Kampala, 10.06.2004 |
Po 1,5+ 8,15+1,05 godzinach lotu z przesiadka w Amsterdamie i Nairobi dotalismy Kenia Airwais do Entebbe. Odcinek Nairobi - Entebbe pokonywaliśmy z pięknymi widokami na Mount Kenia i Wielki Rów Afrykański, a potem bardzo rozlegle wody jeziora Wiktoria.
Z Entebbe do Kampali pojechaliśmy zatłoczonym, ale wesołym matatu czyli mikrobusem. Mieszkańcy Ugandy zaskakują bardzo ciemną karnacją, to chyba najczarniejsi ludzie na świecie. Mówią językiem Buganda, ale praktycznie wszyscy znają angielski.
Kampala bardzo przypomina nam miasta indyjskie, tylko po zamianie ludności na murzynów, po eliminacji krów i zamianie muzyki bazarowej na skoczną afrykańską. Są piękne kwiaty i wszędzie zielono, a ziemia w kolorze ceglano czerwonym. Nad głowami czasami krążą marabuty. Kampala leży na wzgórzach, jak San Francisco, wszystkie ulice są albo w górę albo w dół, albo okrężne wzdłuż poziomicy. Jechaliśmy raz na dwa bodo-bodo, tj. taksówkami motocyklami. Taki pojazd zabiera jednego pasażera. Wspaniała przygoda. Ludzie w Kampali się w ogóle nie narzucają, tylko raz spotkaliśmy żebraka przez cały dzień. Gdy zapytamy o drogę, chętnie pomagają i zawsze bezinteresownie, przy tym znają angielski, więc jest łatwo pomimo braku tabliczek z nazwami ulic itp.
Znaleźliśmy centrum handlowe Uchumi, gdzie był też gaz do kuchenek turystycznych. Dokonaliśmy rezerwacji na trekking w Ruwenzori od 14 do 20 czerwca i wykupiliśmy zezwolenie na odwiedzenie goryli górskich w parku Mgahinga 24 czerwca.
Mieszkamy w Backpakers Hostel, nad łóżkiem moskitiera a obok bezpłatny Internet cafe i wokoło ogród z małpami.
Pozdrawiamy,
Iwona i Jurek
Cześć!
Jesteśmy w miasteczku Kasese u podnóża Ruwenzori.
Wczoraj zeszliśmy z Ruwenzori po tygodniu przedzierania się przez dziewiczą dżunglę, wraz z przewodnikiem, rengersem z bronią oraz z 6 tragarzami. Weszliśmy na Mt Baker 4843 m. Bardzo ciężka trasa, po kilka km dziennie i cały czas zwalone drzewa, skały, korzenie, bagno po kolana i bardzo stroma, błotnista ścieżka. Niezwykła roślinność. Opiszemy więcej później.
Przed Ruwenzori pojechaliśmy na jeden dzień do parku narodowego Kibale, gdzie przez 5 godzin z przewodnikiem tropiliśmy szympansy w lesie deszczowym. Ciągłe przedzieranie się i wspaniała przygoda. W końcu przez godzinę patrzyliśmy na rodzinę dzikich szympansów na drzewach z kilku, czasem kilkunastu metrów. Szympansy często wydają bardzo głośne krzyki albo się kłócą.
Za chwilę jedziemy do parku Mburo Lake, gdzie mamy wędrować pieszo z rangersem wśród zebr, antylop, małp i ptaków, a nocą mamy spać w namiocie nad jeziorem i podobno po biwaku będą chodzić hipopotamy.
W czwartek będziemy tropić górskie goryle w parku Mgahinga na granicy z Rwandą i Kongiem.
Pozdrawiamy serdecznie,
Iwona i Jurek
Kampala, Uganda, 25 czerwca 2004
Witamy wszystkich ponownie!
Po ostatnim mailu z Kasese udaliśmy się przeładowanym matatu, czyli
mikrobusem na 14 osób, w którym zmieściło się 20 osób, 18 murzynów i my
we dwójkę, do Lake Mburo National Park. Jest to park sawannowy z
olbrzymia liczba zwierząt. Jadąc przez park do biwaku co kilkaset
metrów napotykaliśmy kolejne zwierzęta (zebry, bawoły, guźce, antylopy
eland, antylopy tipo, antylopy impala, małpy babuny i inne zwierzaki.
