Agnieszka i Piotr Jagodzińscy
gościnnie na stronach JAREMY
zapraszają do relacji z pobytu w Azji Południowo-Wschodniej
Witam!
Zapraszam wszystkich do lektury listów z Tajlandii, które w miarę regularnie powinny pojawiać się na stronie Klubu Jarema. Nazywam się Piotr Jagodziński i wraz z żoną, Agnieszką, od pół roku mieszkamy w Tajlandii, a ściślej rzecz biorąc w jej stolicy, czyli w szalonym, nieobliczalnym, magnetycznym, inspirującym, nigdy – nie - zasypiającym, ale również hałaśliwym, zatłoczonym i zanieczyszczonym Bangkoku. Spędzimy w Tajlandii jeszcze kolejne sześć miesięcy i do tego czasu postaramy się dzielić z Wami wrażeniami z tego, co widzimy przez okno i o czym czytamy w gazetach, a także w miarę naszych skromnych możliwości dostarczyć Wam jak największej ilości informacji na temat Bangkoku i całej Tajlandii.
Możecie także spodziewać się relacji z podróży do innych krajów z regionu Azji pd. – wsch., ponieważ zwiedzenie było naszym głównym powodem tymczasowego osiedlenia się w Tajlandii, i każdą nadarzającą się przerwę w pracy wykorzystujemy na podróże w głąb tego kraju lub podróże zagraniczne. Do tej pory udało nam się odwiedzić Kambodżę, Malezję i Singapur, zaś w planach mamy Makau i Hong Kong, Laos i Wietnam, i być może powrót do Malezji, na Borneo. Jeśli chodzi o samą Tajlandię byliśmy już w Kanchanaburi, Sukhotaj, Sri Satchanalai, Phitsanulok, Ayutthaya oraz na Ko Samet. Przed nami jeszcze wiele miejsc do obejrzenia w tym kraju niekończących się atrakcji turystycznych, dlatego wymienię tylko Chiang Mai i Ko Samui.
W najbliższym czasie wybieramy się do wspomnianych Makau i Hong Kongu, zaś w Bangkoku zajrzymy do rzadko odwiedzanego przez turystów Muzeum Medycyny Sądowej. O wszystkich obejrzanych przez nas miejscach postaram się informować Was na bieżąco. Z pewnością też wrócę do niektórych najciekawszych wydarzeń z przeszłości, ponieważ działo się do tej pory naprawdę bardzo dużo.
Być może niektórych z Was zainteresują moje doświadczenia z Vipassaną, czyli jedną z najstarszych indyjskich technik medytacyjnych, powszechnie praktykowaną w Tajlandii. Dzisiaj na ten temat wiem jeszcze niewiele, ponieważ moja wiedza jest tylko teoretyczna, lecz niedługo przejdę dziesięciodniowe odosobnienie w Wat Mahathat, w ciągu którego będę praktykował tę technikę medytacji dziewięć godzin dziennie.
Co więcej? Tytułem wstępu chyba wystarczy.
Przesyłamy Wam fotki, żebyście wiedzieli, kto nadaje komunikaty. Jeszcze raz
wielkie dzięki dla Klubu Jarema, który podarował nam trochę miejsca na stronie.
I zapraszam na początek na historyjkę, którą zapisałem już nieco wcześniej w
swoim dzienniku, a która mam nadzieję przybliży wam nieco klimat, jaki panuje w
Bangkoku.
Tuk-tukiem po Bangkoku
Okrążałem Pomnik Demokracji, gdy zaczepił mnie kierowca tuk-tuka. Rozmowa z kierowcą tuk-tuka wygląda zawsze tak samo i zaczyna się od pytania:
- Where you going?
Można nic nie odpowiedzieć lub przecząco kiwnąć głową, i to są zdecydowanie najskuteczniejsze sposoby zerwania znajomości.
- Overe there! – machnąłem ręką w stronę rzeki.
Szedłem lewą stroną Ratchadamnoen Klang, schowany w cieniu drzew, a on jechał wzdłuż chodnika najbliżej jak tylko mógł.
- Where you from?
Tak, jakby go to rzeczywiście interesowało.
- Poland.
- Holland! Okey! Welcome to Tajland!
- Poland.
