamy pewności, za jakiego okresu są budynki, takie było nasze skojarzenie). Sama poczta szokuje jeszcze bardziej - w żadnym europejskim mieście nie widziałyśmy poczty (cóż, że głównej) wielkości sporego centrum handlowego. Trzeba pokonać długie, puste korytarze i równie bezludne i gigantyczne hole, żeby trafić do maleńkiego pomieszczenia, gdzie sprzedają znaczki. Ogromnych rozmiarów plac jest prawdziwą patelnią, więc tylko nieliczni, którym białko nie zdążyło się ściąć, są w stanie dotrzeć do ukrytych na tyłach poczty, nieśmiało przycupniętych ruin rzymskiego Forum.

P

łowdiw jest miastem niezwykłym, którego początki datują się na pierwsze tysiąclecie p.n.e. W ciągu tak długiego czasu przez atrakcyjne 7 wzgórz przetoczyły się różne ludy: od Traków przez Greków (a właściwie Macedończyków - Filip II), Celtów, Rzymian, Gotów, mieszkańców Bizancjum (dwukrotnie), Hunów, Słowian. Bułgarów, Turków aż po Rosjan, którzy ostatecznie zwrócili miasto Bułgarom. Wszystkie te ludy budowały jakiś kawałek miasta, niektórzy z kolei zadowalali się zniszczeniem i złupieniem. Niemniej jednak efekt jest taki, że w mieście w lepszym lub gorszym stanie zachowało się sporo zabytków rzymskich (często wybudowanych na fundamentach trackich), tureckich i bułgarskich. Symbolicznym punktem miasta, w którym spotyka się historia materialna różnych epok jest plac Dżumaja. Nad placem górują: pomnik Filipa II dzierżącego w dłoni 3 wzgórza (Płowdiw nazywany był przez Rzymian Trimontium, choć w rzeczywistości położony jest na 7 wzgórzach, z czego 3 są najwyraźniejsze) oraz minaret ogromnego meczetu Dżumaj Dżamija (obecnie w remoncie, często jednak otwarty, można go zwiedzić bezpłatnie). Filip II stoi na kolumnie, która graniczy z pozostałościami rzymskiego stadionu. Na jego schodach zbudowano kafejkę internetową! Najlepszy dowód jak bardzo antyki spowszedniały Bułgarom. Wokół gwiaździście odchodzą ulice, wzdłuż których ciągną się częściowo odremontowane piękne, wysokie kamienice z XVIII-XIX wieku. Na głównym deptaku Kniaź Aleksandr można się zaopatrzyć w luksusowe dobra w jednym z eleganckich domów towarowych, które kusza wszelkimi znanymi w świecie markami. I tylko czasem pewien zgrzyt wywołuje widok płaskorzeźb w stylu socreal albo nachalna, mało wyrafinowana reklama popularnej wódki Flirt. Rozczulają za to nazwy znanych międzynarodowych banków czy sieci restauracji pisane cyrylicą. W Płowdiwie jest wiele miejsc, które warto zobaczyć. Jeden dzień na pewno nie wystarczy. Nam udało się zobaczyć imponujący i świetnie zachowany amfiteatr rzymski, którego dwa rzędy kolumn górują nad miastem. Dzisiejsi widzowie oprócz uczty intelektualnej mają dodatkowa ucztę estetyczną w postaci widoku na stare miasto. Piękne widoki można podziwiać z każdego wzgórza. Warto się wybrać na krótki spacer na Nebet Tepe (Wzgórze Modlitwy), najstarszy tracki punkt miasta. Tutaj zachowały się fragmenty fortyfikacji zbudowanych przez Rzymian, umocnionych przez Greków i Turków. Z góry widać jak na dłoni całe miasto i zamglony zarys Rodopów. Nic to, że na horyzoncie na lewym brzegu rzeki Marcicy widać charakterystyczne mrówkowce i dymiące kominy. Po południowej stronie rozciąga się i wspina na sąsiednie wzgórza (z mało gustownymi wieżami przekaźnikowymi lub pomnikami) wspaniała starówka. Gdzieniegdzie widać kopuły cerkwi lub cienkie minarety, a czasem okrągłe dachy nieczynnych od dawna łaźni tureckich czy kolumny jakiejś rzymskiej budowli. Czerwone dachy poprzetykane są zielonymi koronami platanów. Mając tylko jeden dzień warto się trochę powłóczyć po starówce, która swój charakter zawdzięcza przede wszystkim bułgarskiemu odrodzeniu narodowemu. Urocze kolorowe domy otoczone murami, z wystającymi pięterkami i bajecznie kolorowymi oknami o drewnianych okiennicach powodują, że można się zagubić nieco w czasie. Wiele z tych domów należało do majętnych rodzin, a dziś są udostępnione do zwiedzania. Zdecydowanie warto tam zajrzeć. My zwiedziłyśmy muzeum etnograficzne (5 lv, studenci 1 lv), które prezentuje ciekawą ekspozycję starych strojów i narzędzi tradycyjnego rzemiosła (tkactwo, produkcja tytoniu, wina, sera). Sam budynek to stary przestronny i pięknie ozdobiony dom, w którym zachowało się sporo wyposażenia. Zwiedzałyśmy go w towarzystwie wycieczki z Izraela. Jednym z gości okazał się Żyd z Łodzi, który w latach 50-tych, zaraz po studiach medycznych, wyjechał do Izraela. Bardzo dobrze wspominał Polskę, ale chwalił sobie też nową ojczyznę, gdzie podobno żyje się bardzo dobrze i dostatnio, jeśli nie liczyć zagrożenia wojną.