Przez 2 noce spaliśmy w namiocie nad jeziorem, w którym całą dobę
buszowały hipopotamy. Najciekawiej było wieczorem, gdy paliliśmy
ognisko nad brzegiem, a hipcie zbierały się w kilka sztuk w wodzie
niemal przy samym ognisku i też chciały uczestniczyć. Wydawały przy tym
donośne pomruki, ziewały, albo nagle zaczynały się głośno pluskać. Gdy
szliśmy spać, a ognisko gasło, one wychodziły na brzeg, jadły trawkę i
tupały. To były dwie wspaniale nieprzespane noce.
W dzień wybraliśmy się na poranną i wieczorną wędrówkę po parku pieszo z uzbrojonym przewodnikiem. Pokazał nam przeróżne ptaki, a także hieny, i miejsca pełne zwierząt jak wodopój lub pokład soli. Z żalem opuszczaliśmy Lake Mburo National Park, lecz czekały goryle.
Ponownie przepełnionym matatu dojechaliśmy w góry Virunga. Tu na granicy Ugandy, Rwandy i Kongo jest kilka wulkanów pokrytych lasem deszczowym. W Ugandzie jest Mgahinga Gorilla National Park, z 3 wulkanami o wysokości do 4200 m. W dolnej części wulkanów Virunga, tam gdzie jest las bambusowy, mieszka polowa spośród 600 górskich goryli, które żyją na świecie. Goryl górski jest najbardziej podobnym do człowieka zwierzęciem żyjącym na ziemi, choć to podobno szympans jest trochę inteligentniejszy.
24 czerwca musieliśmy wstać rano, i przed godz. 8.00 dotarliśmy motocyklami boda-boda do granic parku. Tu zebrała się grupa 6 turystów - tylko tylu dziennie jest dopuszczanych do oglądania goryli. Para z Nowej Zelandii i dwie Australijki oraz my, a poprowadziła nas grupa dwóch przewodników i 4 żołnierzy, po 2 godzinach wędrówki przez las doszliśmy do miejsca, gdzie wczoraj były goryle. Potem ich śladami, obserwując odchody i nasłuchując, dotarliśmy do żerujących goryli. To rodzina, która składa się z 11 osobników, w tym 2 wielkie samce. Goryle wydają się znudzone turystami, którzy za nimi łażą po jarach i krzakach, wieszają się na lianach i starają się robić zdjęcia. Goryle zachowują się bardzo podobnie jak ludzie. Wydają rożne odgłosy, ale raczej ciche, drapią się, odpoczywają itd. Mają bardzo ludzkie spojrzenie, niemal można domyślać się, co o nas sobie myślą. Przewodnik jednak nakazał nam unikać kontaktu wzrokowego z dorosłymi samcami.
Spotkanie z gorylami trwało tylko godzinę, taki jest limit czasu. Zrobiliśmy 3 filmy zdjęć, ale nie zdążyliśmy się w pełni nasycić i nacieszyć tym spotkaniem, gdy przewodnicy ogłosili koniec. Gdy wyszliśmy z lasu, znów trudno nam było uwierzyć, że te niezwykle zwierzęta naprawdę tam żyją.
Dzisiaj powróciliśmy autobusem do Kampali, a jutro jedziemy do wschodniej Ugandy, by wspiąć się na wulkan Mt. Elgon, 4300m, na granicy z Kenia. To 5-dniowa wędrówka po górach.
Dziękujemy bardzo za wszystkie maile i pozdrawiamy gorąco,
Iwona i Jurek
Cześć!
Przed chwilą powróciliśmy do Kampali z trekkingu na Mt Elgon 4321m. A
było to tak:
Pojechaliśmy autobusem do miasteczka Mbale. Widać już z niego masyw wielkiego, starego wulkanu Mt Elgon, który wznosi się ponad 3000 metrów ponad równinę płaskowyżu Wschodnioafrykańskiego. W Mbale wsiedliśmy do 14-osobowego matatu, które okazało się naszym rekordem, gdyż zmieściło się w nim 26 osób, a także nasze plecaki. Nadmieńmy tylko, że nie było nic na dachu, tylna klapa domknęła się, a 25 z 26 osób było w całości w środku (tylko jeden pasażer wystawał polową ciała przez okno). Oczywiście 24 z tych pasażerów to murzyni. Tak przejechaliśmy ponad 30 km do wioski Budadiri, gdzie w biurze parku narodowego Mt Elgon zgłosiliśmy chęć rozpoczęcia trekkingu nazajutrz.