- Holland! I know... Where you going?
Nic nie odpowiedziałem.
- Mogę cię zawieźć za 20 bahtów, gdzie tylko będziesz chciał.
- 20 bahtów? – powtórzyłem.
- 10 bahtów!!!
10 bahtów? Chyba wpadł mi do głowy pewien pomysł, chociaż wiedziałem, że za 10 bahtów nie ma kursów tuk-tukiem w Bangkoku, nawet gdyby to miało być pięćdziesiąt metrów.
Zwolniłem kroku i podszedłem do jezdni, a on zatrzymał się i wyłączył silnik. Pomnik w całej okazałości czterech wysokich skrzydeł i cokołu pośrodku, w którym złożono pierwszy egzemplarz tajskiej konstytucji, wznosił się za jego placami rozjaśniony słońcem.
Właściwie jechałem do Wat Mahathat zapytać o kursy medytacji, ale nic nie stało na przeszkodzie, żebym dotarł tam z pewnym opóźnieniem. Spotkałem już tyle osób, które dały się nabrać na kurs tuk-tukiem za śmieszną kwotę, a mnie ominęła ta przyjemność, bo zanim pierwszy raz trafiłem na takiego gościa, wiedziałem już o co chodzi. Taka propozycja oznacza, że kierowca tuk-tuka zamiast zawieźć cię w wybrane miejsce, zacznie kolejno wozić cię po sklepach, od których dostanie prowizję, jeśli zrobisz w nich zakupy. Zwykle odwiedzasz krawca, jubilera i agencję turystyczną.
Zapytał mnie, ile czasu jestem w Bangkoku.
- Kilka dni.
Czy mi się podoba?
- Tak. Bangkok to wielkie, żywe miasto.
Czy w moim mieście jest też taki ruch i zanieczyszczenie?
Chwilę pomyślałem:
- Nie, u nas więcej ludzi korzysta z rowerów niż z samochodów.
- Tak, jak w Chinach - powiedział.
- Jak w Chinach - powtórzyłem.
Zapytał, czy podróżuję sam.
- Z żoną, która została w hotelu.
Gdzie później jadę?
- Hmm.... do Chiang Mai.
Powiedział, że świetny wybór, że Chiang Mai to dobre miejsce.
- Musisz już dzisiaj zrobić rezerwację hotelu w Cziang Mai - stwierdził - Dużo turystów przyjechało i wszyscy jadą do Cziang Mai.
- Naprawdę?
- Tak, wszyscy jadą z Bangkoku do Chiang Mai! To jest bardzo popularne miejsce!
Powiedziałem, że mimo wszystko pewnie znajdę jakiś nocleg, ponieważ tam jest dużo hoteli, których adresy mam w swoim przewodniku.
- Wszyscy mają ten sam przewodnik. Jak pojedziesz, to się przekonasz. Pójdziesz do jednego hotelu, a tam full! Pójdziesz do drugiego, tam też full! Będziesz musiał dużo chodzić.
Odparłem:
- Do Bangkoku przyjechałem również bez rezerwacji i od razu znalazłem miejsce w guesthousie.
- Bangkok to duże miasto, Chiang Mai to nie tak duże miasto, jak Bangkok. Pójdziesz do jednego hotelu, a tam full, pójdziesz do drugiego, tam też full! Możesz mi wierzyć, będziesz musiał dużo chodzić! – powtórzył znowu to samo.
W końcu wróciliśmy do głównego tematu, czyli gdzie mógłbym pojechać za 10 bahtów. Jego propozycja brzmiała już inaczej i chyba była bardziej szczera.
- Najpierw zabiorę cię do centrum informacyjnego TAT, do Dużego Buddy, do centrum z tajskimi produktami a później odwiozę cię do hotelu na Khao San. Co ty na to?
W trakcie tych kilku minut rozmowy zdążyłem go już trochę polubić, więc również nie chciałem go zupełnie oszukiwać.
- Nie zamierzam nic kupować – przyznałem się – Nie mam pieniędzy. Wszystko, co mam, muszę mieć na pociągi i noclegi, nie na souveniry.