Ciekawe jest też muzeum ikon. Jest nieduże, ale ma całkiem pokaźny zbiór dzieł Zacharego Zografa, jednego z najsłynniejszych pisarzy ikon okresu odrodzenia narodowego.

Z obiektów sakralnych warto zwiedzić małą cerkiew św.św. Konstantyna i Eleny. Choć obecny kształt zyskała dopiero w XIX wieku jednak pierwsza świątynia w tym miejscu powstała już w 337 r. Można tu obejrzeć piękny złocony ikonostas i kolekcję ikon.

Całodzienny spacer po Płowdiwie zakończyłyśmy w popularnej restauracji "Happy". To taki odpowiednik naszego Sphinksa tyle, że jest tam większy wybór dań. Z czystym sercem możemy ją polecić. Ceny przystępne, a jakość nie budząca wątpliwości.

Nocna, może niezbyt rozsądna, wędrówka po uśpionych uliczkach Płowdiwu utwierdziła nas w przekonaniu, że jest to miasto z charakterem i warto mu poświęcić więcej czasu.

20 lipca 2006 - czwartek
podróż do Aleksandrupolis

Noc na płowdiwskim bruku nieco nam się dłużyła. Dobrze, że właściciele kafejek nie zabierają na noc stolików i krzeseł (!), bo przynajmniej można było ulżyć zmęczonym nogom.

O 5:10 wsiadłyśmy w pociąg, na widok, którego z lekka opadła nam szczęka - piękne nowiusieńkie siedzenia lotnicze, klimatyzacja, kibelek jak marzenie i kontrolujący wszystko konduktor. W takich warunkach bez obaw można było się oddać w objęcia Morfeusza. Przed granicą czekała nas przesiadka w Swilengradzie. Miasteczko na mapie prezentuje się całkiem pokaźnie. Z perspektywy dworca przypomina raczej nasz Tłuszcz. Jak na miasto nadgranicznie zadziwiająco ospały, wymiana handlowa zredukowana niemal do zera. Dziwne, bo to jedno z dwóch przejść z Grecją. Nawet nasi towarzysze podróży wyglądali jakby jechali do rodziny, która przypadkiem mieszka po drugiej stronie granicy. Jedynym miejscem gdzie można spędzić czas w oczekiwaniu na połączenie jest mały barek o dumnej nazwie "Orient Express". Po dwóch godzinach przyjechał kolejny pociąg, prawie tak samo ekskluzywny. Jakież było nasze rozczarowanie, kiedy okazało się, że przewiózł nas tylko na grecką stronę, a tam znów kazano nam czekać. Tyle, że tym razem mimo poszukiwania informacji nie udało się ustalić jak długo...po prostu Grecja. Z rezygnacją pokornie czekałyśmy wraz z garstką podróżnych, którzy zaczęli tworzyć małe grupki. Atmosfera stała się nieco bardziej rodzinna: wymiana papierosów, jedzenia, pytania skąd i dokąd. Całkiem fajnie. Po ponad 2 godzinach zamiast pociągu przyjechały dwa autobusy. Panowało niezłe zamieszanie zanim udało się ustalić kto dokąd jedzie. Szczęśliwie koordynacją działań zajmował się konduktor, więc sytuację dało się opanować. I tak mit o jednym, wygodnym pociągu między Płowdiwem a Aleksandrupolis runął. Wreszcie zrozumiałyśmy, dlaczego podróż do Grecji trwa aż tyle czasu - prawie 5 godzin oczekiwania. Nadal jednak nie rozumiemy, dlaczego autobus nie mógł czekać wcześniej na podróżnych.

