Opowieść prawdziwa o początkach Klubu Jarema

– Piotr Piegat

"Ta historia co Wam powiem jest całkiem prawdziwa..."

Wydarzyło się to dokładnie 25 lat temu. Od 29 kwietnia do 1 maja 1989 roku odbył się "Rajd po Ziemi Świętokrzyskiej", pierwsza impreza turystyczna, która umożliwiła oficjalne zarejestrowanie Klubu Turystycznego Jarema przy SKMA - Koło nr 34 Oddziału Międzyuczelnianego PTTK. Imprezę zorganizował Michał Gierdal - pierwszy prezes Jaremy - a udział wzięło w niej w sumie 7 osób - poza Michałem: Ania Rybczyńska, Beata Brózda, Robert Nuszkiewicz, Romek Dębski, Piotrek Remiszewski i niżej podpisany. Trasa Rajdu wiodła ze Starachowic przez Wąchock do Nowej Słupi, dalej na Święty Krzyż, przez pasmo Łysogór do Świętej Katarzyny, a w końcu do Kielc.

Z Warszawy wyjechaliśmy w piątek po południu i z przesiadką w Skarżysku dojechaliśmy na wieczór do Starachowic. Pierwszy nocleg to zabytkowy dworek-harcówka zaprzyjaźnionej z drużyną Michałem Komendy Hufca ZHP w Starachowicach.

W sobotę rano pogoda zupełnie nie nastrajała do górskich wędrówek. Padało, więc na początek szybki wypad miejskim autobusem do pobliskiego Wąchocka. Może w międzyczasie się wypogodzi? W Wąchocku oglądamy słynne, romańskie Opactwo Cystersów, a na tutejszym Rynku rozglądamy się za miejscowym Sołtysem - wtedy myśleliśmy, że wszyscy go nieźle znamy ;-) Następnie szybki powrót do Starachowic, na dworzec PKS i przejazd do Nowej Słupi. Pogoda nadal zdecydowanie pod psem, a Nowa Słupia nie okazała się specjalnie gościnna. W schronisku młodzieżowym PTSM brak miejsc, a hotelik i prywatne kwatery całkowicie nie na studencką kieszeń. Dobrze - pada, wieje, chmury, gór nie widać - trzeba iść na Święty Krzyż, może tam uda się znaleźć jakiś nocleg. Tylko gdzie? No, ale poszliśmy, bo co innego? Zawsze mniej do przejścia będzie następnego dnia. Na szlaku błoto po pachy spływa z góry na dół, jakby czarownice z Łysej Góry uparły się, żeby nas tam nie wpuścić. Nic to - po południu jesteśmy na Świętym Krzyżu. Pada, chmury, nic nie widać... może trochę klasztor. Wokół smętne jodły i bezlistne jeszcze buki wyglądały jak błędni rycerze wychodzący z mgły. A może to my tak wyglądaliśmy? Prawdziwy, mroczny gotyk. Jemy coś, zwiedzamy klasztor oraz kryptę w kaplicy Oleśnickich, w której to honorowe miejsce zajmował wtedy (w zasadzie to, co po nim pozostało) Książę Jeremi Wiśniowiecki, przez Kozaków z rezonem nazywany Jaremą. Po czym... rozglądamy się za noclegiem. Miejscowi Misjonarze Oblaci to również podróżnicy i ciężkie warunki im nie obce. Okazali nam więc zrozumienie i przyjęli z gościną na terenie klasztoru. Owszem - męskiego klasztoru ze ścisłą klauzurą. Mieliśmy jednak swoje sposoby, żeby przekonać Przeora do przyjęcia pod swój dach zabłąkanych wędrowców, z dwiema zmokniętymi i zziębniętymi niewiastami. Miały one jedynie przechodząc przez pomieszczenia klasztorne objęte klauzurą zamykać oczy...