- Nie szkodzi. Możesz tylko oglądać i udawać, że chcesz kupić, a oni dadzą mi coś takiego – wyjął z kieszeni portfel, w którym w przegrodzie z okienkiem trzymał kupon na paliwo ze stacji Esso – Okay?
Pomyślałem, że jakieś przeznaczenie uparcie ściąga mnie z drogi, która prowadzi do Wat Mahathat. Najpierw jeden autobus przewiózł mnie za daleko, potem drugi skręcił gdzie nie powinien, a teraz ten gość i jego propozycja. Którego dużego Buddę miał na myśli? Z Wat Po czy z Wat Indrawihan?
Zgodziłem się, więc zapalił silnik, a ja usiadłem z tyłu na kanapie.
Szybko straciłem orientację którędy jechaliśmy. Zjechał z Ratchadamnoen Klang, na której między jezdniami stoją olbrzymie portrety z królem, w jakąś boczną ulicę i później już prawie nie rozpoznawałem niczego, co bym wcześniej widział. Ulice w Bangkoku są do siebie koszmarnie podobne. Dwu lub trzypiętrowe budynki ze sklepami na parterze ciągną się kilometrami. Tak wygląda całe miasto, każda dzielnica.
Zatrzymał się przed agencją turystyczną, która na witrynie miała dużą naklejkę informującą, że działa na podstawie licencji TAT. Rozumiem. To niby ma być to biuro informacji turystycznej T.A.T.
Mój kierowca powiedział:
- Tu możesz dowiedzieć się wszystkiego na temat hoteli w Chiang Mai.
Przez co miał na myśli: tu możesz zarezerwować hotel w Chiang Mai, a ja dostanę prowizję.
Wszedłem przez drzwi, które same otworzyły się przede mną. Uchylił je starszy mężczyzna, który przywitał mnie wewnątrz, wyciągając rękę. Miał bladą skórę na ponurej żółwiej twarzy i jestem przekonany, że był z pochodzenia Chińczykiem oraz właścicielem agencji.
Wskazał ręką na krzesło przy kontuarze, gdzie po drugiej stronie siedział sprzedawca, którego możemy nazywać konsultantem.
Usiadłem i szybko kombinowałem, o co zapytać.
- Czy macie darmową mapę Bangkoku? – Przypomniałem sobie, że w prawdziwym biurze TAT - u można taką dostać.
Tamten po drugiej stronie wyglądał na zbitego z tropu. Zaczął zaglądać gdzieś pod biurko, mamrocząc przy tym niezrozumiale pod nosem, w końcu powiedział:
- Niestety. Wszystkie nam się skończyły...
- No cóż... szkoda... Pech!
Właściwie mogłem już w tym momencie wyjść. Mapę za darmo chętnie bym przyjął, bo chociaż mam trzy różne w domu, to jednak każda kolejna może zawierać jakieś nowe informacje o mieście. Ale pomyślałem, że powinienem lepiej odegrać swoją rolę klienta, skoro związałem się umową z tym człowiekiem, który czekał na mnie na zewnątrz. O rezerwowaniu noclegu w Chiang Mai nie mogło być mowy, musiałbym pewnie coś od razu zapłacić, dlatego zapytałem:
- Czy organizujecie wycieczki do Kanchanaburi?
Jasne, że organizują. Położył przede mną katalog otwarty na stronie z propozycją trzydniowej wycieczki do Kanchanaburi. Było tam wszystko to, co powinno znaleźć się w wycieczce w tamten rejon. Zwiedzanie muzeów, przejażdżka na trasie kolei śmierci, wodospady, przejażdżka słoniami i bambusową tratwą.
- Jaka jest cena? – zapytałem.
- 4000 bahtów....
- Świetnie! – powiedziałem, usiłując zachować poker-face, chociaż zrobiło mi się ciut cieplej, mimo iż klimatyzacja chodziła na pełnych obrotach. – Świetnie! Czy mogę dostać kartkę papieru?
Mój konsultant chyba nie domyślił się, dlaczego proszę go o kartkę papieru, ponieważ podał mi wielką w formacie a4 i w dodatku z kartonu. Na tym mam sobie zapisać cenę wycieczki? I schować do portfela?