Około 16 wylądowałyśmy w hałaśliwym Aleksandrupolis z zamiarem przedostania się promem na Samotrakę jeszcze tego samego dnia. Niestety okazało się, że informacje, które uzyskałyśmy w Salonikach na temat promów były nie do końca ścisłe. Ostatni odpłynął o 15, a kolejny będzie dopiero o 10 następnego dnia. I tak szczęśliwie, bo poza sezonem promy kursują tylko kilka razy w tygodniu, w lipcu i sierpniu 2-3 razy dziennie. Szkoda, że każdego dnia inaczej. Trochę nas dobiła perspektywa spędzenia nocy w tym dusznym i ruchliwym portowym mieście. Niby nie jest to metropolia, ale jednak największe miasto w okolicy i jednocześnie brama do Turcji. Zbudowano je pod koniec XIX wieku wg. projektu rosyjskich architektów. Jak każde miasto greckie (przynajmniej w Tracji) sprawia wrażenie lekko chaotycznego, jakby tymczasowego.

Zameldowałyśmy się w małym rodzinnym hotelu tuż przy samym porcie (13 EUR od osoby, pokój bez łazienki) i ruszyłyśmy do portu i na plażę. Aleksandrupolis raczej nie jest najlepszym miejscem na romantyczne spacery po molo. Oprócz małej kapliczki, która stoi tuż przy plaży nie ma tu nic ciekawego. Molo jest wybetonowane, a plaża kamienista i brudna. Widziałyśmy jedną osobę kąpiącą się w morzu, ale człowiek ten wyglądał na zdeterminowanego cudzoziemca. W oddali widać było zamglony kontur oddalonej o 50 km Samotraki. Wyglądała zachęcająco, ale trudno było uwierzyć, że jej najwyższy szczyt Fengari ma aż 1611 mnpm. W tym czasie do brzegu dobił ogromny prom z Samotraki - ten sam, który miał nas zabrać na wyspę następnego dnia.

Poszukiwanie miejsca na kolację tylko z pozoru jest łatwe. Po zmroku główną ulicę zamykają i na chodniki wystawia się stoliki. Restauracji i barów nie da się zliczyć, ale zaglądając do menu jakoś trudno było znaleźć coś zachęcającego. Wreszcie zdecydowałyśmy się na rodzinny bar gdzie podawali faszerowane papryki i musakę oraz spory talerz sardynek. Zatęskniłyśmy za bułgarska sałatką szopską.

21 lipca 2006 - piątek
Samotraka - Sanktuarium Wielkich Bogów - wodospady Fonias

Szkoda, że pierwszy prom jest dopiero o 10 rano. Podróż trwa 2,5 godziny, choć wyspa wydaję się nieodległa. Osobom o delikatnych żołądkach odradzamy zajmowanie wygodnych miejsc w salonie. Wprawdzie na pokładzie silny wiatr urywa głowę przez większą część podróży, ale tylko tam da się w miarę uniknąć dymu papierosowego. Prawie wszyscy Grecy, podobnie jak Bułgarzy, palą ogromne ilości koszmarnie śmierdzących papierosów. Znaczące pochrząkiwanie nie robi na nich wrażenia - ci, co nie palą to dziwolągi, a dla takich nie ma litości.

W miarę zbliżania się Samotraka nabiera kolorów. Port Kamariotissa z daleka wygląda na maleńki. Przybicie promu do brzegu jest wielkim wydarzeniem. Taki prom przywozi prawdopodobnie więcej ludzi niż mieszka w miasteczku. Podobnie jak w Aleksandrupolis, turystę szukającego ciszy i spokoju w nerwicę wpędzają wszechobecne skutery. Co chwila trzeba uskakiwać spod kół.

Uprzedzono nas, że bilety powrotne rozchodzą się jak świeże bułeczki, więc szybko udałyśmy się do punktu sprzedaży. Tu kolejne rozczarowanie - w niedzielę można wrócić tylko do Aleksandrupolis, a nie do Kawali (w połowie drogi między Aleksandrupolis a Salonikami). Promy do Kawali kursują tylko raz w tygodniu. W Grecji nie ma niestety centralnej informacji o promach, a agencje sprzedające bilety często nie wiedzą o rejsach innych firm. Czasem też - jak się okazało - mają błędne informacje.

Szybko opuściłyśmy gwarny port i ruszyłyśmy nadmorską szosą w kierunku miejscowości Therma (Loutra). Tam miałyśmy nadzieję znaleźć nocleg. W czasie kupowania biletów (8 EUR) zwiał nam autobus, a następny miał być dopiero za 2,5 godziny, więc znów postanowiłyśmy zdać się na łaskę miejscowych kierowców. Niestety Grecja to nie Bułgaria, a kierowcami na wyspach są w większości turyści. Taki turysta nie po to wynajął samochód, żeby wozić mniej przezornych. Po 2 km szczęśliwie zlitował się nad nami młody tubylec i podwiózł nas do oddalonej o 6 km od portu wioski Paleopoli, obok której znajdują się ruiny Sanktuarium Wielkich Bogów.