Rano stawiliśmy się w biurze parku, a tam czekał na nas przewodnik z kałasznikowem oraz jeden tragarz. Tragarz zabrał plecak Iwonki doładowany dodatkowo większością sprzętu z plecaka Jurka. Pierwszego dnia wędrowaliśmy tzw. ścieżką Sasa długo przez wioski robiąc dużo zdjęć. Ludzie bardzo życzliwi, chętni do fotografii, wręcz czasem nalegający, aby fotografować ich bambusowo gliniane chatki. Dzieci często krzyczą "How are you, Mzungu", a w Ugandzie mzungu znaczy "białas" w wymiarze pozytywnym. Pierwszy nocleg na biwaku w lesie deszczowym, 2850 m. Drugiego dnia wyszliśmy na hale, trochę podobne do Bieszczadów, ale porośnięte dziwacznymi lobeliami i starcami. Nocleg na biwaku w lesie wrzosowym 3500m, czyli wśród wrzosów kilkumetrowej wysokości. Trzeciego dnia wymarsz przed wschodem słońca i przy pięknej, bezchmurnej pogodzie dotarliśmy na szczyt Wagagai 4321m, najwyższy szczyt Mt Elgon. Jest to niezwykłe miejsce, gdyż krater Mt Elgon ma 8 km średnicy, więc jest największym na świecie kraterem wulkanicznym po dużo niższym i mniej spektakularnym, choć szerszym kraterze Ngorongoro.
Krater Mt Elgon to niecka na wysokości ok. 3800m otoczona łańcuszkiem szczytów o przewyższeniu ok. 500 m. We wnętrzu krateru rosną przedziwne rośliny, jest trochę bagien i wygląda to zupełnie nieziemsko. Widzieliśmy tu kilka razy niewielkie górskie antylopy, a czasami można podobno spotkać bawoła.
Kolejny dzień, to wędrówka inną ścieżką, tzw. Sipi trail, najpierw do wnętrza krateru, a później w dół po halach i dziwacznych wrzosowiskach, przekraczając kolejne strumienie i doliny. W jedną stronę widok na łańcuszek szczytów otaczających krater, z drugiej kilometry niżej równina północnej i środkowej Ugandy. W końcu weszliśmy do lasu deszczowego z wielkimi drzewami i olbrzymią ilością lian. Różne dziwne ptaki, mchy i porosty na drzewach, paprocie i kolorowe kwiaty. Na nocleg dotarliśmy do groty Tutum. Nie spodziewaliśmy się zbyt wiele, więc przeżyliśmy szok!
Grota Tutum to olbrzymia jaskinia. Komora wstępna ma może 50x80 metrów, wysoka na kilka metrów, w środku biwak, a wejście częściowo zasłania spadający z góry wodospad. Rozbija się więc namiot za wodospadem w wielkiej jaskini. Przed jaskinią jest gęsty, nieprzebyty las deszczowy, oprócz nas tylko jeden turysta z namiotem, a do najbliższych innych ludzi kilkanaście kilometrów i niemal tysiąc metrów zejścia przez nieprzebyty, gęsty las cały tętniący życiem. Mało tego, jaskinia to dalej wąskie przejście do kolejnej wielkiej sali, i dalej jeszcze kolejnej, a tam tysiące, tysiące nietoperzy. Weszliśmy z latarkami, a tam nietoperze wydają niezwykłe dźwięki, łatają nad głową, gdzie nie spojrzeć setki czerwonych oczu. A jak się błyśnie lampa błyskową, to cała jaskinia to tysiące święcących się oczu! Cos niesamowitego!
Nietoperze ok. 19-stej zaczęły przemieszczać się do wejściowej sali jaskini, i po trochu wylatywać w las. Od 20-stej już była w jaskini cisza, nie było nietoperzy. Potem miedzy piątą a szóstą rano znów zrobił się wielki rwetes, jak tysiące nietoperzy wisiało sobie z sufitu i opowiadały o nocnych łowach. Później, wszystkie przemieściły się w głąb jaskini, aby uniknąć promieni słońca. Weszliśmy jeszcze raz rano do wnętrza ich komnaty, aby ponownie posłuchać i popatrzeć, jak spędzają dzień. Zrobić jeszcze kilka zdjęć tysięcy święcących oczu.