Zacząłem składać tę kartonową tablicę na mniejsze części, a potem wyrwałem sobie kawałek w kształcie wizytówki. Gdzieś za moimi plecami krążył ten Chińczyk z twarzą jak z galerii figur woskowych i chyba od dłuższego czasu przysłuchiwał się mojej rozmowie z konsultantem. Ten zaś miał minę bardziej zmieszaną niż niezadowoloną, zresztą niezmiennie od samego początku wyglądał dosyć niewyraźnie.
Zacząłem zapisywać na mojej kartce po angielsku i wyraźnie, aby nie było wątpliwości o co chodzi, że właśnie zapisuję informacje o wycieczce i za chwilę stąd wyjdę, nic nie kupiwszy. Mogliby mnie zaskoczyć jeszcze pytaniem w rodzaju:
- To na kiedy zarezerwować panu wycieczkę? Albo: - Na ile osób chce pan wykupić wycieczkę? – a ja już nie chciałem tu dłużej lawirować, zrobiło mi się jeszcze cieplej, niż było, i chciałem jak najszybciej wyjść na zewnątrz, gdzie wcale nie było chłodniej. Dlatego spieszyłem się z zapisywaniem: - .... elephant..... rafting...... railway...... 4000 bahtów....
Kto kupuje wycieczki do Kanchanaburi za takie pieniądze? Spojrzałem w przeciwległy kąt, gdzie na krzesłach pod ścianą siedziało dwóch głośnych gości. Oni raczej nie, siedzieli wśród rozrzuconych plecaków i wyglądali bardziej na takich, którzy sami sobie organizują wycieczki. Grali w karty i ryczeli ze śmiechu, co mnie bawiło, a wyraźnie irytowało chodzącego starego Chińczyka.
Zapisałem niedbale kilka wyrazów z ceną na kartce i powiedziałem:
- Dziękuję za informację. Muszę porozmawiać jeszcze z żoną na ten temat, czy na pewno chce jechać do Kanchanaburi. Wspominała coś o Chiang Mai. Jeśli się zdecydujemy, jutro przyjedziemy kupić wycieczkę.
I wyszedłem. Wsiadłem do pustego tuk-tuka, w którym za chwilę pojawił się mój kierowca.
- Zarezerwowałeś nocleg w Chiang Mai? – zapytał.
- Nie. Ale być może kupię u nich wycieczkę do Kanchanaburi, bo być może zdecydujemy się pojechać do Kanchanaburi, zamiast do Chiang Mai. Od nich też dostajesz kupony na paliwo?
- Od nich bym dostał, jakbyś zarezerwował nocleg w Chiang Mai.
- Przykro mi, stary. Mówiłem, że dzisiaj nic nie kupuję.
Znowu powiedział, że będę musiał dużo chodzić w Chiang Mai i że będę żałował, że go nie słuchałem
- Teraz Duży Budda? – zapytałem.
Przytaknął, że tak i pojechaliśmy.
To był punkt w programie, na który liczyłem najbardziej, mając nadzieję, że zawiezie mnie do Wat Idravihan, w którym jeszcze nie byłem, a nie do Wat Po, który zwiedzałem już dwa razy. Kiedy więc zaparkował pod nieznaną mi świątynią, wiedziałem, że nie jestem pod Wat Po, ale też nie wiedziałem, czy jestem pod Wat Indravihan.
Powiedziałem:
- Wracam za 10 minut.
Na co on odrzekł z kurtuazją:
- Nie musisz się spieszyć, oglądaj spokojnie...
Ruszyłem przez świątynię, okrążając wiharn i wypatrując trzydziestodwumetrowego stojącego kolosa, ale go nie znalazłem. Nie było wątpliwości, że jestem nie w tej świątyni, w której powinienem być. Co więcej, w tej wszystko było pozamykane.
Zdenerwowałem się na niego, ponieważ taki trik wydawał mi się zbyt bezczelny i grubiański. Szedłem w stronę bramy, za którą on czekał, i zastanawiałem się, czy po prostu powiedzieć mu, co o tym myślę i nigdzie dalej nie pojechać, co by oznaczało, że nawet nie dostałby swojego kuponu, czy skręcić w drugą stronę i wyjść inną bramą, zostawiając go tam czekającego, co oznaczałoby dokładnie to samo. W tym momencie nie brałem pod uwagę tego, że mógłbym z nim jeszcze gdzieś pojechać.