Od czasów prehelleńskich do początku okresu bizantyjskiego odbywały się tutaj misteria i uroczystości ofiarne. Samotraka była w tym okresie duchowym centrum północnej części Morza Egejskiego. Ruiny (i rekonstrukcje) są bardzo rozległe i dobrze opisane po grecku i angielsku. Można tu spacerować przez kilka godzin. Najbardziej okazały i efektowny z całego kompleksu jest hieron z IV w.p.n.e. Zrekonstruowano 5 kolumn i kamienne schody. Większość cennych znalezisk można obejrzeć w pobliskim muzeum (3 EUR - wspólny bilet z ruinami i z muzeum w Chórze). Jest tu sporo ceramiki, fragmenty budowli (m.in. piękny i dobrze zachowany fryz z bramy wejściowej przedstawiający tańczące dziewczęta), a także kopia słynnej Nike z Samotraki. Rzeźba była zwieńczeniem marmurowej fontanny w kształcie okrętu. Oryginał Nike został wywieziony do Francji w połowie XIX wieku. Francuzi byli na tyle szlachetni, że 100 lat później przesłali Grekom kopię. Sanktuarium jest imponująco duże pięknie położone. Antyczne ruiny są obrośnięte wiekowymi oliwkami, wśród których przechadzają się niczego nieświadome kozy. Ze wzgórza widać piękne szafirowo-granatowe morze i basztę - fragment średniowiecznych murów obronnych, wybudowanych z antycznych kamieni.

Droga wzdłuż wietrznego wybrzeża po 6 km doprowadza do miejscowości Therma, znanej z ciepłych źródeł. Wczasowicze składają się głównie ze staruszków oraz młodzieży w stylu hipisowskim, która urzęduje na pobliskim kempingu (kolejny jest 3 km dalej na wschód). Wioska jest rozrzucona na dużej powierzchni, każdy dom ma wielki ogród, więc nikt nikomu nie zakłóca spokoju. Atmosfera tak odmienna od innych greckich miasteczek z ciasnymi i dusznymi ulicami oraz wszechobecna tandetną muzyką. Nawet w sezonie nietrudno tu znaleźć nocleg za 10 EUR od osoby (własna łazienka i dostęp do wyposażonej kuchni). Polacy rzadko tu goszczą, pewnie dlatego wszyscy brali nas za Niemki. Skąd to przypuszczenie skoro żadna z nas nawet słowa nie bąknęła w języku niemieckim?

Wieczorem wybrałyśmy się do oddalonych o 6 km wodospadów na przylądku Fonias. Jest to ostatni punkt, do którego dojeżdża większość autobusów, tylko dwa dziennie jadą jeszcze dalej - do Kipos. Niestety nawet te, które są w rozkładzie nie zawsze tu dojeżdżają. Od przystanku do wodospadów trzeba iść ok 45 minut w górę rzeki po ścieżce z marmurowych otoczaków. Nad wartkim strumieniem rosną wiekowe platany i dęby ostrolistne o dziwacznych kształtach. Na końcu dyskretnie znakowanego szlaku dochodzi się do ściany, z której do dwóch sadzawek z hukiem spada woda w formie efektownego wodospadu. Tablica na drzewie informuje, że dalsza wspinaczka odbywa się na własną odpowiedzialność, a ku przestrodze przyczepiono zdjęcie wspinacza, który zginął tu 3 lata temu. Szkoda, że do wodospadów dotarłyśmy wieczorem, bo kąpiel w sadzawkach jest wielką frajdą. Po powrocie do szosy udałyśmy się jeszcze na sam przylądek Fonias, gdzie nad wodą wznosi się średniowieczna, zrujnowana wieża strażnicza. I wreszcie udało nam się obejrzeć zachód słońca nad morzem.

Spodziewany autobus nie przyjechał. A samochody o tej godzinie nie chciały brać gapowiczów, więc piechotą wróciłyśmy do domu kontemplując rozgwieżdżone niebo i przykryty lekką chmurką szczyt Fengarii - cel naszej wędrówki następnego dnia.

22 lipca 2006 - sobota
wspinaczka na Fengari

Fengarii to góra mityczna. Najwyższy szczyt północnej części morza Egejskiego (1611 m. n.p.m.). To stąd Posejdon oglądał oblężenie Troi. Możliwość obejrzenia całej wyspy z tej wysokości bardzo nas pociągała. Ambitny plan zakładał pobudkę jeszcze przed wschodem słońca, sprawne zdobycie szczytu od strony Thermy i łagodniejsze zejście do stolicy Samotraki - Chóry.