Kolejnego dnia zeszliśmy na dół, do wioski Sipi. Ostatnie dwie godziny znów schodziliśmy wśród wiosek z pięknymi okrągłymi, afrykańskimi chatami. Nasz przewodnik i tragarz byli z innego plemienia, więc nie można było porozumieć się z mieszkańcami. W wiosce Sipi jest wodospad, opisywany jako najbardziej romantyczny wodospad w Afryce. Kilkudziesięciometrowy wodospad spada pionowo ze skalnej przewieszki wśród pięknej tropikalnej roślinności. Wszystkie skały są w kolorze czerwonym i wszystko wspaniale wygląda w promieniach popołudniowego słońca. Nocowaliśmy tu w bambusowym domku na wzgórzu z widokiem na wodospad i szczyty Mt Elgon z jednej strony, a afrykańskie równiny z zachodzącym słońcem z drugiej.
Dzisiaj powróciliśmy najpierw na pace ciężarówki, później matatu i w końcu autobusem do Kampali.
Jutro nasz ostatni dzień w Ugandzie, chcemy odwiedzić ogród botaniczny w Entebbe, na brzegu jeziora Wiktorii.
Te trzy tygodnie w Ugandzie obfitowało w wiele wydarzeń i coś nas wciąż zaskakiwało. Wydaje się nam, że spędziliśmy tu dużo więcej czasu. Najdłuższy wydawał się nam pierwszy tydzień w Ruwenzori, gdyż roślinność która tam jest, powoduje, że wkracza się jakby w zupełnie inny świat, a czas płynie jakby wolniej. Ruwenzori jeszcze opiszemy w oddzielnym liście.
Pozdrawiamy,
Iwona i Jurek
Ruwenzori - Góry Księżycowe
Wędrówka po górach Ruwenzori wymaga oddzielnego opisu, gdyż wiele osób
jest zainteresowanych, tym trzecim, co do wysokości masywem górskim
Afryki. Ruwenzori, zwane w Ugandzie Rwenzori, co oznacza w językach
Bantu góry deszczowe, były po raz pierwszy wzmiankowane przez
Ptolemeusza 1800 lat temu, jako śnieżne góry, z których wypływa Nil.
Ptolemeusz nazwał je Górami Księżycowymi, co dobrze odzwierciedla fakt,
że szczyty łatwiej dojrzeć w świetle księżyca, niż w dzień, gdy masyw
prawie zawsze skrywa się w chmurach. Istnienie gór Ruwenzori
pozostawało legendą przez wiele wieków. Pierwszy Europejczyk zobaczył w
oddali śnieżne szczyty Ruwenzori dopiero w 1888 roku. Ruwenzori to nie
wulkany, jak Kilimandżaro, Mt Kenya i Mt Elgon, lecz góry zrębowe ze
wspaniałymi, głębokimi dolinami i licznymi górskimi graniami, swoją
rozległością porównywalne z Tatrami. Pada tu bardzo często deszcz, a
chmury otulające szczyty i mgła aż po dno doliny to zjawiska prawie
codzienne.
Do dziś góry pozostają bardzo trudno dostępne, trzeba się wiele dni
przedzierać przez lasy i bagna, by dotrzeć do partii szczytowych,
niewiele osób się tu wybiera, a jedyna istniejąca ścieżka jest bardzo
skromna. My w czasie siedmiodniowej wędrówki spotkaliśmy tylko dwójkę
innych turystów.
Po przyjeździe do Ugandy rozpoczęliśmy szukanie butli z gazem do naszej
kuchenki turystycznej. Wcześniej wszyscy twierdzili, że w Ugandzie gazu
nie dostaniemy. Wędrując od sklepu do sklepu w Kampali, wszystko
znaleźliśmy. Kuchenki gazowe można kupić w sklepach sportowych w
pobliżu Ambassador House przy Kampala Road w centrum miasta. Gaz do
bleuet-a jest dostępny w dwóch supermarketach Shoprite
oraz w supermarkecie Uchumi w kompleksie handlowym Garden City. Mając
już butle z gazem udaliśmy się do głównego biura Uganda Wildlife
Authority w Kampali, aby wykupić wstęp do parku narodowego.
Wstęp do Rwenzori Mountains National Park jest drogi, 480 USD od osoby
za 7 dniowy trekking główną trasą Bujuku-Mubuku. Daje to prawo do
spania w górskich chatkach, dostaje się przewodnika, rangersa z
karabinem i radiostacją oraz po dwóch tragarzy na osobę. Nam w ramach
zapłaconej kwoty, dano 6 tragarzy, pomimo, że bagażu mieliśmy łącznie
na półtora tragarza (jeden tragarz może nieść max 20 kg), więc
nasza wyprawa liczyła 10 osób i nie mieliśmy na to żadnego wpływu.