Wtedy odezwał się do mnie dziwnie wyglądający gość, który siedział na schodach przed wicharnem.
- Dzisiaj zamknięte – powiedział – Są urodziny mnicha. Przyjdź jutro. Niezbyt wielu turystów odwiedza tę świątynię, przyjdź jutro.
Podszedłem do niego i zapytałem, jak nazywa się ta świątynia.
- Wat Bowonniwet.
Pokazałem mu mapę, a on zadziwiająco szybko odnalazł świątynie na mapie. Wielu z jego rodaków potrzebowałoby więcej czasu na to, żeby zorientować się, że trzymają ją do góry nogami. A ten zrobił to błyskawicznie i w dodatku mówił zbyt dobrze po angielsku. I ubrany był inaczej: niebieskie dżinsy, pantofle, biały t-shirt i czapka – basebolówka.
Wat Bowonniwet nie jest wcale taki nieznany i niedoceniany przez turystów, z tego co pamiętałem w tej świątyni swoje życie zakonne pędził obecny król Tajlandii, Bhumibol, podobnie jak wielu innych tajskich monarchów przed nim, a turyści zaglądają tam choćby dlatego, że jest blisko dzielnicy tanich hoteli.
Mój nowy przyjaciel szybko odkrył tajemnicę swojego wyglądu.
- Mieszkam teraz w Ameryce. Przyjechałem odwiedzić rodzinę. Jestem kucharzem. Jestem pół Tajem, pół Chińczykiem.
- W tajskiej restauracji czy chińskiej?
- W tajskiej.
- W jakim mieście?
- Los Angeles.
Z jednego miasta aniołów do drugiego, pomyślałem. Ciekawe, gdzie mu się bardziej podoba.
- Lubisz Amerykę?
- Tylko pieniądze, które tam zarabiam.
- A ludzi?
- Ludzie... – tu zaczął pociągać znacząco nosem – Ludzie są zbyt zarozumiali. Wszyscy są najlepsi i najmądrzejsi.
Mówił dużo i szybko, popalając przy tym mentolowego marlboro przez czarną szklaną lufkę. Kiedy się głośno śmiał, rozpoznawałem w nim Taja, kiedy mówił o pieniądzach – Chińczyka.
- Czarni nas, żółtych, nie lubią, bo umiemy ciężko pracować. I zarabiać pieniądze. Ja na przykład nie jestem bogaty, ale mam pieniądze. Umiem oszczędzać i nie wydaję zbyt dużo. A oni odwrotnie.
Wyjął z kieszeni jakiś rachunek i mi go podał.
- Zobacz – zaczął wyjaśniać – Kupiłem biżuterię w Bangkoku, którą sprzedam w Ameryce. W ten sposób zwróci mi się to, co musiałem wydać na moją podróż tutaj, żeby zobaczyć się z rodziną. Robię tak od trzech lat.
Popatrzyłem na rachunek, który opiewał na ponad sto tysięcy bahtów, chociaż składał się tylko z trzech sztuk biżuterii.
- Jeśli kupujesz na eksport i do trzech sztuk, jesteś zwolniony z podatku – ciągnął dalej – Ta biżuteria tutaj kosztowała mnie około dwa i pół tysiąca dolarów, a sprzedam ją za pięć!
O tak, pomyślałem, w żyłach tego człowieka musiała płynąć również chińska krew.
- Where are you from? – zapytał.
- Poland – odpowiedziałem.
- Ty też tak możesz zrobić – wpadł na pomysł – Na pewno będzie ci się opłacało przywieźć trochę biżuterii do domu. Tylko nie kupuj więcej niż trzy sztuki i nie na Charoen Kroeng, bo tam jest drożej, tam jest droższy czynsz w sklepach. Poszukaj czegoś na uboczu. Z jakiego miasta jesteś, Rotterdam czy Amsterdam?
Słucham? O Boże...
- Amsterdam – powiedziałem zrezygnowany - Kanały, jak w Bangkoku.
- Wiem, wiem, widziałem. Bardzo czysto!
Zapytałem go, czy zamierza zostać na zawsze w Ameryce. Powiedział, że niedługo chce wrócić.