Z Thermy na Fengari prowadzi półlegalna ścieżka zaznaczona wyraźnie na mapie, za to mniej wyraźnie w terenie. Mimo w miarę szczegółowego opisu w rodzaju "za suchym drzewem w lewo", niełatwo było znaleźć miejsce, w którym szlak opuszcza wioskę. Gdyby nie to, że rzuciły się na nas miejscowe psy i na ratunek ruszyła nam dobrze poinformowana staruszka, nigdy byśmy nie wpadły na pomysł, żeby zejść z porządnej drogi i przedzierać się przez kłujące paprocie. Główną drogą poszli Czesi i błądzili jeszcze długo. Nad paprociami ścieżka wchodzi w krzaki o charakterze i właściwościach podobnych do kosówki (o wyglądzie zgoła innym). Tam ścieżka robi się zdecydowanie wyraźniejsza, a dodatkowo co jakiś czas oznaczona czerwonym maźnięciem farby na kamieniu. Trudno się zorientować czy te maźnięcia to szlak czy też komuś ulewała się farbą z puszki. Mimo wszystko trzymałyśmy się znaczków widząc, że generalnie kierunek mamy dobry. Czapa chmur nad masywem Fengari, wbrew oczekiwaniom, nie zmniejszała się wraz z podnoszeniem się słońca nad horyzontem. Po dwóch godzinach marszu weszłyśmy w stary, widny las dębowy. Drzewa przypominały grubaśne baobaby. Pomiędzy nimi brykały kozy najwyraźniej zdziwione naszą obecnością. Obrzucały nas spojrzeniem obojętnym z domieszką ironii i niedowierzania, po czym oddalały się galopem podzwaniając dzwoneczkami - unosząc ze sobą dźwięk dzwoneczka - jedynego dowodu na to, że zanim stały się kozicami górskimi były cywilizowanymi kozami. Stopniowo wchodziłyśmy w chmurę. Okolica zaczynała coraz bardziej przypominać krainę Narni, a cieniutka jeszcze warstwa chmur pozwalała zauważyć maleńkie kwadraty domów w Thermie i szafirowe morze. Po kolejnej godzinie spotkałyśmy dwie greckie dziewczyny zakutane w chustki niczym pasterki. śmiejąc się perliście zrelacjonowały nam pogodę na górze. Na szczyt da się wejść, tylko strasznie wieje i mgła coraz większa. Poprzedniego dnia bały się iść po zmroku, więc przenocowały gdzieś pod skałą.... Wyglądały dość nierealnie w sandałkach i cienkich spódnicach na tej wysokości i w warunkach prawdziwie wysokogórskich. Powyżej granicy lasu zaczęło już poważnie wiać, a kurtki miałyśmy kompletnie mokre od gęstej chmury. Czerwone maźnięcia coraz trudniej było znaleźć, ale na szczęście były kopczyki. Jakąś godzinę wspinałyśmy się po czymś na kształt śliskiego gołoborza wypatrując z nadzieją kolejnego kopczyka. Te okazały się złudne - być może prowadziły na szczyt, ale z pewnością nie "znakowanym" szlakiem, a raczej trasą dla ludzi żądnych mocniejszych emocji. Dość długo kluczyłyśmy w chmurze i kiedy znalazłyśmy wreszcie miejsce, przez które przechodził czerwony szlak, i z którego we wszystkie strony trzeba było zejść uznałyśmy, ze to szczyt Fengari. Niestety dowodu nie mamy, ponieważ żadnej tabliczki nie udało się zlokalizować. Zważywszy jednak na fakt, że również szlak jest partyzancki zakładamy, że takowej mogło nie być. W tych warunkach (wiatr zwiewał nas z przełęczy) uznałyśmy, że musimy zejść ta sama drogą. Pod szczytem Fengari miał dochodzić inny szlak, którym chciałyśmy zejść do Chóry, jednak wszystkie były oznakowane tak samo i istniało spore ryzyko, że nie trafimy na właściwy. Pomyłka oznaczała długie zejście na południe wyspy, w miejsce kompletnie bezludne, beż żadnej możliwości dotarcia do domu jeszcze tęgi samego dnia. Schodząc (lekko rozczarowane) spotkałyśmy Czechów, którzy wreszcie trafili na właściwą ścieżkę. Oni również, po krótkiej próbie z błądzeniem pomiędzy skałami we mgle, zarządzili odwrót. Z podziwem patrzyłyśmy na ich lekkie stroje i buty kompletnie nie przystosowane do prawdziwie ekstremalnych warunków, jakie tam panowały. W ciągu 4 godzin pokonałyśmy 1600 m w górę, więc temperatura drastycznie odbiegała od tej panującej w Thermie. Jak na ironię, ledwie zeszłyśmy do granicy lasu, chmury zaczęły się podnosić. Kiedy byłyśmy już blisko wioski nad szczytem błękitniało kompletnie czyste niebo. Uznałyśmy, że tym razem Posejdon wygrał, ale to nie koniec walki.... Na dole panował upał i sielankowy nastrój. W ciągu kilku godzin (samo wejście to ok 4-5 godzin porządnego marszu) można się przenieść w całkiem inny świat, tylko dzięki zmianie wysokości.

