|
Jestem już prawie na granicy, pisze prawie, bo sypnęło tyle śniegu, że zablokowana jest droga, a zostało mi raptem 30 km, dziś zaliczyłem ostatnie przełęcze - prawie 5000 m.n.p.m. Teraz już powinno być cieplej, choć dzisiaj nocuje jeszcze na 3700 i mam zimny pokój :( Tak więc - chyba się udało, fotki będą nowe, mam nadzieje ze wyjdą i będę mógł zaprosić na slajdowisko:) Żeby tylko jutro jeszcze pozwolili mi przejechać:/ A zjazd jest niebywały - na odcinku 33 km różnica wzniesień prawie 2000 metrów. Za granicą znów z górki przez kolejne osiemdziesiąt km i tam to już musi być cieplej:).
:/ Zimno w tej kafejce jak cholera, ale i tak cieplej niż w pokoju. Zaspy takie na chodnikach i ulicach, że ciężko przejść. Może i tutaj zima zaskakuje drogowców i jutro rusza do pracy. Gdybym dziś tutaj nie dojechał, utknąłbym gdzieś po drodze w jakiejś wiosce, sypało cały dzień i nadal sypie i ostatnie km do Nyalam to już nie moglem jechać, tylko prowadziłem rower przez zaspy po kolana:) Ale fajny ten śnieg, biały i puszysty, ciekawe czy do rana przestanie sypać. Jak nie, to pewnie spędzę tutaj jeszcze jeden dzień i będę mógł coś znów napisać:) A ja lubię pisać. Chyba nawet bardziej niż dostawać. Poprzednią noc spędziłem na 4700 w maleńkiej chatce ze staruszka i mnichem i zostawiłem im kurtkę puchową i spodnie (te kupione za horrendalna cenę w Shigatze), bo myślałem, że dojadę już do granicy, albo i dalej. A teraz chętnie bym ją założył:/ Ale to nic byle do jutra. Zaraz pójdę do pokoju i zagrzebie się w śpiwór i będzie cieplutko. O, przypomniałem sobie, że zgubiłem okulary:( I muszę teraz ślęczeć prawie z nosem w monitorze, a Kathmandu będę zwiedzał po omacku Zimno. Idę już sobie. Do przeczytania
Piotr:Jestem już w Kathmandu :)
To co wydawało mi się błahostką w niedziele, czyli zaledwie
trzydzieści kilometrów do granicy, okazało się pokonywaniem kolejnych
metrów, walcząc z wiatrem, zaspami po pas i coraz bardziej
przejmującym zimnem. Otóż rano oczywiście okazało się że droga
zablokowana i może być odśnieżona dopiero za kilka dni. Eee tam,
pomyślałem, bez przesady, śniegu może i jest dożo, ale jakoś się
przejedzie. W czym utwierdziły mnie trzy jeepy, które wyjechały z
miasta rankiem i do południa nie wróciły (jak się potem okazało, jeden
się stoczył po niewysokim na szczęście stoku, a dwa pozostałe utknęły
w zaspach). Może i zostałbym jeden dzień dłużej i poczekał na rozwój
wypadków, ale z równowagi psychicznej wytraciła mnie baba z jednej z
'restauracji', A powtarzałem sobie nie raz: tam gdzie nie ma menu po
angielsku, pytaj o cenę zanim cokolwiek zjesz, a jak jest wybór innych
miejsc (a był) to idź gdzie indziej. No, więc za kawałek twardego jak
stara podeszwa mięsa, plus łykowatego zielska i kilka gumowatych,
zimnych pierogów, wypełnionych żylastym ścierwem (pewnie z psa) ,
zapłaciłem równowartość prawie czterdziestu złotych, kiedy to za
podobny posiłek tubylec płaci złotych cztery. Cóż było zrobić,
zjadłem, choć nie strawiłem, ale wypluć już nie moglem. Do tego
jeszcze wystawili na dwór mój rower i przez noc prawie zamarzł i
musiałem go 'rozmrażać' za pomocą gorącej wody, za którą też kazali
sobie zapłacić!