- I otworzyć restaurację w Bangkoku? – próbowałem zgadnąć.
- Nie. Coś zupełnie innego. Chcę się wyprowadzić z miasta i założyć farmę.
Miałem wątpliwości, czy przypadkiem nie ponosiła go fantazja, kiedy mówił o farmie w Tajlandii, bo tajska wieś bardziej kojarzy się z ubogimi domami z patyków, niż z czymś co można nazwać farmą, ale w końcu wszystkiego tu jeszcze nie widziałem, żeby się mądrzyć, a poza tym to on był pół Chińczykiem, i to on umie robić interesy, więc może wiedział o czym mówi.
Rozmawialiśmy jeszcze bardzo długo, aż wreszcie pojawił się mój kierowca tuk-tuka, o którym zupełnie zapomniałem. Pożegnałem się z tamtym i poszliśmy w kierunku pojazdu.
- Miałeś mnie zawieźć do Dużego Buddy – powiedziałem – Po za tym tu wszystko było zamknięte.
- Zamknięte? – zdziwił się – To ja cię zabiorę do innego Dużego Buddy, okey?
Rozmowa z kucharzem zupełnie rozładowała moją złość. Właściwie było mi wszystko jedno, gdzie mnie teraz zawiezie, bo i tak byłem zwyczajnie sam ciekaw, co jeszcze może się wydarzyć.
- Najpierw zabiorę cię do centrum z tajskimi produktami, a potem do Dużego Buddy, okey?
Ruszyliśmy i tym razem ulice były już bardziej zatłoczone, więc czasami staliśmy w korku, czasami na światłach, i mogliśmy więcej rozmawiać.
Zapytałem go, ile ma żon.
Zaśmiał się. – Jedną!
- Bo słyszałem, że w Tajlandii mężczyźni mają nawet kilka żon.
- Niektórzy mają nawet dziesięć.
- Dziesięć żon? – zdziwiłem się.
- Ci najbogatsi. Niektórzy mają dwie, niektórzy trzy.
Powiedziałem mu, że też mam jedną żonę i nie chciałbym mieć dziesięciu, bo miałbym dziesięć razy więcej kłopotów na głowie. Znowu się zaśmiał. Zapytałem go, jak długo jest kierowcą tuk-tuka.
- Ponad połowę swojego życia.
- A ile masz lat?
Musiałem zgadywać, nikt w Tajlandii nigdy nie odpowiada wprost na to pytanie, zawsze musisz zgadywać, nawet jeśli pytasz faceta.
- Trzydzieści pięć – powiedziałem.
- Czterdzieści dwa, a tuk-tukiem jeżdżę od dwudziestego roku życia.
Dojechaliśmy na miejsce. Okazało się, że mam iść do jubilera. Jubiler był moim ostatni skojarzeniem, kiedy on wcześniej mówił o centrum tajskich produktów. Powiedział, że wystarczy, jak wytrzymam piętnaście minut.
Znowu drzwi otworzyły się same przede mną jak jakieś automatyczne, ale tym razem zrobił to zawodowy odźwierny, młody chłopak ubrany w liberię. Wszedłem do mocno klimatyzowanego sklepu, w którym girlandy złota wisiały na ścianach, a w niezliczonych gablotach mieniły się wszystkie możliwe rodzaje kamieni szlachetnych upchanych do pierścionków, naszyjników, kolii i bransoletek. Tak wyglądają wszystkie sklepy jubilerskie w Bangkoku, których w dodatku jest bardzo dużo, a najwięcej w Chinatown, chociaż w tym momencie na pewno nie byłem w chińskiej dzielnicy, na tyle orientowałem się w swoim położeniu.
Trzy dziewczyny naraz zajęły się moją osobą, wszystkie trzy mówiące po angielsku, inteligentne i bezwzględnie ładne. To będzie ciężka przeprawa, pomyślałem, i się nie pomyliłem.
Zaczęło się standardowo:
- Where are you from?
- Holland – postanowiłem już być dzisiaj konsekwentny, po za tym mój kierowca pewnie za chwilę miał zamiar przyjść tu po swój kupon „za Holendra”. Miałem tylko nadzieję, że tych dwóch farangów, którzy byli oprócz mnie w sklepie, nie odezwą się zaraz do mnie w jakimś dziwnym flamandzkim języku, którego nie zrozumiem, i zostanę zdemaskowany.