Wieczorek upłynął nam na spacerze kamienistą plażą i konsumowaniu 6 kg arbuza (najmniejszy z możliwych). Przypadkiem trafiłyśmy na lokalną imprezę. Na wielkiej polanie stało mnóstwo stolików. Goście (około 300 osób) spokojnie konsumowali jakieś mało wykwintne potrawy. Przyciągnęła nas fajna tradycyjna muzyka i ciepły niski głos wokalistki, która krążyła z mikrofonem wśród stolików. Udało nam się ustalić, ze trafiłyśmy na wesele! Nie tak sobie wyobrażałyśmy "wielkie greckie wesele". Fakt, gości było wielu, ale toastów zero, towarzystwo jakieś nieruchliwe i nawet nie było parkietu do tańców! Ale muzyka zdatna. Nadają się na folkowe granie w Czeremsze.

23 lipca 2006 - niedziela
Chóra i południowa część wyspy - powrót do Salonik

Nasz prom odpływał w południe. Rano postanowiłyśmy na pożegnanie z Thermą zobaczyć wodospadu Gria Vathra, których jednak nijak nie mogłyśmy znaleźć. Cóż, ważne, że był spacer wzdłuż pięknej doliny zasypanej wypolerowanymi przez wodę białymi głazami. Szkoda nam było dnia, więc w drodze do portu podjęłyśmy karkołomną decyzję, że popłyniemy promem o 20:00 (w perspektywie dwie noce w podróży i twarde ławki dworcowe). Szczęśliwie były jeszcze miejsca, a zamiana biletów przebiegła na tyle sprawnie, że zdążyłyśmy wskoczyć do autobusu do Chóry (Samotraki) -jedynego miasta-wioski, która nie leży nad morzem. Chóra mimo, że jest stolicą wyspy jest chyba najsympatyczniejszym miejscem. Pięknie położona na stoku góry, z uliczkami tak wąskimi, że ledwo skuter może nimi przejechać (a jeżdżą też autobusy), z białymi domami o kolorowych okiennicach, uroczymi balkonikami i wszystkim tym, co tworzy niepowtarzalny klimat greckich wysp. Są tu kafejki starej daty, w których bywają tylko miejscowi mężczyźni, a kelnerką jest starsza pani w czarnej sukni. Z Chóry można sobie zrobić kilka spacerów po okolicy. My wybrałyśmy drogę na południe, do maleńkiego klasztoru, który okazał się bardzo skromny w porównaniu z klasztorami bułgarskimi. Sama droga jest bardzo widokowa - w oddali żółcą się wyschnięte pola, plaża i kawałek portu, a na wzgórzach porozrzucane są białe kapliczki. Ta część wyspy jest dużo bardziej sucha niż północna, o czym można się łatwo przekonać schodząc z szosy na pobocze. Wszystko porośnięte jest kobiercem ostów i ostrych ziół (garig). Chodzenie po tym pachnącym i pięknym dywanie jest prawdziwą męką. Po tej stronie wyspy jest też baza wojskowa, a na każdym wzniesieniu widać jakieś obiekty obronne. Samotraka jest wyspą strategiczną, ostatnią na trasie do Turcji. ścieżki zaznaczone na mapie w terenie raczej nie istnieją. Coś, co przypomina drogę okazuje się ścieżką kozią. Mimo, że wszystko widać jak na dłoni łatwo wpakować się na teren ogrodzonego pastwiska, a kiedy raz się już wejdzie nie sposób stamtąd wyjść. W gąszczu ostrych krzaków najlepszą drogą okazało się koryto wyschniętej rzeki - woda widać musiała być tu całkiem niedawno, skoro nie wszystko jeszcze zarosło. Kozy znów na nas dziwnie patrzyły, trudno się im dziwić - normalni ludzie nie łażą w najgorętszej porze dnia i to jeszcze po kozich drogach. Gdzieś po drodze spotkałyśmy prawdziwego żywego żółwia. Z ulgą wróciłyśmy na szosę i do Chóry. Żałujemy, że zabrakło nam czasu na przejście się po uroczych uliczkach i zwiedzenie muzeum etnograficznego. Postanowiłyśmy zrekompensować sobie tę stratę kontemplując na promie prawdziwy cukierkowy zachód słońca. I tu miłe zaskoczenie. Ledwo słońce zaczęło przybierać intensywnie pomarańczowy kolor, a mewy przestały latać nad promem, z fal wyskoczyły 3 delfiny! Mamy na to świadków! Spektakl trwał dobre pół godziny. Wszyscy pasażerowie co chwila przerzucali się z jednej burty na drugą, by obserwować kolejne wyczyny sympatycznych ssaków. Zazdrościłyśmy posiadaczom kamer - przy tym świetle nie było szans zrobienia dobrego zdjęcia. Zwierzaki pojawiały się nagle w nieoczekiwanym miejscu i znikały bardzo szybko. To było coś niesamowitego i niespodziewanego.