Dwóch tragarzy niosło nasze rzeczy, a pozostali tragarze nieśli węgiel
i żywność, które częściowo zostawiali w chatkach dla kolejnych wypraw.
Wędrówka po Ruwenzori bez oficjalnego przewodnika jest nielegalna,
niemożliwa na głównej trasie Bujuku-Mubuku, zaś na innych trasach, jest
to przedzieranie się przez dziewiczy las bez ścieżki i przecinanie
sobie drogi maczetą. Dowiedzieliśmy się, że można wybrać się na inne
trasy, lecz jest to bardzo trudne, czasochłonne, mozolne i raczej
droższe. Bardzo rzadko ktokolwiek się na to decyduje. My nikogo takiego nie spotkaliśmy ani nawet
nie znaleźliśmy takiej relacji w internecie. Ruwenzori leży na granicy
z Kongo, do 2001 roku park był zamknięty ze względu na ukrywających się
w lasach rebeliantów, których teraz już podobno nie ma, ale jak
twierdzą miejscowi, nigdy żadnemu turyście nic się tu złego ze strony
miejscowych nie stało.
Dotarliśmy do Kasese u podnóża gór. Miasteczko jak z dzikiego zachodu,
szerokie prostopadłe uliczki pokryte czerwoną ziemią i parterowe domy.
Tani i wygodny nocleg w hoteliku Virina Garden. Właściciel hotelu
bardzo się ucieszył, gdy dostał od nas majowy numer miesięcznika Góry,
gdzie hotel Virina Garden jest rekomendowany przez księdza Krzysztofa
Gardynę w artykule o Ruwenzori. Szkoda tylko, że po Polsku, więc nie
mogli nic zrozumieć. To była niedziela, 13 czerwca, dzień meczu
Anglia-Francja w ME w piłce nożnej, a relacja na żywo w telewizji
wywoływała olbrzymie emocje wśród zgromadzonych w hotelowym pubie
kilkudziesięciu Ugandyjczyków. Dopiero po zakończeniu meczu można było
spokojnie pójść spać.
Rano przejechaliśmy taksówką kilkanaście kilometrów do wioski
Nyakalengija 1650m. Tu kończy się droga i zaczyna szlak pieszy.
Znajdują się tu również budynki parku narodowego, miejsce gdzie
spotykamy się z przewodnikiem i resztą grupy. Rozdzielone zostały nasze
bagaże, Jurek zostawił sobie plecak ze sprzętem fotograficznym, a Iwona
wędrowała bez obciążenia. Zanim wyruszyliśmy odbyliśmy 3 krótkie
rozmowy podczas, których poinformowano nas o trasie, konieczności
zabrania kaloszy i zostaliśmy zapoznani ze wszystkimi zasadami
trekkingu. Tragarzy zwykle w ciągu dnia nie widzieliśmy, rano zabierali
bagaż i wędrowali swoim tempem do następnego noclegu. Przewodnik Fred
Bosco i rangers nie odstępowali nas za to ani na krok. Wędrowali z nami
przez wszystkie dni, przy czym rangers zawsze chodził za nami. Ciekawe
było to, że rangers odbywał wędrówkę w Ruwenzori pierwszy raz, bo
wcześniej obsługiwał turystów w Queen Elizabeth National Park (park
sawannowy, gdzie żyją słonie, lwy, antylopy itp.),
dzięki czemu dowiedzieliśmy się dużo ciekawych informacji
o samym parku, pracy rangersa i życiu zwierząt. Na szczęście Fred w
przeciwieństwie do rangersa był doświadczonym przewodnikiem, pokazywał
nam różne rośliny i podawał ich nazwy, z łatwością pokonywał bagna i z
dużą cierpliwością znosił wszystkie nasze postoje, podczas których
robiliśmy dużo zdjęć. Był też bardzo pomocny dla Iwony przy pokonywaniu
stromych podejść i stromych zejść. Wieczorami tragarze rozpalali
ognisko i gotowali posiłek dla siebie, przewodnika i rangersa. Podstawę
posiłku stanowiła kasawa w postaci białego proszku, który był mieszany
z gorącą wodą i z tego tworzyła się pożywna papka.
