Powrót Strona głównaRoztocze Wschodnie

Cześć!
Jak ostatnio w każdy weekend pojechaliśmy tam, gdzie była najlepsza prognoza pogody. Tym razem to było Roztocze Wschodnie!

Kraina ta oddalona jest od Warszawy o 310 km dość dobrą drogą - 4 godziny spokojnej jazdy. Obdzwoniliśmy kilka agroturystyk, miejsce znaleźliśmy w gospodarstwie agroturystycznym Jan Głaz, Wola Wielka 62.

Co ciekawe, spora agroturystyka prowadzona od 5 lat na tym końcu świata nawet nie ma zdjęcia w sieci - nikt nie zadbał o ten szczegół. Wiejski dom położony na wzgórzu z pięknym widokiem na niemal górski pejzaż - Wielki Dział i Goraje. Zadbany ogródek z wieloma zwierzętami, sympatyczni gospodarze. Zaraz obok ciekawy zespół cerkiewny w Woli Wielkiej.

Roztocze Wschodnie to doskonałe miejsce na ognisko Jaremy - jest tu bardzo dużo dziwnych i ciekawych miejsc, które są dzikie, zapomniane, przypominające Bieszczady czy Pogórze Przemyskie. Niestety nie znaleźliśmy odpowiednio dużej i odludnej kwatery, aby ogłosić takowe ognisko :(

W gorącą i parną sobotę obejrzeliśmy źródła Raty - to spore wywierzysko - bąblujące piaski oraz wybijające ze skał źródła. Wszystko kilkanaście metrów od drogi - ale trzeba znaleźć prawie niewidoczną ścieżkę. Potem poszliśmy do diabelskiego kamienia - olbrzymiego głazu z ciekawą legendą, który ukryty jest bardzo doskonale - to dwa kilometry wędrówki na przełaj przez lasy i łąki, na orientację w terenie, i na końcu w niepozornym lesie niespodzianka, olbrzymi głaz:


"Diabelski kamień"

Dawno temu w Monastyrzu stał klasztor Bazylianów. W okolicznych osadach żył lud spokojny, który co roku zdążał na odpust do braci Bazylianów. Nie było to w smak diabłom, które miały swoje siedlisko niedaleko Werchraty w miejscu dziś Moczarami zwanym. Postanowiły zniszczyć klasztor. Najsilniejszy z diabłów wybrał się aż do Brusna i wyrwał na Kamiennej Górze kawał skały. Pod osłoną nocy udał się w kierunku klasztoru. Droga nie była łatwa, a jary i wąwozy ,Piekiełkiem" zwane stanowiły nie lada przeszkodę. Kiedy wreszcie zmęczony dotarł na skraj lasu, pewien już swego, postanowił odpocząć. Położył olbrzymi kamień na czterech innych, a sam legł obok. W tym momencie dobiegło jego uszu z pobliskiej wsi pianie koguta, zwiastujące świt. Wystraszony diabeł zerwał się w jednej chwili, chwycił za kamień, ale kogut zapiał po raz drugi i trzeci. Czart ze wściekłości wbił pazury w głaz, ale stracił już swoja moc i rad nie rad czmychnął do Moczar. Odtąd już nigdy nie próbowały diabły niszczyć klasztoru. Kamień zaś na dowód tego wydarzenia zyskał miano "diabelskiego"


Zosia stwierdziła, że najbardziej podobała się jej właśnie wycieczka do diabelskiego kamienia i wspinaczki na okoliczne ambony z rozległymi widokami na pagóry Roztocza.

Następnym punktem programu były Prusie - wioska którą przecięła granica z Ukrainą z ciekawą cerkwią i linią kolejową tuż przy granicy w bezludnej okolicy.

Podjechaliśmy też zobaczyć perełkę architektury - zespół cerkiewny w Radrużu, którą kiedyś już widzieliśmy w trakcie wyjazdu Jaremy na Otryt w 2002 roku.
Warto wspomnieć, że jest to muzeum otwarte w nietypowych godzinach - Sobota i Niedziela od 13 do 17 oraz Wtorek i czwartek od 14 do 18. Gdybyśmy byli bliżej centrum Unii Europejskiej, tłum turystów by deptał to piękne miejsce. Ale tu, na wschodnim Roztoczu byliśmy jedynymi turystami w te sobotnie popołudnie, a bilety nr 49 i 50 w cenie 2 zł wsparły fundusze, z których utrzymywany jest ten niezwykły zabytek.