Taka frajda warta była męczenia się całą noc w pociągu (pociąg wyjeżdża około północy, w Salonikach jest ok 6 rano). Na dworcu poznałyśmy młodą Szkotkę, która pracuje jako wolontariuszka w lokalnym radio. Wracała właśnie z koncertu folkowego.

24 lipca 2006 - poniedziałek
Saloniki (Thessaloniki)

Tym razem nie marnowałyśmy czasu na poszukiwanie hotelu. Prosto z dworca wstąpiłyśmy do Nea Mitropolis, w którym wprawdzie nie było 3-osobowego pokoju, ale dostałyśmy dwójkę, która okazała się całkiem przyzwoitą... 3-ką za 50 EUR Szybki prysznic, śniadanko i ok 10 byłyśmy już gotowe do zwiedzania.

Saloniki miały pecha - w 1917 roku strawił je pożar. Dziś większość zabudowy w dzielnicach położonych blisko morza jest nowa. Aż dziw jak wiele zabytków bizantyjskich i rzymskich przetrwało katastrofę. Nie można tego niestety powiedzieć o pamiątkach żydowskich. Żydzi przed II wojna światową stanowili prawie 50% ludności miasta, mieszkali tu od wieków, więc siłą rzeczy miasto powinno mieć sporo pamiątek po nich. W tej chwili wszystko co zostało to jedna synagoga i trochę pamiątek zgromadzonych w muzeum żydowskim. Znacznie więcej zachowało się z dawniejszych czasów, np. rzymskich. Najbardziej efektowny jest wspaniale zachowany Łuk Galeriusza (III w.n.e) stanowiący część kompleksu pałacowego i hipodromu oraz Rotunda, która miała być mauzoleum cesarskim. Nigdy jednak nie pełniła swojej funkcji, ponieważ już w IV wieku została zamieniona na kościół św. Jerzego.

Dopiero w latach 70-tych w samym centrum miasta (pn. część placu Dikastirion) odkryto rzymską agorę wraz z łaźniami. Już teraz można tam bezpłatnie wejść i poczytać o odkryciach. Wykopaliska jeszcze trwają, więc za rok będą pewnie prezentowane kolejne rewelacje.

Najwięcej zabytków pochodzi z okresu bizantyjskiego. Są to przede wszystkim piękne ceglano-kamienne kościoły, znajdujące się dziś znacznie poniżej poziomu ulic. Większość z nich zachowała oryginalne mozaiki lub późniejsze freski. Najstarsze kościoły w mieście pochodzą z V wieku. Większość zajmuje stare rzymskie świątynie lub gmachy użyteczności publicznej, przebudowane w kształt krzyża greckiego i wzbogacone o kopuły. Niesamowite, że większość ze świątyń nadal jest używana. Szkoda, że duża część kościołów w czasach panowania tureckiego została zamieniona na meczety, skutkiem czego zniszczeniu uległo wiele cennych mozaik i fresków. Bardzo ciekawym kościołem jest katedra Agios Dimitrios. Powstała już w V wieku, ale potem wielokrotnie ją przebudowywano. Bardzo ucierpiał w czasie pożaru miasta, ale szybko został odbudowany. Wnętrze przytłacza wielkością. Do ciekawszych pamiątek należy 6 małych mozaik z VII w. W krypcie odkopanej dopiero po pożarze można oglądać miejsce śmierci św. Dymitra (patrona miasta) i fragmenty rzymskich łaźni (bardzo ciekawe).

Z czasów osmańskich nie zostało właściwie wiele - nieczynna łaźnia turecka, zrujnowany meczet Hamza Bey Kamii z XV wieku - jedyna świątynia islamska, która od początku była wybudowana jako meczet. Gdzieniegdzie można jeszcze spotkać bazary, które charakterem przypominają targowiska tureckie.

Aby poczuć prawdziwą atmosferę starego miasta trzeba pospacerować po dzielnicy Kastra ulokowanej na wzgórzu tuż przy XIV wiecznych bizantyjskich murach obronnych. Tu można znaleźć trochę cienia i przestrzeni. Z góry rozciąga się fantastyczny widok na przyportową część miasta, lekko zamgloną i wypłowiałą. Kastra składa się z wąskich krętych uliczek, przy których stoją maleńkie kolorowe domy, całkiem malownicze, choć - naszym zdaniem - nie dorównujące zabudowie Płowdiwu.

Nie sposób zwiedzić wszystkiego w jeden dzień. Warto na pewno przespacerować się wzdłuż nabrzeża i popatrzeć na malownicze żurawie portowe, wysokie kamienice z nieodłącznymi markizami na balkonach i oczywiście spojrzeć na Białą wieżę - symbol miasta, fragment bizantyjskich murów obronnych.