Dzień pierwszy
Pierwszą godzinę wędruje się przez wioskę wśród pól, a potem wchodzi
się w wiecznie zielony, równikowy las. Ścieżka wznosi się głęboką
doliną, której zbocza porośnięte są lasem wysoko, wysoko, aż po same
chmury. Co pewien czas naszą ścieżkę przecinają szerokie ścieżki mrówek
safari, albo mrówek czerwonych. Za każdym razem więc, gdy chcemy się
zatrzymać musimy spojrzeć pod nogi. W kilku miejscach przewodnik
wskazuje nam szerokie przecinki wygniecione w podszyciu leśnym przez
słonie. Podszycie jest tak gęste, że bez maczety nie da się zejść ze
ścieżki. Drzewa pokryte są mnóstwem pnączy i lian. Fragment ścieżki
pokonujemy przez zagajnik wielkich paproci, w którym z powodzeniem
można się ukryć. Ciekawym zwierzakiem, którego można tu zobaczyć jest
kameleon, ale trzeba poprosić przewodnika, aby nam go pokazał, bo nasze
niewprawne oko nie wyśledzi dobrze zamaskowanego kameleona.
Przekraczamy kilka strumyków, a potem wspinamy się granią pomiędzy
dolinami dwóch strumieni do chatki Nyabitaba 2650m. Chatka jest malutka, pokryta blachą, drewniane
prycze, brak okna, więc decydujemy się na nocleg w namiocie. Trzy metry
od namiotu rozłożył się na noc, ukryty w krzakach z bronią w ręku, nasz
rangers. W nocy towarzyszyły nam odgłosy świerszczy i cykad. Rano był
słoneczna pogoda i rozpościerał się ładny widok na szczyty Portal.
Drugi dzień to przejście mostem wiszącym nad rzeką Bujuku, a następnie
wędrówka przez las bambusowy w górę doliny. Do rzeki schodziliśmy
bardzo stromo wśród gęstej roślinności, czasami po drewnianych
drabinkach, które umożliwiały pokonanie najtrudniejszych odcinków. Las
bambusowy się po pewnym czasie kończy, a zaczyna las wrzoścowy. To są
wrzosowiska, tyle że w formie kilkumetrowej wysokości drzew całkiem
pokrytych delikatnymi kremowo - zielonymi porostami i grubą warstwą
mchów. Coś nieprawdopodobnego! Wśród wrzośców coraz częściej pojawiają
się lobelie i starce. Roślinność bardzo dziwnie wygląda i jest
niepodobna do jakiejkolwiek innej strefy roślinnej na świecie. Zaczyna
padać deszcz. Docieramy do John Matte hut 3380m, sympatyczna chatka na
polanie wśród przedziwnych roślin. Gdy deszcz ustaje, przejaśnia się, a
nad nami widzimy strome, skaliste turnie w różnych kierunkach. W oddali
na chwilę pojawia się widok na lodowiec płaskowyżu Stanley'a. Poniżej
chatki płynie malownicza rzeka.
Dzień trzeci. Zakładamy już nie buty górskie, lecz rybackie wodery,
czyli gumowce do pachwin i wkraczamy w świat bagien -bagna Lower Bigo
Bog i Upper Bigo Bog. Bagna pokryte są kożuchem roślin, grubą warstwą
mchów i są na nim wysokie kępy traw. Zwykle albo staje się na
roślinach, albo noga zapada się do kostek w wodę, ale czasem wpada się
do łydki albo za kolano w lepkie błoto. Gdy wpadnie jedna noga, pół
biedy. Kiedy wpadną obydwie, trudno się wydostać. Często pod kożuchem
roślin płynie strumień. Trzeba uważać, gdzie się stawia nogę. Lower i
Upper Bigo Bog to przedziwne rośliny i mozolna wędrówka. Lobelie i
senecje tworzą tu niezwykłe krajobrazy. Potem, 3 dni później przekonamy
się jednak, że bagna w sąsiedniej dolinie Mubuku są jeszcze głębsze i
trudniejsze do pokonania. Bagno wypełnia całą dolinę i wspina się na
zbocza, gdzie jest tzw. wiszącym bagnem. Na zboczach jest mniej
bagniście i rośnie przepiękny las, lecz trzeba pokonywać leżące pnie
drzew, strome skały i śliskie
korzenie i kamienie, na których bardzo łatwo się poślizgnąć i
upaść, więc wędrówka jest równie trudna. Nie ma łatwej drogi. Po
pokonaniu obu bagien wspinamy się na wzgórze, z którego rozpościera się
widok na Upper Bigo Bog i całą dolinę Bujuku. Wreszcie docieramy
do górskiego jeziora Bujuku. Przepiękne widoki, nad jeziorem górujące
strome ściany górskie, wyżej lodowce grupy Mt Speke i Mt Stanley.