Rozumiesz więc, że nie moglem tam dłużej siedzieć i, a pogoda
dopisywała, ruszyłem w dól do Kodari. Pierwsze kilometry bardzo
zachęcające. Droga rozjechana przez pług i jeepy, spotkania z jakami,
fajne forki, trochę ślisko, parę wywrotek, ale niegroźnych, potem
coraz silniejszy wiatr, ciężarówki zakopane w śniegu, więc musiałem je
obchodzić brnąc po pas w śniegu na raty przenosząc rower a potem
pakuny, i potem wielka, wielka kupa śniegu, z którą nie mógł sobie
poradzić pług, napierał, napierał, prychał, dychał aż w końcu zrobił
prrrhfgtwyhh bu i stanął. Ze środka wyszli dwaj panowie w
pomarańczowych kombinezonach i wzruszywszy ramionami przeszli obok
mnie jakby szli na lunch a zapewne postanowili na piechotkę (jakieś
10 km pod górkę) wrócić do miasta po posiłki. Wcześniej jeszcze
spotkanie w jednym z zakopanych jeepów, w środku wystraszona japonka,
która obłożyła się takimi sprytnymi ogrzewaczami (made in Japan -
miałem okazje sam je sprawdzić - nagrzewają się naturalnie do 60
stopni) i pytała czy nie można zamówić helikoptera aby nas stąd
zabrał. To że dalej jadę na rowerze, wcale jej nie zdziwiło. Może nie
zrozumiała... Obszedłem więc kupę śniegu, co łatwe nie było i dalej
brnąłem metr po metrze, zakopany w śniegu po pas czasami, mając przed
oczami wizje przytulnego pokoju, wygodnego fotelu, frytek z kurczakiem
i kominka pod stopami. Wiedziałem, tzn miałem nadzieję, że kilka km
przede mną jest hotel, i rzeczywiście był, a te prawie 10 km to chyba
były moje najdłuższe km w życiu, a na pewno najzimniejsze. Dobrze mnie
przyjęli, nakarmili, postawili obok pieca i jakoś przeżyłem, nawet bez
kataru :)
Dziwne, pamiętam że podczas marszu obiecałem sobie, że to ostatni raz
kiedy wyjechałem na takie wakacje, a następne spędzę w ciepłych
krajach, wylegując się na plaży, ale teraz już nie jestem taki pewien.
To trak dla zilustrowania jak to się zmienia punkt widzenia w
zależności od siedzenia. Potem kolejny dzień czekania aż przetrą
drogę, dłuuuugi i spokoooojny zjazd do Kodari, przebita dętka przy
samej granicy, no a kiedy już śnieg się skończył to straciłem odrobinę
rozsądku i aby sobie odbić ten cholernie meczący, powolny zjazd po
tybetańskiej stronie, pędziłem na złamanie karku po muldach,
kamulcach i wybojach, przy okazji podziwiając krajobraz i kiedy w
pewnym momencie postanowiłem zauważać większe doły, psy, krowy, świnie
i inne przeszkody na drodze, oczom moim okazał się wielki głaz
dokładnie na trajektorii mojego szaleńczego zjazdu i nie zdążyłem już
nic więcej zrobić tylko położyć się lekko i skręcić w ostatnim ułamku
sekundy, ale było już za późno, uderzyłem bokiem i wyskoczyłem jak
kamfora, spadając jak kot na cztery lapy, i na odcinku kilku metrów
wytarłem trochę ziemie z brudu i kurzu ścierając sobie kolana i
dłonie. Żadnych złamań i rower tez w porządku. Nockę spędzam w
chałupie z nepalską rodziną, gdzie zachwyt mój wzbudza ośmioletni
chłopiec mówiący po angielsku lepiej niż moi gimnazjaliści.
Chciałem jeszcze trochę popisać, ale wyganiają mnie już z kafejki:/
Może jeszcze jutro zatem:)
Do przeczytania
Piotr