Trzeba było coś zjeść. Największe miasto w okolicy - uzdrowisko Horyniec Zdrój posiada dwie restauracje. Niestety, w obu tej soboty były wesela. Jedyne inne miejsce w promieniu kilkudziesięciu kilometrów (jak twierdzili mieszkańcy), gdzie można zjeść, to kawiarnia w Gościńcu pod Lasem - i tu wybór jest potrójny - pizza, zapiekanka oraz frytki. Tak posileni udaliśmy się do miejsca magicznego - kapliczki ze źródłem w Nowinach Horynieckich. Wędrując wąwozem, przez las bukowy, pod zarośniętym XIX-wiecznym mostem kolejowym wychodzi się na małą polankę, a tam spora kapliczka, w której - w środku - wybija źródło. Wszędzie słychać bulgoczącą wodę. Wokoło jest jeszcze więcej żródełek, kapliczki, święte figury.

W pobliżu jest też "polskie Stonehenge" czyli pogańska świątynia słońca ukryta w lesie - niestety zmierzch uniemożliwił nam dotarcie tam.

Noc z soboty na niedzielę to burze i ulewy - jak mówiła trafiona w 10 prognoza. Zaczęło padać o 1 w nocy, przestało padać o 8 rano, do 11.00 wyschło. Wyruszyliśmy w trasę.

Przy samej granicy jest wioska Dziewięcierz-Moczary. Przy prowadzącej do niej przez zarastające polany i leśne ostępy dziurawej drodze jest stary cmentarz. Większość nagrobków na tym cmentarzu ma 100 i więcej lat. Gdy przejdziemy przez teren cmentarza, na drugim jego końcu jest dziura w płocie. Po przejściu przez tą dziurę staniemy na terenie ruin cerkwii. Wszystko jest obrośnięte bujną roślinnością, ale doskonale widać dawne schody do cerkwi, piwnicy, a całość otoczona jest kilkumetrowej wysokości kamiennym murem z kapliczkami. W murze dwie piękne, kamienne bramy. Gdy wyjdziemy z bram, można zejść po szerokich pokrytych mchem schodach i znajdziemy się w otaczających chaszczach. Trudno uwierzyć, że do 1947 roku to była reprezentacyjna strona wejścia do cerkwi na wzgórzu, a wokoło była wioska. Dzisiaj nie ma tu nic, tylko las i zarastające polany...

Podjechaliśmy jeszcze do rezerwatu jałowców Sołokija, który nie jest szczególnie ciekawy, i jadąc przez lasy dotarliśmy do osady Niwki Horynieckie, gdzie jest stadnina koni w budynkach dawnego PGR oraz zakaz wjazdu, który uniemożliwił nam przebicie się w kierunku Brusna. Dlatego powróciliśmy do cywilizacji, aby zobaczyć majestatyczny, niemal jakby nad Loarą, pałac w Narolu. Fundacja próbuje go odbudować. Za zakup cegiełki za 2 zł można zwiedzić teren pałacu. Widać, że była próba szybkiej poprawy wizerunku tego obiektu - chaszcze zlikwidowani, trawkę zasiano, elewację pomalowano białą farbą - ale grzyb szybciutko wyłazi - będzie trzeba sporo zainwestować jeszcze. Okna są na razie zabite dechami, natomiast park pałacowy, jakby nie ruszony od XVIII wieku - ponad dwustuletnie drzewa ustawione w rządki w ciekawe założenie parkowe. Dziedziniec to dobrze wykoszona łąka.

Na zachód słońca wyskoczyliśmy jeszcze do Szumów na Tanwii - miejsce zbyt rozreklamowane i zadeptane, by było tu magicznie, choć seria kaskad na Tanwii po nocnych ulewach wyglądała imponująco.

Pozdrawiam,
Jurek