Roślinność to głównie las starców, czyli kilkumetrowej wysokości
maczugi zakończone pióropuszem liści. To już strefa afro - alpejska. Za
jeziorem jeszcze trochę bagien i wreszcie chatka Bujuku 3977m. Ból
głowy związany z chorobą górską ustępuje po dwóch godzinach. Nocujemy w
namiocie, gdyż chatka lichutka, dziurawa i przewiewna. W nocy już może
łapać mróz.
Dzień czwarty rozpoczynamy też w woderach, ale umawiamy się z
tragarzami, że jak skończą się bagna zaczekają na nas i będziemy mogli
wtedy zmienić kalosze na buty górskie. Znowu wspinamy się bardzo stromo
wśród przepięknych starców i żeby wydostać się na niewielką przełączkę,
która jest doskonałym punktem widokowym na jezioro Bujuku w dole i
śnieżne szyty nad głowami, ostatni odcinek pokonujemy po metalowej
drabinie kilkumetrowej wysokości. Po godzinie wspinaczki jesteśmy
ponad pasem bagien i kolejne dwa dni będziemy chodzić po wysokogórskich
ścieżkach i skałach. Wspinamy się stromo do stóp najwyższego masywu Mt
Stanley ze szczytem Margherita 5109m. Niestety szczyty chowają się w
chmurach. Miejsce senecji i lobeli zajmują krzaki nieśmiertelników, a
wyżej już tylko wędrówka wśród skał porośniętych czarnymi porostami.
Docieramy do Elena hut 4540m. To jest baza dla wyjść na główny
wierzchołek. Wokoło już tylko mchy i porosty, duże głazy - krajobraz
polodowcowy. Nagle chmury się rozstępują i widać dwa lodowce powyżej chatki. Strzeliste skalne
turnie we wszystkie strony. Nie nocujemy w Elena hut, schodzimy do
przełęczy Scott Elliot i do doliny Kitandara, której zbocze to
kilkusetmetrowa pionowa ściana. Dolina Kitandara schodzi do Kongo, nie
ma tu zasięgu radiostacja naszego rengersa. W dali toną we mgle
równikowe lasy Kongo. Docieramy do jezior Kitandara, okolica znów
porośnięta wspaniałą roślinnością, wielkie starce i lobelie, wśród
których fruwają kolorowe ptaszki. Nad brzegiem jeziora chatka Kitandara
4027m. Chatka jest na tyle duża, że we wnętrzu rozbijamy namiot. Ze
względu na bliskość Kongo nasz rangers znowu śpi tuż przy namiocie z
karabinem gotowym do wystrzału.
Dzień piąty jest najważniejszy, gdyż wybieramy się na szczyt Mt Baker
4843m, doskonały punkt widokowy na większość szczytów Ruwenzori,
położony w środku masywu. Towarzyszy nam tylko przewodnik Fred, a
rangers i tragarze mają dzień odpoczynku. Poranek dość pogodny, ale po
dwóch godzinach gęsta chmura wchodzi z nizin Kongo. Resztę dnia
wędrujemy w gęstej mgle. Pierwsze 1,5 godziny to wspinaczka po niemalże
pionowej ścieżce, która wyprowadza od jeziora Kitandara na Freshfield
Pass 4280m. Im wyżej wchodzimy, tym jest mniej roślin, krajobraz
polodowcowy. Wygładzone skały, mchy i porosty. Musimy skakać z jednej
skały na drugą, pokonywać śliskie, skalne kominy. Wędrówka jest trudna
i mozolna a dodatkowo wysokość daje się nam we znaki. Brak tchu.
Wspinamy się ponad lodowiec Edwarda w masywie Mt Baker. W końcu szczyt
z tabliczką. Niestety mgła. Na szczycie resztki śniegu, jest dość
ciepło. Czekamy godzinę, ale chmura nawet gdy się jakby rozwiewa,
pozwala spojrzeć co najwyżej kilkaset metrów. Musimy schodzić. Godzinę przed zmierzchem, gdy jesteśmy
już na 4300m i docieramy z powrotem na przełęcz nagle chmura rozstępuje
się i w świetle czerwonego, zachodzącego słońca, możemy podziwiać
wspaniałe szczyty i przyczepione do nich lodowczyki. Senecje
porastające całą przełęcz w kolorze ciepłej zieleni wyglądały bajkowo,
a nektarniki siadały na kwitnące senecje i piły z nich nektar.