I tak, zaprowadzeni przez zakonników, znaleźliśmy się w pomieszczeniach gospodarczych na terenie klasztoru, na północnych, stromych stokach Łysej Góry, w których to urządzono dwa skromne, gościnne pokoiki. Musiały być dwa - inaczej przecież nici z noclegu ;-) Podział miejsc wydał się więc czytelnie prosty - w pierwszym pokoiku dwie dziewczyny, w drugim pięciu facetów. Niby proste, ale przecież nie dla przyzwyczajonych do dzielenia się wszystkim studentów. Wyobraźcie sobie tych pięciu biednych, wymęczonych chłopaków, gnieżdżących się w jednym pokoiku z czterema pryczami, gdy obok w pokoju tyle wolnych miejsc. Do tego jeszcze brat Misjonarz przykazał dziewczynom zamknąć swój pokoik na klucz i pod żadnym, ale to żadnym pozorem go nie otwierać. Dla potwierdzenia wagi swoich słów przestrzegł, że w nocy, szczególnie przy tak gęstej mgle, lubi się wśród klasztornych budynków przechadzać Duch Jaremy. Domyślacie się zapewne, że ta informacja dziewczynom w zupełności wystarczyła. Nie otworzyłyby w nocy drzwi za żadne, ale to żadne skarby. Tak, nawet za czekoladę z orzechami (pamiętajcie, który to rok). Na tak, jednak co nam szkodziło spróbować - zwłaszcza jak alternatywą było wspólne łóżko z kolegą, albo twarda, klasztorna podłoga. Pół nocy ci najbardziej zdeterminowani próbowali dobijać się do drzwi i okienka dziewczyńskiego pokoiku, albo też wcielić się w Ducha Jaremy, żeby potem mężnie stanąć w obronie przestraszonej białogłowy. Nic z tego - twarde były. Czekoladę z orzechami i co tam kto jeszcze miał, musieliśmy zjeść i wypić w zdecydowanie męskim gronie. Podzieliliśmy się jedynie z nim - tak, tak... Duchem Jaremy. Chyba się jakoś zaprzyjaźniliśmy w tej biedzie, a może połączyło nas męskie braterstwo? Grunt, że duch postanowił porzucić klasztorne lochy, puszczańskie ostępy i przyłączyć do naszej, tak zacnej przecież kompaniji. I wiecie, że chyba mu się spodobało, bo już 25-ty rok wędruje z nami po całym świecie. A z drugiej strony, co to dla takiego ducha - może sobie robić co chce.

Domyślacie się pewnie, że po tak klimatycznej, świętokrzyskiej nocy, niełatwo było nam rozstawać się z tym pełnym tajemnic i niezwykłej atmosfery miejscem. Jednak pogoda zdecydowanie się poprawiała i następnego dnia, w niedzielę, trzeba było zebrać się w dalszą drogę. Ale, zanim opuściliśmy gościnnych Oblatów, korzystamy z okazji i uczestniczymy w porannej, niedzielnej mszy odprawionej w przyklasztornym sanktuarium. Na niedzielne nabożeństwa przyjeżdżają tu mieszkańcy okolicznych wsi - Huty, Podłysicy, Bielin, Trzcianki... Gdy już wierni dobrze się usadowili w ławach i lekko zdrzemnęli po gorączce sobotniej nocy, ksiądz Misjonarz swoim kazaniem gwałtownie obudził ich z letargu, taką oto historią:

"Wracam wczoraj autobusem z Kielc i słyszę rozmowę kilku miejscowych nastolatek, zapewne wybierających się na jakąś zabawę, dyskotekę, albo inny koncert disko-polowy, bo stroje raczej lekkie, frywolne, a gołe nerki na wierzchu. Jedna z nich mówi:

- Ale sie bedzie działo dzisiaj, zabawimy sie, popijemy... uff i tak do samego rana!

Na to druga: - No tak, bedzie wesoło, bedą chłopaki, tak czad bedzie... No, a jutro rano na mszę się do kościoła wybierasz?

- No coś Ty, prędzej świnię w kościele zobaczysz, niż mnie po imprezie rano na mszy!

Tu ksiądz zrobił wymowną przerwę i krzyknął na cały kościół:

- Luuuudu świętokrzyski, jakiś ty głuuuuupi!!!