Jedna z nich miała najbardziej skośne oczy i była prawdopodobnie Chinką, dwie pozostałe były Tajkami. Chinka sięgnęła pod gablotę i wyjęła pierścionek.
- Masz dziewczynę? – zapytała.
- Mam żonę – odpowiedziałem.
- Czy on nie jest za młody, żeby mieć żonę? – zwróciła się do koleżanek.
- Jest zdecydowanie za młody, żeby mieć żonę – powiedziała jedna z nich i zaczęły mi się uważnie przyglądać.
- Spójrz – powiedziała Chinka – To jest białe złoto, a ten kamień to (sorki, nie pamiętam, co to był za kamień...). Powinieneś kupić jej ten pierścionek. – A po chwili dodała: - Przecież masz tylko jedną żonę...
- Skąd wiesz – odpowiedziałem, a ona się roześmiała – Wszystko jest możliwe w Tajlandii.
- A ile czasu jesteś w Tajlandii?
- Kilka dni – musiałem skłamać ze względu na swojego kierowcę, który nie dostałby kuponu, jakby się okazało, że nie jestem turystą, którego zgarnął z ulicy.
- Wszystko jest możliwe w Tajlandii – ona powtórzyła, patrząc mi prosto w oczy.
Co za klimat, pomyślałem.
Zapytałem, ile kosztuje pierścionek. Prawie pięć tysięcy bahtów. Odchrząknąłem i powiedziałem, że bardzo kocham swoją żonę, ale pierścionek jest za drogi.
Powinienem był wymyślić coś innego, bo one od razu zaprowadziły mnie do innej gabloty z tańszymi pierścionkami ze srebra. Tym razem zajęła się mną jedna z Tajek, jakby uznały, że trzeba spróbować czegoś innego, bo najwyraźniej możliwości Chinki nie były wystarczające. Ale pomyślałem, że piętnaście minut minęło i moja rola się skończyła, więc powiedziałem:
- Myślę, że dzisiaj nie kupię żadnego pierścionka żonie. Właściwie wyszedłem tylko na spacer, kiedy zaczepił mnie ten kierowca tuk-tuka i tutaj przywiózł. Powinienem przyjechać do Was z żoną, ponieważ nawet nie pamiętam w tej chwili jaki ma rozmiar palca!
Trzy azjatyckie czarodziejki, które mogłyby oskubać każdego faceta, stały i patrzyły, jak wychodzę, ale jeszcze kiedy się odwróciłem, zawołały: - Ale wrócisz do nas? – i to było już jak prawdziwe zawodzenie morskich syren. – Ale wrócisz do nas....?
- Oczywiście – opowiedziałem i zniknąłem za drzwiami, i one już mnie chyba nie widziały na zewnątrz, jak wsiadam do zaparkowanego przed sklepem tuk-tuka, bo wszystkie szyby w witrynach były maksymalnie przyciemnione.
- Wszystko jest w porządku – powiedziałem do kierowcy- Będziesz miał swój kupon. Czy teraz zawieziesz mnie do Dużego Buddy?
- Tak – odpowiedział – Coś kupiłeś?
- Zwariowałeś? Chciały mi sprzedać pierścionek za pięć tysięcy bahtów.
- Były też tańsze... – westchnął, a ja zrozumiałem, że cały czas miał nadzieję, że jednak uda im się coś mi sprzedać.
Przejechał na drugą stronę ulicy po tym, jak wykręcił, lub może skręcił w jakąś najbliższą ulicę, nie wiem, bo nie uważałem, w każdym razie nie minęła minuta od tego jak ruszyliśmy, a on się zatrzymał i powiedział, że to tu. Z pewnością staliśmy przed bramą prowadzącą do buddyjskiej świątyni, ale czy z „Dużym Buddą”, o tym miałem przekonać się za chwilę.
Wysiadłem z tuk-tuka, on również wysiadł, powiedziałem, że zrobię kilka zdjęć i zaraz wracam, a on znowu powiedział, żebym się nie spieszył. Ruszyłem w kierunku bramy i jeszcze w połowie drogi odwróciłem się w jego stronę, stojącego obok tuk-tuka zaparkowanego na jezdni i patrzącego się na mnie, i pomyślałem, że chyba już się nie zobaczymy.