Schodzimy już o zmierzchu ponownie do chatki Kitandara. Rangers i
tragarze zaniepokojeni naszą długą nieobecnością wychodzą nam na
przeciw. Witają nas z wielką radością.
Dzień szósty zaczyna się ładnie. Ponownie wspinamy się na Freshfield
Pass. Nasz rangers łączy się radiostacją, informuje, że wszystko w
porządku i zgodnie z planem. Zakładamy wodery i rozpoczynamy zejście
stromo w dolinę Mubuku. Zaczyna padać deszcz i leje intensywnie przez
cztery godziny. Najpierw ześlizgujemy się po mokrych, pionowych
skałach, a dalej zjeżdżamy razem z błotem wiszących bagien wśród
wspaniałej roślinności. Wielokrotnie wpadamy w błoto za kolana.
Docieramy pod nawis skalny i postanawiamy przeczekać, aż mgła się
rozstąpi. Po godzinie pogoda się poprawia i możemy podziwiać strome
ściany otaczające nas ze wszystkich stron. Wędrujemy wzdłuż pionowej,
skalnej ściany. Mijamy schron skalny Bujongolo, wykorzystywany jako
baza przez wyprawę księcia Abruzji w 1906 roku, wyprawę pierwszych
zdobywców Ruwenzori. Dalej ścieżka jest jeszcze bardziej błotnista i
bardzo stroma. Momentami by uniknąć wędrówki po grząskim bagnie
wędrujemy dnem wartko płynących strumieni. Czasami zjeżdżamy razem z wodospadem po stromych skałach, czasami
zjeżdżamy z błotem trzymając się lian i gałęzi lub zsuwamy się po
drewnianych drabinkach, balach, poręczach, które były ustawione w
miejscach gdzie "brakowało ścieżki". Roślinność coraz bardziej bujna,
pojawia się znów las wrzoścowy. Docieramy do podmokłej, trawiastej
polany na końcu której jest Guy Yeoman hut 3260m. Nieopodal chatki
płynie duża już w tym miejscu rzeka Mubuku. Przyjemna chatka i nasz
ostatni nocleg. Dolina Mubuku okazała się dużo bardziej bagnista i
bardziej stroma od doliny Bujuku.
Dzień siódmy to strome zejście po bagnistych zboczach i po
śliskich skalnych płytach o niemal pionowym spadku, aż do dużego nawisu
skalnego Kichuchu Rock Shelter. Potem wielogodzinna wędrówka po
kolejnych bagnach i strumieniach, cały czas w woderach. Po południu
docieramy do Nyabitaba hut 2650m, i nasza pętelka po górach Ruwenzori
zamyka się. Możemy zdjąć wodery, założyć buty górskie. Jeszcze trzy
godziny zejścia już normalniejszą ścieżką i jesteśmy na dole. Dopłacamy
w biurze parku 14 dolarów za to, że przewodnik wprowadził nas na Mt.
Baker, żegnamy naszego przewodnika i rangersa oraz tragarzy, robimy
wspólne pożegnalne zdjęcie, wręczamy im napiwki i wsiadamy do matatu,
by wrócić do Kasese. Przez te 7 dni zapomnieliśmy jak wygląda reszta
świata. To były góry z najwspanialszą i najdziwniejszą roślinnością
jaką można sobie tylko wyobrazić. Wędrówka zaś była najbardziej mozolna
i trudna z tych co kiedykolwiek odbyliśmy.
W Ruwenzori wybiera się niewielu turystów. Z wpisów w księgach wygląda,
że jest to przeciętnie dwie grupki turystów tygodniowo. Nasz przewodnik
twierdził, że jest zarejestrowanych ponad 50 przewodników i każdy
dostaje grupę do prowadzenia dwa do trzech razy w roku. Spotkaliśmy
kilka wpisów Polaków, na Ruwenozri byli w ciągu ostatnich dwóch lat:
1) Janusz Kafarski z Ostrowa Wlkp. - relacja
2) Grzegorz Serówka z Gdańska - relacja
3) ksiądz Krzysztof Gardyna z Pogwizdowa, Wincenty Dończyk z
Bydgoszczy, Janusz Gniadek z Tych - relacja
4) Kinga Ciukta z Warszawy i Kamil Targosz z Krakowa - galeria
Co ciekawe, na Mt Elgon jest dużo więcej turystów, przeciętnie
codziennie jedna grupa, ale nie znaleźliśmy wpisanego żadnego Polaka od
2000 roku.
Pozdrawiamy,
Iwona i Jurek