Lud świętokrzyski tylko głębiej głowy swoje pochylił (dziwnie trochę, bo akurat oni na mszę przyszli ;-), ale uwierzcie, że i my opuściliśmy głowy, bo jakoś trudno było nam ukryć wyraz naszych twarzy. Ot, taki świętokrzyski klimat :-)

Dobrze, historie historiami, a droga daleka przed nami... Wędrówka przez Łysogóry, upłynęła nam na rozpamiętywaniu nocnych potyczek z drzwiami, okienkiem i Duchem Jaremy, porannych opowieści o ludu świętokrzyskim, ale też kontemplowaniu uroków Puszczy Jodłowej. Trasa długa i monotonna, więc jak znalazł okazała marszowa pieśń z czasów wojen napoleońskich, zaadoptowana w PRL przez żoliborskich harcerzy, którą zaintonował Michał, a ja zapamiętałem:

"Pod Ulm, pod Ulm, pod Austerlitz,
dawaliśmy d... nie gadając nic.
Bo taką naturę od Boga już mamy,
że w d... bierzemy i nic nie gadamy!"
Wiecie, jak to pomaga w marszu? Spróbujcie, już u Księcia Poniatowskiego próbowali.

Przez szczyt Łysicy dotarliśmy w końcu do Świętej Katarzyny, skąd musieliśmy jeszcze dojechać do Kielc. W Kielcach byliśmy już pod wieczór, a pociąg powrotny do Warszawy dopiero następnego dnia i znowu trzeba było poszukać gdzieś noclegu. Spore miasto - hotel, schronisko, dworzec - odpadają. To może w takim razie jakieś seminarium? Pewnie, jest w Kielcach takie - Wyższe Seminarium Duchowne. W końcu my studenci, w dodatku z katolickiej organizacji akademickiej, to pewnie nas przyjmą na jedną noc do swojej bursy. I wiecie co, że przyjęli. Nazwisko księdza Malackiego "Wujasa" kolejny raz zrobiło swoje. W bursie seminarium dostaliśmy (a jakże) dwie salki i zmęczeni ostatnimi dwoma dniami, zasnęliśmy snem sprawiedliwych.

Aż tu nagle po 5 rano, na cały regulator Jutrznia leci z głośników. Ale tak, żeby umarłego obudzić, więc trudno się dziwić, że i nasz Duch Jaremy padł pokornie na kolana. Oj, nie pospaliśmy za długo tego świątecznego ranka, stąd miasto Kielce wydało się nam wtedy mało ekscytujące, nie dostrzegliśmy latających tu i ówdzie scyzoryków, a nawet siedzącego na ławce przy skwerze niejakiego Liroya... z pieskiem. No fakt, wtedy to on jeszcze nie był raperem. Za to nie dało się nie zauważyć sunącego główną ulicą miasta, wielkiego, 1-majowego pochodu. Wiecie - czerwone szturmówki, portrety, transparenty, baloniki, goździki... takie tam. A pochodowa tradycja była w Kielcach bogata i połączona z Rajdem Świętokrzyskim im. Lenina - oczywiście z obowiązkowym wejściem na Łysą Górę, albo Łysicę. Taki komunistyczny sabat czarownic. Działacze partyjni, harcerze, robotnicy i rolnicy... wszyscy gromadnie, wprost z pochodu garnęli się na szlaki. Ale to już było ponad nasze siły, więc czym prędzej uciekliśmy na dworzec PKP, na zawsze zabierając ze sobą Ducha Jaremy ze Świętego Krzyża.

A już miesiąc później był 4 czerwca... i wszystko potoczyło się w niespodziewaną, ale jak szczęśliwą dla nas stronę. Ale wiecie co? Myśmy wtedy naprawdę wierzyli, że tak właśnie będzie i dlatego, zamgloną, czarną nocą na Świętym Krzyżu, namówiliśmy tego ducha, żeby z nami poszedł. I chyba nie jest mu z nami źle, skoro cały czas odnajduje się jakoś się w naszym towarzystwie.

Za Jaremu!!!

Pepe