Przekroczyłem bramę i prawie od razu ujrzałem wspartego plecami o wieżę gigantycznego złotego Buddę. A więc jestem w Wat Indraviharn, pomyślałem i przypomniałem sobie, że jeszcze mam do zapłacenia dziesięć bahtów, więc może tamten gość mimo wszystko na mnie zaczeka i zawiezie na Khao San, albo do Wat Mahathat, bo tam przecież zmierzałem, a to mniej więcej ta sama odległość.
Spędziłem w świątyni trochę czasu, zrobiłem zdjęcia nie grzeszącemu urodą olbrzymowi, o czym uprzedzał przewodnik Pascala, i wróciłem na ulicę. W tym miejscu, gdzie go zostawiłem, stał już inny kierowca tuk-tuka. Po tamtym nie było śladu. Obaj nie byliśmy ze sobą szczerzy, ale jednak miałem głupią nadzieję, że na mnie poczeka. Powinienem wiedzieć, że za dziesięć bahtów nie ma kursów w Bangkoku, a za odległość stąd do Kao San musiałbym zapłacić przynajmniej dziesięć razy tyle, więc po co miał czekać. Wtedy ten nowy się odezwał:
- Where you going?
- Overe there! – wskazałem ręką w stronę rzeki i mostu Ramy VIII, który jest podobny do jednego z mostów w Warszawie.
Chao Phraya to duża i szeroka rzeka, jak przystało na wielkie miasto, jakim jest Bangkok. Tu również ruch nigdy nie ustaje. Stałem oparty o balustradę mostu i patrzyłem w dół na przeróżne pojazdy wodne, które pływały we wszystkich kierunkach. Promy kursowały między jednym a drugim brzegiem. Masywne barki, wyglądające groźnie jak statki wojenne, złączone liną i obwieszone ze wszystkich stron starymi oponami, płynęły powolnie środkiem rzeki, ciągnięte przez zaskakująco mały statek. Najszybciej przepływały robiące najwięcej hałasu łodzie długorufowe, które rozcinały lustro wody, zostawiając za sobą gwałtowne fale. Patrzyłem też w oślepiający środek rzeki, gdzie padały promienie już zachodzącego, ale jeszcze silnego słońca.
Później wsiadłem w autobus, który w niecałe dwadzieścia minut zawiózł mnie pod sam Wat Mahathat. Mogłem być w tym miejscu kilka godzin wcześniej, ale zbłądziłem, choć miałem nadzieję, że zastanę jeszcze kogoś, z kim będę mógł porozmawiać o rozpoczęciu kursu medytacji.
Wysiadłem od strony Sanam Luang i z tamtej strony wszedłem na teren rozległej świątyni, która znana jest głównie z tego, że w jej obrębie mieści się jeden z dwóch buddyjskich uniwersytetów w Bangkoku, a także siedziba monastycznej sekty Mahanikai. Ponadto tutaj również znajduje się targ z ziołami, a wokół kompleksu, głównie od strony Thanon Mahathat, codziennie rozkładają się na chodnikach handlarze amuletami.
Wiedziałem tylko tyle, że muszę odnaleźć sekcję piątą, gdzie ma znajdować się centrum medytacji. Musiałem prosić mnichów o pomoc we wskazaniu kierunku, ponieważ sam nie odnalazłbym drogi pomiędzy gęsto pobudowanymi budynkami świątynnymi, rozłożonymi na ośmiohektarowej powierzchni. Ostatni z nich, niski człowiek, który nie mówił po angielsku, zaprowadził mnie pod same drzwi centrum medytacji.
Zdjąłem buty przed wejściem i wszedłem do środka.
A potem poznałem mniszkę prowadzącą zajęcia, a także jej przyjaciela, który nie był mnichem, starszego człowieka o mądrych oczach, który mnie zapytał:
- Where are you from?
- Poland – opowiedziałem.
- Solidarity, right?
- Solidarity... – powtórzyłem i pomyślałem, że cały dzień traciłem czas i powinienem był tu od razu przyjechać.