Saloniki to również zagłębie ciekawych muzeów. Z braku czasu wybrałyśmy dwa. Pierwsze to gigantyczne muzeum archeologiczne. Wypada poświęcić mu co najmniej 2 godziny, aby przynajmniej pobieżnie zapoznać się z długa historią miasta i okolicy. Pamiątki uporządkowane są w sposób chronologiczny i tematyczny, co niewątpliwie ułatwia odbiór. Miałyśmy jednak wrażenie, że Grecy nie mają pomysłu jak je wyeksponować. Zdarzają się ciekawe pomysły jak możliwość zwiedzenia starożytnego miasta (i poszczególnych budynków w mieście) przy pomocy symulacji komputerowej. Jednak przebrnięcie przez większość sal wymaga dużej cierpliwości i zapału. Bardzo ciekawe są mozaiki, które kiedyś pokrywały podłogi domów mieszkalnych. Spore wrażenie robią kamienne popiersia mieszkańców miasta (twarze tak bardzo podobne do współczesnych!) i bogata kolekcja złotej biżuterii (filigranowe łańcuszki, diademy, kolczyki).

Równie ciekawie przedstawia się Muzeum Bizantyjskie. Wystawiono tu odkryte w mieście wczesnochrześcijańskie grobowce wraz z zachowanymi malowidłami ściennymi. Do wyobraźni przemawiają też makiety miast z czasów bizantyjskich i różne obiekty w nich znalezione. Pięknie prezentują się stare ikony. Z przykrością musimy powiedzieć, że właśnie w tym muzeum powiało nam PRLem. Przerwano nam zwiedzanie o 19:15 tłumacząc, że muzeum jest czynne do 19:30, tzn. do tego czasu obsługa zamierza opuścić budynek. A bilet kosztował całkiem słono! (łączony z Muz. Archeologicznym - 6 EUR).

 

Podróż nas nie zawiodła. W pamięci pozostało wiele dobrych wrażeń. Jeśli nie liczyć kilku porażek komunikacyjnych, byłoby idealnie. Bułgarią nadal jesteśmy zauroczone. Co prawda tym razem nikt nie skakał z radości na wieść, że spotkał Polaków, jak to było poprzednim razem, ale też doświadczyłyśmy dużo bezinteresownej życzliwości. Czasem trochę traciłyśmy cierpliwość na pytanie czy jesteśmy Niemkami. Doszło nawet do tego, że za dobry znak uznawałyśmy, jeśli ktoś nas wziął za Rosjanki. Żal nam trochę niezdobytych szczytów w Rodopach, ale może to i dobrze. Nagrodą były "cudne manowce", życie, które toczy się z daleka od turystycznych szlaków. Na pewno kiedyś trzeba będzie tam wrócić. Szczyty Pirinu przywołują, a takiemu zaproszeniu nie potrafimy się długo opierać. Z pewnością warto spędzić trochę czasu wśród Pomaków. Tak naprawdę nie wiemy czy ich spotkałyśmy. Niby były meczety, zasłonięte chustami kobiety i turecko brzmiące imiona, ale trudno ich odróżnić od innych Bułgarów. Może dlatego, że religia nie jest już tak żywa jak kiedyś. Dziś nieliczni chodzą do cerkwi czy do meczetu.

Nadal jesteśmy wielbicielkami warzywno-owocowej części kuchni bułgarskiej i zdeklarowanymi wrogami mięs i lodów. My jak my, ale nasze żołądki na pewno.

Bułgaria wciąż jeszcze jest tania, a standardem na pewno nie odbiega od Grecji. Ruch turystyczny, z wyjątkiem morza, znikomy. Za to atrakcji dużo na każdym kroku. I ludzie mniej znudzeni turystami.

Grecja, którą widziałyśmy nie jest chyba do końca prawdziwą Grecją. To bardziej Tracja i Macedonia z całą mieszanką kultur. Bardziej bułgarska niż grecka i bardziej turecka niż bułgarska. Dla nas mimo wszystko trochę mało wyrazista, chaotyczna, jakby wciąż prowizoryczna. Może dlatego, że duża część jej mieszkańców została tu przesiedlona z terenów wybrzeża Tureckiego dopiero po 1923 roku i nadal nie mogą się odnaleźć w nowym miejscu? W porównaniu z pozostałą częścią Grecji jest dość uboga w zabytki, a jednak Saloniki biją na głowę niejedno miasto europejskie. Bardzo polecamy Samotrakę i to na więcej niż 2 dni. To prawdziwa oaza naturalności, wolności i dzikiej przyrody w "morzu" ucywilizowanych wysepek, gdzie turysta okupuje każdy kawałek plaży. Na Samotrace jest wciąż jeszcze równowaga między atrakcjami przyrodniczymi i antropogenicznymi, a ludzie nie są nadmiernie zmęczeni zepsutymi luksusem turystami.

Ania Smętek, Ela Karpińska, Magda Jackowska